O tym, że wciąż odbywa się konkurs piosenek Eurowizji, z tradycją wywodzącą się od roku 1956, każdy zapewne słyszał, choć oglądanie finału owego wydarzenia nie jest od lat w dobrym tonie, a już na pewno nie przynosi takich światowych przebojów, jakie pojawiały się tam kilkadziesiąt lat temu. Komercja zabiła sztukę – i tyle. Znacznie mniejszą sławą cieszy się za to inny konkurs, organizowany od lat 90. XX wieku w ramach sieci Eurowizji – choć jego wyniki mają całkiem dobrą renomę na rynku koncertowym i nagraniowym. Mam na myśli konkurs „Młody muzyk roku”, w ramach którego każde z państw-uczestników typuje jednego młodego wykonawcę z kręgu tzw. muzyki poważnej. Na poziomie krajowym odbywają się wcześniej eliminacje, a ich zwieńczeniem jest koncert galowy w Warszawie, w trakcie którego profesjonalne jury wybiera z grupy kilkorga muzyków tę jedną osobę, która będzie Polskę reprezentować w finale.
Taki koncert miał miejsce we wtorek 14 kwietnia i była to okazja do rozmaitych refleksji, zarówno pochwalnych (np. ze względu na wysoki poziom interpretacji wybranych dzieł), jak negatywnych, o czym mowa w dalszej części tego felietonu. Wykonawcom towarzyszyła orkiestra Polskiego Radia, a na przedstawienie swojej interpretacji młodzi muzycy mieli kilka minut, co mocno ograniczało możliwości doboru najciekawszego (czytaj: najbardziej błyskotliwego) repertuaru. W finale znalazło się siedmioro muzyków, w wieku od 16 do 18 lat, a każde z tej siódemki grał na innym instrumencie, co z jednej strony czyniło koncert ciekawszym, ale z drugiej nie pozwalało trzyosobowemu jury na stosowanie takich kryteriów porównawczych, jakie towarzyszą ocenie muzyków grających na tym samym instrumencie. Można więc mówić raczej o ocenie pewnego stopnia dojrzałości interpretacyjnej niż ocenie z uwzględnieniem kryteriów wszystkich elementów wykonawczych, w tym biegłości w zakresie tempa, agogiki, dynamiki, artykulacji itd. Do konkursu zgłaszały swoich uczniów szkoły muzyczne, więc dla każdej ze szkół w każdej z miejscowości udział w krajowym finale był wyróżnieniem i potwierdzał poziom pedagogów. W finale zagrali: Jakub Derej (fortepian) – Bielsko-Biała, Zoja Syguda (skrzypce) – Gdynia, Lena Maruchacz (saksofon altowy) - Warszawa, Antoni Serwa (puzon) – Katowice, Natan Supeł (marimba) – Warszawa, Michał Stochel (akordeon) - Przemyśl, Paulina Długosz (wiolonczela) - Bytom.
Trzyosobowe jury za najciekawszych interpretatorów uznało trójkę muzyków – taką samą, którą ze wskazaniem nie tyle na biegłość, ile wrodzony talent sam wytypowałem. Inna sprawa, że akurat ja poziom owego talentu zmierzyłem akurat odwrotnie niż uczyniło to jury. W tym wypadku kolejność mniej istotna, ważnym jest wyraźne wskazanie tych młodych muzyków, których talent otwiera przed nimi drogę, oby mądrze kierowanej, kariery w skali międzynarodowej.
Pierwsze miejsce i nagrodę publiczności (w głosowaniu, jak przystało na obyczaje globalnej wioski, sms-owym) przyznano akordeoniście Michałowi Stochelowi. Na drugim miejscu saksofonistka Lena Maruchacz, zaś trzecią nagrodę otrzymała skrzypaczka Zoja Syguda.
Porównywanie interpretacji już w obrębie tej trójki musiało być wyzwaniem dla jury, bo kwestia niuansów artykulacyjnych (genialnie zinterpretowanych przez Zoję Sygudę) zupełnie innych wymaga kryteriów niż ocena artykulacji i dynamiki np. akordeonowej.
O ile słuchanie gry młodych muzyków było czystą przyjemnością (a zapewne jeszcze większą będzie wysłuchanie międzynarodowego finału w czerwcu, w Erewaniu), to niczego dobrego o sposobie prowadzenia konkursu napisać nie mogę. Zastosowano bowiem wyświechtaną formułę, jaka jest obecna w telewizyjnych konkursach zupełnie innej proweniencji, a więc w typie „Mam talent!” czy „Idol”. Od telewizji TVP Kultura, która koncert pokazała, oczekiwałbym jednak większej kultury i subtelniejszych pomysłów scenariuszowych. Chyba, że taki właśnie wyświechtany format narzuca odgórnie wszystkim krajowym redakcjom Eurowizja – co chyba jeszcze gorsze.






















Napisz komentarz
Komentarze