Reklama

Gdynianin. Opowieść o doktorze, który został kronikarzem 100-letniego miasta

Choć zwiedził pół świata, zawsze wracał do Gdyni – miasta, w którym przyszedł na świat w 1934 r. Dr Andrzej Kolejewski jest erudytą, humanistą, autorem książek i artykułów, człowiekiem, który penetrował najbiedniejsze dzielnice, by pomóc bezdomnym i chorym ludziom. I świadkiem historii.
Gdynianin. Opowieść o doktorze, który został kronikarzem 100-letniego miasta
- Odczuwam dumę, że w Gdyni przyszedłem na świat i że mogę do pewnego stopnia czuć się jej kronikarzem – mówi doktor Andrzej Kolejewski, chirurg, były dyrektor gdyńskiego Pogotowia Ratunkowego

Autor: archiwum prywatne

Okruchy wspomnień przedwojennej Gdyni

Dzieje miasta utkane są z historii ludzi. Takich, jak pewien lekarz, który mówi z dumą: - Jestem Gdynianinem.

Przed domem dr. Andrzeja Kolejewskiego, gdyńskiego chirurga, wisi tabliczka, informująca, że tu mieszka lekarz. I nie jest to tylko świadectwo minionych lat. Nazwisko 92-letniego Gdynianina nadal znajduje się na liście biegłych lekarzy sądowych, którzy przygotowują na potrzeby postępowań opinie medyczne.

W domu ma mnóstwo książek, pamiątek rodzinnych i prawie setkę wykonywanych każdego poranka zdjęć, przedstawiających orłowską plażę. 

- Czym dla mnie jest Gdynia? - doktor powtarza pytanie. - Po pierwsze miejscem urodzenia. Przyszedłem na świat w domu przy ulicy Wrocławskiej, w 1934 roku. Oraz miastem, które musiałem bardzo szybko opuścić w wieku pięciu lat i do którego potem wiele razy wracałem.

CZYTAJ TEŻ: Muzeum Miasta Gdyni na urodziny Gdyni. Zapowiada się huczne świętowanie!
Ulica Świętojańska w Gdyni, koniec lat 30. Mały Andrzej z rodzicami - Elżbietą i Władysławem Kolejewskim (fot. archiwum prywatne)

Ojciec, Władysław Kolejewski, był technikiem budowlanym. Przyjechał do Polski z terenów dzisiejszej Ukrainy w latach 20. XX wieku. Pracował w porcie w Pucku. Razem z bratem, Antonim Kolejewskim, opracowywał plany zabudowy Gdyni Orłowa. Mieli biuro przy ul. Inżynierskiej, które otrzymywało zlecenia od Witolda Kukowskiego, właściciela Kolibek. Przygotowywał m.in. plany budowy dwóch domów w tej nadmorskiej dzielnicy.

Ze wschodu do Gdyni przywędrowała także rodzina mamy doktora - Elżbiety, z domu Suskiej. Przed wojną dziadek, Leonard Suski, sprzedał majątek i zaczął kupować dla córek place w Orłowie, by mogły je wnieść w wianie. Miał sześć córek i dwóch synów. To jeden z nich, Zygmunt Suski, kierownik działu administracyjnego w gdyńskim magistracie, zaczął ściągać do Gdyni krewnych. 

Mieszkali z Zygmuntem po sąsiedzku przy ul. Wrocławskiej, gdzie rodzina kupiła dwie posesje. Potem Zygmunt Suski przeniósł się do centrum Gdyni, gdzie wybudował dom przy ul. Abrahama. Jego syn, Aleksander, pracował przy budowie lotniska w Rębiechowie.

Z tamtych czasów zachowały się zdjęcia. Wracające z plaży młode jeszcze ciotki Suskie. Zygmunt, wylegujący się na piasku w kostiumie w paski. I mały Andrzej, dumnie kroczący z rodzicami ulicą Świętojańską. Beztroskie spotkania rodzinne w domu przy ul. Wrocławskiej. To jednak miało zniknąć wraz z nadejściem wojny…

Dziecko w Mauthausen? Niemożliwe, a jednak...

Władysław Kolejewski był przed wojną członkiem Związku Zachodniego. Znalazł się na liście Gestapo. Wszystkich jego przyjaciół - związkowców rozstrzelano w Piaśnicy

- Ojciec ocalał, przestrzegł go znajomy Niemiec, który poradził, by uciekać z Gdyni – wspomina doktor.

Wojnę spędzili w Aninie. 

Na początku września 1944 roku, w czasie Powstania Warszawskiego, władze niemieckie nakazały mieszkańcom Anina opuszczenie domów i zbiórkę przy placu kościelnym. Stamtąd krytymi ciężarówkami Andrzej, wraz z rodzicami, został przewieziony na plac zborny fabryki Szpotańskiego w Wawrze. Potem trafili do Pruszkowa, a trzy dni później wsadzono ich do wagonu pociągu jadącego do Mauthausen.

Elżbieta Kolejewska, z domu Suska. Zdjęcie wykonano już po wojnie, przy schodach prowadzących dziś na Bulwar Nadmorski, a wtedy na plażę (fot. archiwum prywatne)

Miał tylko 10 lat. Kiedy później mówił, że jako dziecko przeżył obóz w Mauthausen, nie chciano mu wierzyć.

Od dworca do obozu w Mauhausen wiedzie ośmiokilometrowa trasa. Pamięta żołnierzy z ujadającymi psami, zmęczenie, strach. Rozdzielono ich z ojcem, którego zabrano do obozu w Gusen, gdzie pracował w kamieniołomach.

Andrzej wraz z matką trafił z Mauthausen najpierw do obozu na przedmieściach Linzu - Lager Nr 35. Obóz miał charakter międzynarodowy. Wśród więźniów panował głód, matka z dnia na dzień słabła. Za próbę ugotowania kompotu ze znalezionych jabłek, została brutalnie pobita. 

- Nie wiem, jakbyśmy tam przetrwali, gdyby nie inspekcja Czerwonego Krzyża i przeniesienie nas do obozu pracy w Dornach – wspomina Andrzej Kolejewski. - Byłem tam jedynym dzieckiem. Pomógł nam litewski magazynier, Eryk Czynkowajtis, organizator podziemnej siatki informacyjnej, który wciągnął mnie do działalności konspiracyjnej – przenoszenia informacji wśród więźniów. Prawdę mówiąc, ten szlachetny Litwin nie raz mnie i mamę uratował od śmierci. 

Cudem przeżyli. Ojciec, wycieńczony niewolniczą pracą, trafił po wyzwoleniu do szpitala. Nie mógł chodzić, nie mógł wraz z żoną i synem wracać do Polski. Dołączył do bliskich po dłuższym czasie.

Felczer w Jezioranach

Andrzej z matką powrócili do Polski. Niestety, dom w Aninie już nie istniał. Kilka miesięcy później dziadek Suski zaczął ściągać rodzinę do Pucka, gdzie wydzierżawił młyn. Zarobił na tym tyle, że po kilku latach rodzina mogła znów kupić mieszkania w Gdyni. 

- I tak po przerwie spowodowanej wojną znów znalazłem się w moim rodzinnym mieście – uśmiecha się lekarz. - Gdynia znów się budowała. Powstawało duże osiedle mieszkaniowe na Wzgórzu Nowotki, dziś to Wzgórze św. Maksymiliana.

Poszedł do gdyńskiego gimnazjum. 

- Moja kariera szkolna została przerwana, zostałem wyrzucony za… bikiniarstwo – wspomina doktor. - Starszy brat pływał na „Batorym”, przywoził krawaty w palmy, zachodnie gazety i kolorowe skarpetki, a ja zbytnio się, jak na ówczesne czasy, z tym obnosiłem. 

Wrócił do szkoły, ale już w Pucku. Tam zdał maturę i postanowił studiować medycynę. Zdał, ale nie został przyjęty. Zabrakło mu czujności i w rubryce „pochodzenie” wpisał dyskwalifikującą w latach 50. XX wieku informację ”inteligencja pracująca”.

Poszedł więc do szkoły felczerskiej, działającej w Gdyni do 1953 roku przy dawnej ul. Czołgistów (obecnie Piłsudskiego). Potem dostał nakaz pracy. Pracował m.in. w pogotowiu ratunkowym. Z kolegą mieszkał w pokoju z jednym łóżkiem. Kiedy jeden jeździł do wezwań, drugi spał. I odwrotnie. Sprawował się nieźle, bo po trzech miesiącach mianowano go kierownikiem ośrodka zdrowia w Jezioranach. Miał wówczas 19 lat.

Rodzina Suskich przyjechała do Gdyni w latach 20. XX wieku. W środku siostry Maria i Barbara, po lewej Zygmunt Suski, po prawej Tadeusz Nowakowski (fot. archiwum rodzinne)

Z Gdyni w świat

Ostatecznie sprawnego, młodego felczera wytypowano na studia. Skończył Akademię Medyczną w Warszawie i przez pierwsze lata po studiach pracował jako lekarz wiejski. Równocześnie w szpitalu w Cieplicach robił specjalizację chirurgiczną. Wraz z żoną Danusią, stomatologiem, zdecydowali wrócić nad morze, najpierw do Międzyzdrojów, a potem do miasta, w którym urodził - Gdyni. 

Poszedł do ówczesnego dyrektora szpitala w Gdyni Redłowie, pytając, czy nie ma dla niego pracy. Usłyszał, że tak, ale za pół roku. Potrzebowali lekarza, który zorganizuje poradnię chirurgiczną przy ul. Warszawskiej w Gdyni.

Wcześniej, po dwuletniej specjalizacji, został ekspertem ds. chorób trzeciego świata. 

W tamtym czasie Polskie Linie Oceaniczne i Polska Żegluga Morska stworzyły etaty dla lekarzy. Pieniądze były wprawdzie niewielkie (doktor zarabiał oprócz skromnego wynagrodzenia 2 dolary dziennie tzw. pensji oficerskiej), ale praca na statku dawała szansę na poznawanie świata. 

Morskie podróże to temat na osobną historię. Wystarczy powiedzieć, że podczas jednej z wypraw młody chirurg z Polski miał szansę na spotkanie w RPA słynnego doktora Christiana Barnarda, lekarza, który jako pierwszy na świecie przeprowadził przeszczep serca.

Starszy brat Andrzeja, Zbigniew (ostatni po lewej stronie) został po wojnie marynarzem i pływał na „Batorym” (fot. archiwum prywatne)

Lekarz bezdomnych 

Na przełomie roku 1989 i 1990 Andrzej Kolejewski został dyrektorem Pogotowia Ratunkowego w Gdyni. Dokonał znaczących zmian w pracy pogotowia. Zgłosił m.in. potrzebę zatrudnienia w pogotowiu… dyżurnego policjanta. 

Otrzymał nominację lekarza sądowego. Jeździł z policją do śmiertelnych przypadków, w tym zabójstw, był świadkiem wielu nieszczęść

Pewnego dnia został wezwany do skrajnie ubogiej rodziny mieszkającej w rurach ciepłowniczych. Doszło do awarii, grupa bezdomnych została poważnie poparzona gorącą wodą. 

- Do dziś mam ich przed oczami – wzdycha doktor. - Po takim doświadczeniu nie można wrócić do domu, usiąść przy kolacji i zapomnieć. Nie można pozostać obojętnym. 

Już bez wezwań zaczął sam wyruszać do gdyńskich slumsów, wędrować po dworcach. Wyciągał ludzi z węzłów ciepłowniczych, opatrywał, czasami wiózł do szpitala. Wieść o doktorze, który leczy bezdomnych, rozniosła się po Gdyni. Zaufali mu, dopuszczali do siebie, wskazywali kolegów, czekających na pomoc.

Doceniła go za to m.in. prezydent Franciszka Cegielska, a także Fundacja Jerzego Bonieckiego, przyznając w 2015 r. nagrodę za wieloletnie sprawowanie opieki lekarskiej nad bezdomnymi i ubogimi ludźmi w Gdyni.

Świadectwo Grudnia

Niezależnie od pracy na rzecz ubogich, dr Kolejewski został kronikarzem gdyńskiej opieki zdrowotnej. Docierał do starych dokumentów, do ludzi, którzy pamiętali początki gdyńskich szpitali, do ich potomków. Napisał pięć książek, w których zgromadził wiedzę na temat dziejów gdyńskiego pogotowia ratunkowego, szpitala na Placu Kaszubskim, szpitala na Kępie Redłowskiej, Przychodni Lekarskiej Śródmieście. Stworzył Aeropag Lekarzy Gdyńskich. 

Choć Andrzej Kolejewski powrócił do Gdyni już po wydarzeniach grudniowych 1970 roku, okazał się jednym z ważniejszych kronikarzy tamtych dni. 

- W pogotowiu spotkałem lekarzy, sanitariuszy, kierowców, pamiętających Grudzień’70 – wspomina. - Słyszałem o niewyobrażalnym dramacie, o rannych młodych ludziach, przywożonych do szpitali. O zatrzymywanych, zarówno przez milicjantów, jak i protestujących na ulicach, karetkach. O próbach wyciągania z nich rannych.

Dotarł do nieznanych wcześniej dokumentów. Do dziś przechowuje skropioną łzami kartkę ręcznie spisaną przez dr Marię Zajkowską-Rozmarynowską. Kartka zawiera listę rannych, przywiezionych w czwartek, 17 grudnia 1970 roku do Szpitala Morskiego w Gdyni.

- W gdyńskich szpitalach pracowali jeszcze lekarze, którzy w grudniu ratowali ludzi: dr Zygmunt Kasztelan, dr Roman Okoniewski, dr Marian Teleszyński, dr Maciej Okonek i wielu, wielu innych - mówił mi dr Kolejewski. - Zaczęli opowiadać. Dr Jan Nowoczyn pamiętał, że wielu pacjentów było już nie do uratowania. Dr Kasztelan wspominał, że 17 grudnia 1970 roku w szpitalu było tylu rannych, że nie wiedział, kogo ma zacząć najpierw operować. Mówił też o 17-letnim synu współpracującej z nim pielęgniarki, Wiesławie Kasprzyckim, torturowanym przez milicję, przywiezionym z obrażeniami kręgosłupa, nerek, urazem głowy, wstrząśnieniem mózgu. Wieśka uratował dr Adam Kunert. Jako lekarz wojskowy został wpuszczony do prezydium, gdzie katowano zatrzymanych. Wezwał karetkę, za którą w pościg ruszył wóz milicyjny. Pod Szpitalem Miejskim karetkę otoczyli ludzie w białych fartuchach, nie dopuścili do odbicia chłopaka. 

W 2009 roku powstał film dokumentalny Ewy Żmigrodzkiej „To nie na darmo”, w którym o wydarzeniach grudniowych mówią nie tylko uczestnicy protestów, ale i ci, którzy nieśli im pomoc – lekarze, pielęgniarki, kierowcy karetek. Autorzy filmu podziękowali w specjalnym piśmie Andrzejowi Kolejewskiemu za „nieocenioną pomoc”.

Duma z miasta 

Dr Andrzej Kolejewski skończy w czerwcu br. 92 lata. Mieszka w Orłowie, gdyńskiej dzielnicy, w której przyszedł na świat. Nadal sporządza opinie, bada dokumenty.

Pisze kolejną książkę o 100-leciu gdyńskiej służby zdrowia.

Kiedy pytam, co dla niego znaczy być Gdynianinem, nie odpowiada od razu.

- Odczuwam dumę, że w Gdyni przyszedłem na świat i że mogę do pewnego stopnia czuć się jej kronikarzem – mówi po chwili. - Żyję w mieście otwartym na przybyszy, życzliwym, gdzie niespełna sto lat temu pojawiła się moja rodzina. Do którego zawsze chciałem wracać, które zawsze lubiłem, w którym zwyczajnie dobrze się czuję. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
ReklamaPomorze i podróże
Reklama