Rozwój Gdyni. Od wioski do nowoczesnego miasta
„Żółwim krokiem naprzód”
W Wąbrzeźnie w 1934 roku ukazała się książka „Nasze morze i wybrzeże: ilustrowany almanach morza i wybrzeża polskiego”. Zapisano w niej takie słowa:
Do roku 1926 rozbudowa Gdyni postępowała żółwim krokiem naprzód. Składały się na to przyczyny różnorakie, a przede wszystkiem, sama budowa portu, która dopiero od roku 1926 raźno ruszyła z miejsca. W miarę zwiększania się pracy w porcie, przybywało ludności, wzmagała się liczba przedsiębiorstw handlowych, rosła liczba domów i potężnych gmachów reprezentacyjnych. W ten sposób, od roku 1926 do 1934, to znaczy, niespełna w ośmiu latach, na wydmach brzegowych nad morzem „oraz” na wzgórzach okalających Zatokę Gdyńską, powstało miasto, liczące z przedmieściami przeszło czterdzieści tysięcy ludności.
I powstało miasto najbardziej nowoczesne, posiadające znakomity system kanalizacyjny – świetne oświetlenie elektryczne, asfaltowane lub brukowane ulice – dobrze utrzymane chodniki i nowoczesną komunikację autobusową w granicach swoich.

Kim byli nowi mieszkańcy Gdyni?
Zwróćcie uwagę na podaną powyżej liczbę mieszkańców – czterdzieści tysięcy! I co ważne, nie byli to mieszkańcy sąsiednich kaszubskich wiosek, ale przede wszystkim ludzie, którzy czuli się na tyle silni, by po doświadczeniach Wielkiej Wojny rzucić wszystko na jedną kartę i pojechać do mało znanej (poza wielkim państwem, które przyjeżdżało wcześniej do Gdyni traktowanej jako uzdrowisko) wioski na wybrzeżu morza, które długi czas nie miało kontaktu z polską państwowością.
Jechali z Warszawy, Wilna, Białegostoku, Kołomyi i Gniezna. Ba, niektórzy przyjeżdżali z ogarniętych kryzysem powojennym Niemiec i innych części Europy. Ważne było to, by mieć odwagę podjąć decyzje o wyjeździe w ciemno, bo przecież, z racji braku wyszukiwarek internetowych, nie mogli sprawdzić, jak to tam jest, jak zorganizują sobie życie i czy nie przyjdzie im koczować w niesamowicie ciężkich warunkach.
Zawody potrzebne w budującej się Gdyni
Nie tylko budowlaniec. Potrzebny był szewc, krawiec czy kucharz
Mimo tych wątpliwości, jechali do Gdyni, bo ta była symbolem polskich marzeń, aspiracji, ale i sukcesu, a jak wiadomo, sukces wiąże się z pieniędzmi, które pozwalają na w miarę godne życie. Mówiono wręcz, że właśnie to miasto i ta budowa portu, która ruszyła po 1926 roku, to polska „ziemia obiecana”. Coś w tym musiało być, bo po stu latach patrzymy na niezwykłą transformację z niewielkiej rybackiej wioski do tętniącego życiem nowoczesnego miasta portowego z daleko idącymi aspiracjami.
Ktoś może pomyśleć, że do Gdyni zjeżdżali specjaliści od konstrukcji betonowych, zbrojarze, mechanicy znający się na dźwigach portowych i inni. Oczywiście, w początkowym etapie aktywności na budowie portu najbardziej potrzebne były zawody związane z pracą fizyczną, ale oczywiście nie mogło się też obyć bez ludzi innych zawodów. Chodzi mi m.in. o:
- krawców, którzy zajmowali się łataniem ubrań zniszczonych na budowie,
- szewców podbijających buty,
- kucharzy, którzy, w przeciwieństwie do tych obecnych w obiektach kuracyjnych i przygotowujących wykwintne potrawy, potrafili gotować jedzenie w wielkich kotłach pozwalających zapewnić posiłki dla setek i tysięcy robotników.

Gdyńska gastronomia w dwudziestoleciu międzywojennym
Restauracje i bary w Gdyni
Ktoś powie, że nie ma różnicy między kucharzem z Doku Kuracyjnego lub kasyna w Gdyni a tym, który pracował w jednym z kilkunastu oficjalnych barów i dziesiątek jadłodajni znajdujących się w budach na zapleczu budowy portu.
Niestety, jest. Chodzi zarówno o przygotowanie technologiczne, ale i wytrzymałość fizyczną takiego człowieka. Kucharz z kuchni ekskluzywnej wydaje kilkadziesiąt porcji w ciągu dnia, a kucharz w kuchni „zakładowej” – nawet i kilkaset. Ma to proste przełożenie na pojemność naczyń, a więc i obciążenia kręgosłupa. Czym innym jest bowiem podgrzanie kilku porcji kartofli, a czym innym konieczność podniesienia 50-, a nawet 100-litrowego gara z kartoflami na piec.
Ale po Wielkiej Wojnie na rynku było wielu kucharzy, którzy jeszcze kilka lat temu w mundurach gotowali dla walczących armii.
Zostawmy jednak tężyznę fizyczną kucharzy na boku. Zastanówmy się nad tym, jaka kuchnia występowała w Gdyni, do której, poza kuracjuszami, przyjechały tysiące robotników ze swoimi diametralnie różnymi przyzwyczajeniami kulinarnymi wynikającymi przede wszystkim z tego, że przybywali oni z obszarów pozostających w okresie zaborów pod wpływem różnych kultur kulinarnych.

Ceny maksymalne w obiektach gastronomicznych
Oczywiście, każdy z nowo przybyłych musiał przejść przez dworzec. Jeżeli był to robotnik do kopania basenów portowych, to przypuszczam, że miał w tobołku jeszcze nieco chleba i słoniny zabranych z domu, ale jeżeli to był inżynier, który zamierzał projektować gdyńskie modernistyczne domy, to mógł zatrzymać się w Restauracji Dworcowej. Oferowała ona kuchnię uniwersalną, choć jej specjalnością była kiełbasa krakowska.
Podejmując wątek przeznaczenia restauracji dworcowej dla grup społecznych o określonym statusie finansowym, nie możemy ominąć kwestii obwieszczeń ustalających ceny maksymalne w obiektach gastronomicznych w Gdyni. Wydawane, po uzyskaniu praw miejskich, przez Komisarza Rządu w Powiecie Miejskim Gdynia (wcześniej ceny regulował Starosta Morski w Wejherowie) przewidywały, że funkcjonować będą trzy podstawowe kategorie zakładów gastronomicznych i narzucały ceny urzędowe za obiad składający się z zupy, pieczeni z warzywami, leguminy (dzisiejszy deser) podanej z kawą lub herbatą. Przyjęto podobną bazę, ale ceny różnicowano zależnie od warunków lokalowych i jakości podawanych dań.

Lokale z I kategorii
Wzmiankowaną Restaurację Dworcową zakwalifikowano do I kategorii, w której znalazły się również:
- „Kaszubski Dwór”,
- „Polska Riwiera”,
- „Hotel Centralny”,
- „Dom Kuracyjny”,
- „Hotel Kaszubski”,
- „Casino”,
- „Bodega”.
Wszystkie z niemałym doświadczeniem związanym z obsługą letników odwiedzających Gdynię będącą częścią Rzeczypospolitej. Urzędowo zatwierdzony koszt standardowego obiadu w 1929 roku nie powinien przekraczać 3 zł.
Lokale z II kategorii
Do kategorii II zakwalifikowano restauracje:
- „Bednarskiego”,
- „Matuszkiewicza”,
- „Stróżyńskiego”,
- „Schabińskiego”,
- „Bar Casino”,
- „Bar Słupski”,
- „Bar Pod Starym Dębem” (słynna stara gospoda „Pod Dębem”, o której wspominają już XVI-wieczne dokumenty własnościowe),
- na tamte czasy kultowy „Bar Angielski”.
Te lokale zobowiązane były do nieprzekraczania ceny 2,50 zł za standardowy obiad.
Lokale z III kategorii
Pozostałe lokale zakwalifikowano do kategorii III, którą obowiązywał limit 1,75 zł za jeden standardowy obiad.

Garkuchnie i prosta kuchnia robotnicza
Oczywiście, poza nimi funkcjonowała cała masa garkuchni, w których przygotowywano, często pokątnie, wszelkiego rodzaju dania jednogarnkowe wyglądające jak breje, zawierające głównie tanie składniki, pozwalające skutecznie wypełnić światło żołądka ciepłą strawą.
Choć pewnie liczyliście na to, że zacznę od kategorii I, to jednak ja wolę skupić się nad tym, co prawdopodobnie było realną codziennością żywienia ludzi budujących Gdynię, a więc daniami prostymi, budżetowymi, często jednogarnkowymi. Daniami dla robotników, którzy stanowili gros „mieszkańców” budującego się miasta. To ich były dziesiątki tysięcy, a kuracjuszy, przedstawicieli konsorcjum budującego port w całym sezonie było zaledwie kilka tysięcy, i nie każdy z nich pozwalał sobie na stołowanie się w czołowych restauracjach.
Zupa rumfordzka. Przepis na przetrwanie
Jednym z hitów lat międzywojennych była zupa rumfordzka. Ta dziwna nazwa pochodzi od nazwiska angielskiego fizyka i wynalazcy hrabiego sir Benjamina Thompsona Rumforda, który prowadził badania nad masowym żywieniem ubogich przy zastosowaniu efektywnych metod wykorzystania składników spożywczych.
Zupa, którą stworzył pod koniec XVIII wieku, do dziś jest doskonałym przykładem świadomego komponowania posiłków pod kątem wartości odżywczych, przy zachowaniu ekonomiki.

Przepis na zupę rumfordzką
- Groch lub soczewicę płuczemy i zalewamy zimną wodą, odstawiamy na kilka godzin.
- Do wielkiego gara wkładamy obrane i pokrojone w kostkę kartofle, marchew, pietruszkę oraz cebulę.
- Gotujemy na małym ogniu do miękkości, a wręcz rozsypania się części składników by zupa była gęsta i zawiesista. Systematycznie podnosimy składniki z dna, by się nie przypaliły. Doprawiamy solą oraz pieprzem. W okresie wegetacyjnym posypujemy dużą ilością posiekanej naci.
- Jeżeli chcemy działać na bogato, dodajemy nieco masła lub odrobinę okrasy dla podniesienia kaloryczności zupy i poprawy aromatu.
Taka zupa dostarczała dużo białka roślinnego, mnóstwo błonnika, wiele witamin i minerałów. Dzięki zawartości grochu lub soczewicy, a także kaszy jęczmiennej jest niezwykle sycąca, jak również gwarantuje energię na długi czas. Zupa jest przy tym wzorcem prostoty, oszczędności i, w przypadku wydawania w akcjach pomocowych, solidarności społecznej.
Oczywiście, zarówno kiedyś, jak i dziś, zupę można wzbogacić właściwie wszystkim, co przyjdzie nam do głowy, choć trzeba powiedzieć, że nie da się zrobić z niej dania ekskluzywnego, do postawienia na stołach restauracji kategorii I i pewnie II.
Kuchnia gdyńska. Różnorodność smaków i tradycji
Sceny z jedzenia śledzia
Gdyby Gdynia znajdowała się w zupełnie innym miejscu, to bym o tym nie myślał, ale gdzie, jak gdzie, pulki ze śledziem nie są czymś naturalnym. Choć „Kariera Nikodema Dyzmy” to warszawska Praga, ale sceny z jedzenia śledzia samego lub z kartoflem gotowanym w łupinie na pewno były doświadczeniem wielu, szczególnie stołujących się w jadłodajniach gdyńskich. Pewnie z reguły był to śledź ledwie odsolony, sprzedawany pod wódkę w gospodach Pekinu nad budującym się portem, albo śledź z kufla, marynowany w occie. Śledź, to tak mało, ale jednocześnie tak wiele.
Ale bywało też i tak, że bezrobotny musiał obejść się śledziem, czyli zupą ugotowaną w wodzie z beczki śledziowej, do której były dodawane kartofle.

Kuchnia warszawska i regionalne inspiracje
Pomijając ekskluzywne obiekty kuracyjne, wiele restauracji, barów i jadłodajni oferowało kuchnię warszawską bądź poszukiwało kucharzy ze znajomością kuchni warszawskiej, chcąc dogonić konkurencję.
Kuchnia warszawska to pojęcie obrazujące niezwykły tygiel kulinarny, wykształcony na przestrzeni wieków pod wpływem różnych kultur i historycznych doświadczeń. Warto wiedzieć, że kuchnia warszawska to nie kuchnia mazowiecka, ale także:
- żydowska,
- rosyjska,
- francuska,
- niemiecka.
Kuchnia warszawska wyróżnia się kontrastami między prostotą flaków z łojowymi klopsikami a wyrafinowaniem dań kuchni francuskiej, którą naszemu królowi proponował Paul Tremo.
Skojarzenia regionalne każą przypuszczać, że w Gdyni mieszkańcy Kujaw, którzy tu przyjechali, znaleźli swoje jedzenie, albowiem w 1933 roku funkcjonowały lokale „Kujawiak” i „Kujawianka”.
„Zagłębiankę” można kojarzyć z południem kraju, z którego wiele osób mogło przybyć przy okazji budowy węglowej magistrali do gdyńskiego portu.
Wygląda na to, że w Gdyni zagościli też mieszkańcy centralnej Polski, bo w książce telefonicznej mamy pozycję „Łowiczanka”. Być może też Paryża, bo jest w niej również „Paryżanka”.
Kuchnia koszerna i żydowskie smaki
Wśród wielu gdyńskich obiektów gastronomicznych blisko 100 lat temu zwraca też uwagę mieszcząca się w podwórzu Hotelu „Centralnego” restauracja „Picadilly” – jedyna w budującej się Gdyni koszerna restauracja. Nie ma co się dziwić jej istnieniu.
Odwiedzali ją głównie miłośnicy „gęsich pipków” (faszerowane gęsie szyje), „cymesu” oraz szczupaka po żydowsku, a także bogaci Żydzi odwiedzający Gdynię jako kuracjusze.

W przedwojennej Gdyni było około 40 restauracji, nie licząc hotelowych, i co najmniej drugie tyle barów i jadłodajni. Trzeba jednak powiedzieć, że większość głodnych, zamieszkujących baraki Pekinu, nie jadała w restauracjach. I to im powinniśmy poświęcić chwilę zastanowienia nad tym, czy na pożywnej zupie rumfordzkiej lub innych daniach jednogarnkowych, nie powstała piękna Ameryka II RP.

























Napisz komentarz
Komentarze