Luty 2022 rok. Jesteś na słowacko-ukraińskim przejściu granicznym Uźhorod-Vysne-Nemecke. Dokumentujesz jeden z najbardziej dramatycznych momentów właśnie rozpoczętej wojny, migrację tysięcy uchodźców.
Nieprzerwany potok ludzi, nieprzerwany potok nieszczęścia... Czułem jednocześnie litość, przerażenie i - patrząc na bezinteresownie pomagających - wzruszenie. Czegoś podobnego doświadczyłem w lutym 1998 roku, gdy byłem z aparatem w strefie konfliktu zbrojnego w Kosowie...
Nie kusiło cię, gdy wybuchła wojna, by jechać w głąb Ukrainy?
Myślałem o tym. Jednak byli tam już inni wydelegowani przez agencję, dla której pracowałem. Ale też, przyznaję, nie pchałem się na tę wojnę jak jakiś szaleniec. Od czasu Kosowa moje podejście do tego typu zadań zmieniło się, może dojrzałem? Dziś wiem, że obraz wojny może być równie przerażający od zaplecza, podczas takiego exodusu jak cztery lata temu, tej masowej migracji ludzi, którzy muszą uciekać, z całym dobytkiem w nieznane, na niepewny grunt.

Legenda wojennej fotografii, Robert Capa mawiał: „Jeśli twoje zdjęcia nie są wystarczająco dobre, to znaczy, że nie byłeś wystarczająco blisko”. Wtedy, w Kosowie czy w Uźhorod-Vysne-Nemecke wypracowałeś sobie swoje własne zasady? Etykę, jak daleko możesz się posunąć?
Od tego czasu moje myślenie w tej kwestii, w kwestii fotografii w ogóle, bardzo się zmieniło. Na pewno ma na to wpływ wiele lat doświadczenia zawodowego, ale i w ogóle upływ czasu. Dziś wiem, że jadąc w rejon konfliktu, jako fotoreporter nie muszę już z nikim się ścigać, przed nikim popisywać, ani tym bardziej nikomu niczego udowadniać. Wojna to nie jest czas na ściganie się, kto zrobi lepsze zdjęcie. A „lepsze” to często znaczy bardziej atrakcyjne wizualnie... A nie po to wtedy jechałem na granicę, by zgrywać Caravaggia fotografii, ale by pokazać ludzkie nieszczęście, krzywdę, biedę.
CZYTAJ TEŻ: „Solidarni z Ukrainą”. Miesiąc szczególnych wydarzeń w Gdańsku
Dramat wojny?
Ludzki dramat i piękno ujęcia? To mi nie pasuje. Od pewnego czasu, właśnie chyba od czasu wojny w Ukrainie, mam z tym problem. Przywołałaś tu Roberta Capę, nie do końca zgadzam się z tym, co mówił. Myślę wręcz odwrotnie, że, by pokazać koszmar wojny, może jednak trzeba zrobić dwa kroki do tyłu? Co do etyki fotoreportera w takiej sytuacji, to każdy ma swoje granice prywatności.

Jakie są twoje?
Zawsze próbuję sobie wyobrazić, co myśli ktoś, do kogo bezceremonialnie, bez pytania, podchodzę z aparatem. Bardzo szanuję prywatność, tym bardziej rozumiem, że nikt nie chciałby publicznie pokazywać swojej niedoli, siebie w obliczu porażki. Wszech panujące media społecznościowe wykreowały model życia oparty na zachwycie nad sobą, na sukcesach. Z biedą publicznie się nie obnosimy. A tu nagle ten tłum ludzi skazanych na poniewierkę, na łaskę innych… Mój dziennikarski kodeks w obliczu takiego tematu to przede wszystkim czyste sumienie. Jeśli fotografuję pojedyncze osoby, twarze, osobiste emocje, na ile to możliwe, pytam o zgodę - czasem już po zrobieniu zdjęcia, ale staram się dać szansę fotografowanym na protest. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy aparat fotograficzny nie narusza czyjejś godności. Czy zdjęcie zrobione w takiej sytuacji będzie świadectwem, czy tanią sensacją.
Wtedy na pograniczu, jak było?
Jeśli ktoś protestował, nie nalegałem, wycofywałem się z aparatem, nie fotografowałem „z biodra”. Ale ci ludzie wtedy byli oszołomieni tym, co ich spotkało, pełni pokory, jakby poddali się tej sytuacji. Nie wiedzieli, co ich czeka.
Zdjęcia z pierwszych dni wojny obiegły świat. Czułeś, że to dla ciebie jakaś misja?
Misja… To słowo w kwestii wykonywanego przeze mnie zawodu to jest dziś dylemat, dla mnie spory problem. Przez lata pracy legitymacja dziennikarska, aparat fotograficzny były przepustką do tego, by rejestrować świat wokół, życie, czyjąś prywatność. Ale media się zmieniły. Gdybym był duchownym mógłbym wyznać, że wtedy, na tamtej granicy przeszedłem kryzys powołania.

Co masz na myśli?
Dziś każdy, na pewno znakomita większość osób, ma możliwość rejestrowania obrazu. Świat niejako sam się transmituje. Tym bardziej czuję ciężar odpowiedzialności i zawsze pracuję dla mediów, które cieszą się zaufaniem, gdzie relacjonowanie oparte jest na rzetelności, na wypracowanych dziennikarskich zasadach. Mimo to nie mam poczucia misji, o którą pytałaś. Świat dowiedziałby się o tym, co działo się na początku wojny i beze mnie. Wszak często, nawet poważne tytuły prasowe czerpią informacje z pojedynczych źródeł, od osób, które są tam na miejscu, mają telefon komórkowy, może nawet czują misję. To tak zwane materiały pozyskane, które jednak, oczywiście, trzeba weryfikować. A zatem, jeśli miałem uzasadnić swoją obecność w takim miejscu jak wtedy pogranicze objętej wojną Ukrainy to tylko z racji wypracowanego standardu zawodu dziennikarza, który - moim zdaniem - powinien dążyć do bycia zawodem zaufania publicznego. Choć może brzmi to kuriozalnie, bo dziś media na całym świecie się spolaryzowały i każdy, na swój sposób, jest dziennikarzem. Dlatego my, fotoreporterzy, dziennikarze nie mamy już takiej siły sprawczej. Nasza rola nie jest już tak ważna.
Z taką myślą jechałeś wtedy na granicę?
Myślałem o tym, że mam zadanie do wykonania. Pracowałem dla agencji Reuter’s, która miała określony plan i wymagania, działaliśmy w zespole, w różnych punktach konfliktu. Było co relacjonować. Pamiętam, że zaskoczyło mnie, jak wiele osób przekraczających granicę, było innego koloru skóry.
Panowała wtedy opinia, że okazję do przedostania się w granice Unii Europejskiej wykorzystują imigranci z innych rejonów świata. Być może były takie przypadki, ale w większości byli to ludzie studiujący lub mieszkający od lat w Ukrainie. Wielu wolało jechać na Słowację, bo opinia, że w Polsce mogą być – z racji koloru skóry - nie najlepiej traktowani była wśród nich powszechna. To, co mnie zaskoczyło to już dziś legendarna wręcz logistyka pomocy uchodźcom, troska i serdeczność. Spontaniczny, wzruszający łańcuch wsparcia. Każdy miał ogrom konkretnej roboty, nagle dotarło do mnie, że ja z tym moim aparatem fotograficznym jestem tam najmniej potrzebny.
W takich sytuacjach rejestrujesz wydarzenia czy też ruszasz z pomocą?
W pomoc zaangażowałem się już po powrocie do Polski. Na granicy miałem inne zadania, a pomagających nie brakowało. I mimo że rejestrowałem wielki ludzki dramat, trzeba było się spiąć. Tragizm sytuacji, to co tam zobaczyłem docierał do mnie zwykle pod koniec dnia. Myślałem o tych ludziach, którzy musieli uciekać przed wojną i czułem, prócz współczucia, także strach, że to dzieje się naprawdę. Że jednak wojna do nas przyszła, jest już za rogiem, na wyciągnięcie ręki. I co dalej? - dręczyło mnie. Ten dystans, który sobie wypracowałem, bardzo mi się przydał. To wtedy przyszła świadomość, że czas, gdy zawodowe media były oczami świata minął, i to chyba bezpowrotnie. W każdym razie nie jest już tak istotny jak trzydzieści lat temu. Ale mimo wszystko wiarygodność przekazu wciąż jest jednak wartością. Pytasz, czy ruszyłem na pomoc? Wtedy każdy chciał być jakoś użyteczny. Gdy wyjeżdżałem do Polski, zgłosiłem się do punktu pomocy, zaoferowałem przewóz, jeśli ktoś by tego potrzebował. I rzeczywiście, wracałem z Ukrainką, która z nastoletnią córką chciała się dostać do Kłajpedy. Podwiozłem je do Warszawy, gdzie pomogli jej inni dziennikarze. To było piękne, masowe ruszenie pomocy.

Jak dziś patrzysz na tamte zdjęcia sprzed czterech lat?
Pewnie spokojniej mogę się przyjrzeć temu, co sfotografowałem. Wtedy dochodziła presja czasu - współczesne relacjonowanie wydarzeń wymaga tempa, szybkiej edycji, radzenia sobie z problemami technicznymi jak na przykład brak internetu.
To były ogromne emocje. Dziś mówi się, że świat już oswoił się z faktem, że w Ukrainie toczy się wojna...
Oswoił się, że giną ludzie? Przeraża mnie to utyskiwanie, że wojna stała się nudna. Że to „ograny” temat. Jak film, który ogląda się kolejny raz. Tylko że to nie jest film. To wszechobecna śmierć. Ludzki dramat, który nie zakończył się tam, na granicy.
Były w historii zdjęcia ikoniczne, wojenne fotografie które miały moc zmieniania świata.
W tym kontekście, paradoksalne jest, że tamten czas wywołał we mnie myślenie o kryzysie zawodu fotoreportera. Może trzeba jednak zweryfikować to podejście i próbować uzasadnić naszą, dziennikarzy, fotoreporterów obecność? Dziś nie mam poczucia, że działanie mediów mogłoby pozytywnie wpłynąć na polityków, na społeczeństwo, tym bardziej na kres wojny. W każdym razie zdarza się to coraz rzadziej.
Jak dziś mówić o wojnie za pomocą fotografii?
Na pewno nie w kontekście romantycznych bohaterów, pomników i śmierci za ojczyznę. Nie umniejszając tym, którzy walczą i oddają życie, często wbrew własnej woli. Wojna to tragedia ludności cywilnej każdej ze stron. Wojna i jej konsekwencje to zawsze jest zło. Jak straszna jest wojna powinno pokazywać się właśnie na przykładzie cierpienia, strachu, poniewierki cywilów. Znudziła nam się ta wojna? Naprawdę trudno pojąć...
- Łukasz Głowala (wraz z fotoreporterką Martyną Niećko) będzie gościem spotkania w Gdańskiej Galerii Fotografii (dział Muzeum Narodowego w Gdańsku, ul. Jaracza 14). To wydarzenie cyklu: Rozmowy o Fotografii: Powitanie. Fotoreportaż w czasach kryzysu
- 19 lutego 2026, godz. 18.00-19.30
- Spotkanie poprowadzi Małgorzata Taraszkiewicz-Zwolicka.

























Napisz komentarz
Komentarze