Drewniane buty do pracy w torfie
Andrzej Skwiercz, potomek jednego z najstarszych gdyńskich rodów, kładzie na podłodze drewniany but ze skórzanymi rzemykami, które zapinano na klamry. W takich butach do pracy wyruszały konie przy budowie miasta i portu w Gdyni.
- Gdynia leżała na torfie – przypomina. - Grzęzły w nim ciężkie maszyny Konsorcjum Francusko-Polskiego wykonawcy. Postanowiono wówczas powrócić do tradycyjnych na Kaszubach metod wydobywania torfu pod baseny portowe przy pomocy niewielkich, ale bardzo silnych koni kaszubskich.
- Aby kopyta nie zagłębiały się w torfowisku, nakładano im drewniane buty, zwane klumpami – dodaje dr Dąbrówka Tyślewicz, uznana artystka rzeźbiarka, która szczególnie upodobała sobie konie. - Najczęściej na zadnie nogi, by łatwiej było się zaprzeć przy wyciąganiu torfu na grząskim podłożu. Trzeba było konia od źrebaka chodzenia w butach nauczyć i najpierw opukiwać kopytka, szmatkami je zawiązywać, żeby on umiał w torfie pracować. Każdy gospodarz tak robił. Były to średniej wielkości konie zimnokrwiste z dużą dolewką rasy sztumskiej.

To konie wybudowały Gdynię
Relacje o koniach, zatrudnionych do budowy Gdyni, znane są od lat. W jednej z krótkich filmowych opowieści o historii miasta, nagranej w ramach projektu „Gdynia Opowiedziana”, nieżyjący już Czesław Pettke, gdyński nauczyciel, rocznik 1932 mówił: - Konie wybudowały Gdynię, wybudowały mola. Tylko konie to robiły. Mój ojciec konia nie miał, bo gdyby miał konia, miałby już samochód. Ale już sąsiedzi z lewej i prawej to byli furmani.
Dr Tomasz Rembalski, historyk zajmujący się m.in. dziejami „miasta z morza i z marzeń” przypomina, że podczas tak wielkiej inwestycji wszystko wymagało transportu. A przecież nie było wówczas ciężarówek.
- Przy budowie miasta pracowały koniki mniejsze, ale bardzo silne. Ktokolwiek miał, przyjeżdżał z nim do Gdyni. I dostawał pracę - przypomina Sławomir Kitowski, autor książki „Miasto z morza i z marzeń”

Masowe groby?
Małgorzata Sokołowska, która napisała wiele książek o historii Gdyni, mówi, że konie to jedyny gdyński temat, którego nie chciałaby podejmować. Dlaczego? Jest zbyt bolesny. Wystarczy powiedzieć, że tragiczny los koni był jednym z powodów powołania Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Gdyni.
Łatwo nie było. Problemem były kontuzje. - Nieszczęśliwie złamana noga oznaczała natychmiastowe zakończenie życia zwierzęcia – podkreśla Andrzej Skwiercz. I dodaje, że ostrożnie szacując na podstawie relacji przedwojennych świadków można mówić o co najmniej kilku tysiącach końskich ofiar katorżniczej pracy. Chociaż pojawiają się także przypuszczenia, że w Gdyni mogło zginąć nawet do 12 tysięcy koni.
- Te dane powinny zostać zweryfikowane przez historyków – uważa Sławomir Kitowski. - Trudno uwierzyć, że padło aż 12 tysięcy zwierząt. Przecież to tyle, ilu mieszkańców liczyła Gdynia w momencie nadania praw miejskich w 1926 roku! Ponadto, jeśli koń padł, to nadawał się na mięso. Zapewne konie były rozebrane do kości i spożyte.
Tak czy inaczej sytuacja czworonożnych budowniczych pogorszyła się, gdy zaczęło brakować koni z Kaszub. Interes zwietrzyli przemytnicy, którzy sprowadzali nieprzystosowane do pracy w torfie konie z terenu Ukrainy. Utrudzone podróżą zwierzęta, dla których drewniane buty na kopytach stanowiły tylko utrudnienie, łamały kończyny na nierównym terenie. Nierzadko przeżywały zaledwie kilka dni.
Gdyńskie wzgórza morenowe są miejscem pochówku zwierząt. Szczątki koni mają znajdować się – według nie do końca oficjalnych doniesień – na Grabówku i w dzielnicy Cisowa. Plotki też mówią o terenie pod jednym z dużych centrów handlowych w Gdyni i pod dzielnicą bloków mieszkalnych. - Miejsca te są objęte tajemnicą – twierdzi Andrzej Skwiercz.

Powracający temat
Idea budowy pomnika gdyńskiego konia powracała już wiele razy.
- Temat pojawił się ze 30 lat temu, a wcześniej jeszcze przed wojną – uważa Sławomir Kitowski. - Przeczytałem, że już przed 1939 rokiem pojawił się pomysł na postawienie pomnika konia z wozem i kupą piachu na wozie na Kamiennej Górze.
To nie przypadek, że wskazano akurat na Kamienną Górę, skąd konie także woziły piasek.
Na początku lat dwutysięcznych do tematu wrócił Andrzej Skwiercz. Jakie były reakcje? Krótko mówiąc, różne. Proboszcz gdyńskiego kościoła, powstałego zresztą dzięki darowiźnie gruntu przez zasłużoną mieszkankę Gdyni, Elżbietę Skwiercz, z ambony wypomniał jej potomkowi niestosowność pomysłu. Zasugerował, że najpierw warto by było uczcić pomnikami szanowanych obywateli, a dopiero w dalszej kolejności zwierzęta. Również ówczesne władze Gdyni nie wyraziły zainteresowania propozycją.
A jednak idea nie zanikła. I wróciła wraz z setnymi urodzinami Gdyni.
Zainspirowana pomysłem Andrzeja Skwiercza, dr Dąbrówka Tyślewicz szukała inspiracji do przedstawienia wizji koni budujących miasto.
Pomyślała o brykającym, radosnym źrebaku. Jeszcze młodym, niezniszczonym pracą. Takim, który symbolizowałby także młodość i żywotność Gdyni.
- Rzeźba źrebaka miała być alegorią wyzwolenia po ziemskim bycie, odrodzeniem końskiego ducha – tłumaczy rzeźbiarka. - Szczęśliwy, brykający źrebak mógłby stać się symbolem pomyślności na nowe stulecie miasta.

Ten projekt jest już gotowy.
Chociaż cały czas pojawia się inna wizja znana ze starych fotografii, na których konie ciągną ciężkie, wypełnione torfem wozy. Może trzeba iść w tym kierunku?
Port czy miasto?
Andrzej Skwiercz postanowił częściowo sfinansować budowę pomnika i poszukać miejsca na jego postawienie na terenie Portu Gdynia.
Walery Tankiewicz, dyrektor Centrum Zarządzania Majątkiem w Porcie Gdynia, zastrzega na wstępie, ze może wypowiadać się jedynie o lokalizacjach. - Na spotkaniu z panem Skwierczem ustaliliśmy, że przejrzymy jeszcze teren portu i zastanowimy się, gdzie taki pomnik mógłby stanąć. Umówiliśmy się wiosną na spotkanie.
Warunkiem jest na pewno większy ruch pieszych w wybranym miejscu. Koń powinien więc stanąć na styku miasta i portu. - Może obszar dawnej Nauty? - zastanawia się dyrektor Tankiewicz . - Obecnie pracujemy nad koncepcją zagospodarowania tego terenu.
Gorącym zwolennikiem postawienia pomnika gdyńskiego konia jest Sławomir Kitowski.
- Musi to być pomnik dla ludzi – mówi z naciskiem. - Będący przypomnieniem, że budowa Gdyni była największą inwestycją w ówczesnej Polsce. I że powstawała w określonych warunkach. Jednak ten pomnik niekoniecznie powinien stanąć w porcie. W końcu konie budowały także miasto. Kamienna Góra byłaby jedną, dobrą lokalizacją. Drugą jest koniec Mola Południowego.
A może niech sami Gdynianie ocenią pomysł postawienia pomnika na cześć zwierząt, które budowały, kosztem życia i zdrowia, miasto? I wskażą, gdzie go postawić?
- Pomnik Konia Gdyńskiego może stać się symbolem nowoczesnego miasta , pamiętającego o wielkich postaciach jak Eugeniusz Kwiatkowski i Tadeusz Wenda, ale także o bezimiennych twórcach ich sukcesu – czytamy w apelu Andrzeja Skwiercza. - Gdynianie mogą dać przykład okazywania szacunku dla ciężkiej pracy ludzi, ale i zwierząt dla nas pracujących Pomnik Konia Gdyńskiego stanie się także symbolem naszego człowieczeństwa.

























Napisz komentarz
Komentarze