Operacja Hannibal na Wyspie Sobieszewskiej
Na Wyspie Sobieszewskiej w 1945 roku przeprowadzono Operację Hannibal, wielką ewakuację ludności cywilnej oraz wojska. Z tego m.in. powodu nazywana jest wyspą skarbów, potwierdzając ten przydomek kolejnymi znaleziskami. Ostatniego dokonano w połowie marca podczas rutynowych prac eksploratorskich. Maciej i Igor z Fundacji LATEBRA natrafili tam na ludzkie szczątki – niemieckiego żołnierza, poległego pod koniec wojny.
Takie zdarzenia nie są na Pomorzu czymś wyjątkowym – szczątki poległych w czasie wojny znajdowane są dosyć często (niedawno np. podczas prac remontowych torowiska w centrum Gdańska), zaskakujące było jednak to, co jeszcze znaleziono w prowizorycznym grobie. Antropolog sądowa, przeprowadzając wstępną analizę materiału kostnego, w szczęce zmarłego odkryła bowiem różaniec ze szklanych paciorków. – Dlaczego się tam znalazł, pewnie nigdy się nie dowiemy, może stanowił połączenie ludowych wierzeń i realiów wojny - spekulowali. Obok szczątków znaleziono też nieśmiertelnik, dzięki któremu możliwa będzie identyfikacja żołnierza.

Nikt o tym pochówku wcześniej nie wiedział – więc w tym sensie odkrycie było przypadkowe. Jednak eksploratorzy nie byli na Wyspie przypadkowo – Fundacja Na Rzecz Odzyskania Zaginionych Dzieł Sztuki LATEBRA od lat eksploruje nie tylko Pomorze, szukając historycznych artefaktów.
- Czy jesteśmy poszukiwaczami skarbów? Pewnie, każdy chciałby znaleźć złoty pociąg, ale jesteśmy detektorystami, nas interesuje odkrywanie tajemnic historii – mówi Jarosław Kukliński, jeden z założycieli fundacji.
Detektorystyka – szukanie artefaktów za pomocą wykrywacza metali - jest coraz popularniejszym zajęciem. Szacuje się – m.in. na podstawie liczby sprzedanych detektorów - że w Polsce przynajmniej od czasu do czasu na poszukiwanie skarbów z użyciem wykrywacza metali wybiera się ok. 150 tys. osób. Najprostsze wykrywacze metali kosztują parę set złotych , ale to raczej sprzęt dla początkującego hobbysty. Profesjonalny wykrywacz może kosztować nawet kilka tysięcy złotych.
Sensacyjne znalezisko: Fragmenty Enigmy
Jarosław Kukliński zaczynał swoją przygodę z poszukiwaniami od wykrywacza metali i spacerów po plaży i trójmiejskich lasach. - Wtedy, na początku lat 90. to była zupełna amatorka, każdy dźwięk, wydawany przez sprzęt budził euforię – wspomina. – Trzeba było lat i coraz lepszego sprzętu, by nauczyć się rozróżniać dźwięki, wiedzieć, że to kapsel albo moneta, albo może jednak początek wielkiej przygody.
PRZECZYTAJ TEŻ: Enigma, słynna maszyna szyfrująca odnaleziona w Gdańsku. „To jest hit dekady!”
Tak było na przykład z jednym z najważniejszych odkryć, dokonanych przez członków LATEBRY, ponownie na Wyspie Sobieszewskiej. – To było miejsce nie tylko kapitulacji wojsk niemieckich, ale i wielkiej ewakuacji cywilów i wojska – przypominają detektoryści. - Do dziś na Wyspie są pamiątki z czasów II wojny światowej. To dlatego od wielu lat prowadzimy badania tam, zgodnie z pozwoleniami – Nadleśnictwa Gdańsk oraz Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
Odkrycia, które stało się dużą sensacją, dokonała Magda Masternak, początkująca detektorystka.

Enigma, niemiecka maszyna szyfrująca z czasów II wojny światowej, była jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic Trzeciej Rzeszy. Eksploratorzy na Wyspie Sobieszewskiej odnaleźli 8 rotorów Enigmy (bębnów szyfrujących), lampy elektronowe, akumulatory, części obudowy i drobne części klawiatury. Wydobyli także elementy telefonów polowych, laryngofony i fragmenty radiostacji. Niemcy, ewakuując się w popłochu, zniszczyli maszynę i wrzucili ją do dołu po ziemiance, by nie wpadła w ręce nadciągającej Armii Czerwonej.
Szczęście i cierpliwość
- Szczęście to oczywiście bardzo ważny aspekt poszukiwań – przyznaje Jarosław Kukliński. – Kto wie, ilu artefaktów nie odnaleźliśmy tylko dlatego, że zabrakło kilku centymetrów sprawdzonej ziemi? Ale chciałbym tu ochłodzić nieco entuzjazm poszukiwaczy - równie ważne albo ważniejsze jest wcześniejsze przygotowanie. Robimy kwerendy dokumentów, czytamy opracowania naukowe i prywatne zapiski, studiujemy mapy… I gdy np. dostajemy sygnał, że w jakimś miejscu można rozpocząć poszukiwania, jesteśmy przygotowani do pracy.
CZYTAJ TAKŻE: Niezwykłe odkrycie na dnie Bałtyku! Niedaleko Helu leży niemiecki wrak
Ale tu znowu trzeba liczyć na szczęście – bo taki sygnał albo powtarzane od lat informacje, częściej okazują się fałszywe niż prawdziwe.
– Niewiele się sprawdza. – Trzeba ćwiczyć cnotę cierpliwości, bo poszukiwanie skarbów to w 90 procentach kopanie kapsli, gwoździ i odłamków, a tylko w 10 dotykanie wielkiej historii.
Dlatego każdy eksplorator ma w swoim dorobku swoją „skrzynię złota”. Dla Jarosława Kuklińskiego to odkryty w 2006 roku w Juracie wrak niemieckiego niszczyciela czołgów Panzerjäger 38(t) Hetzer, porzuconego w 1945 roku. Pojazd przetrwał w piasku, a potem w wodzie, ponad 60 lat.

- To też jeden z przykładów, gdzie sprawdziły się przekazywane nam informacje – przyznaje detektorysta. - Pewna osoba przypomniała sobie, że przed laty, kąpiąc się w morzu na wysokości Juraty, można było znaleźć w wodzie lub przez przypadek nadepnąć na elementy blachy. Jak się okazało, były to elementy Hetzera.
Przez kolejne lata członkowie stowarzyszenia mozolnie rekonstruowali pojazd. – Nie jestem historykiem z zawodu, ale pociąga mnie szperanie, wyszukiwanie informacji historycznych – przyznaje Kukliński. – Dziś wiem o nim chyba wszystko, co można wiedzieć.
Hetzer zafascynował go do tego stopnia, że zbudował nawet jego replikę. Dzisiaj Hetzera można oglądać w Wilczym Szańcu na wystawie poświęconej Powstaniu Warszawskiemu 1944r. Elementy Enigmy trafiły – po potwierdzeniu autentyczności – do Muzeum II Wojny Światowej.
Sojusz z konserwatorem
W Polsce, gdzie – mimo restrykcyjnych przepisów – żywy jest obraz poszukiwacza skarbów jako „dzikiego kopacza”, goniącego za skarbem, Fundacja LATEBRA próbuje to wyobrażenie obalić.
- Przy eksploracji zawsze współpracujemy z urzędami - podkreślają to w każdej wypowiedzi. – Mamy zgody właściciela terenu, jeśli trzeba – konserwatora zabytków. Czasem tu też trzeba wykazać się cierpliwością, w przypadku Hetzera załatwianie formalności trwało prawie rok.
Poszukiwania, zanim przeniosą się w teren, poprzedzone są miesiącami kwerendy w archiwach, uzyskiwaniem pozwoleń od nadleśnictw i wyznaczaniem obszaru poszukiwań przez konserwatora zabytków, potem – jeśli poszukiwania się powiodą – współpracą z naukowcami.
- Gdy znajdujemy coś wyjątkowego albo niebezpiecznego, prace natychmiast zostają wstrzymane i informujemy odpowiednie służby i urzędy – podkreślają. - Tak było w przypadku jednego z dokonanych przez członków fundacji odkryć z ostatniego roku – skarbu z epoki żelaza.
Podczas rutynowych poszukiwań w gdańskich lasach eksploratorzy LATEBRY natknęli się na zaskakujące przedmioty. Z ziemi wydobyto jedenaście artefaktów: sześć misternie zdobionych naszyjników, cztery nagolenniki i bransoletę. Ekspertyzy potwierdziły, że pochodzą one z VIII wieku p.n.e., czyli z samego początku epoki żelaza.

Artefakty trafiły do naukowców z Muzeum Archeologicznego w Gdańsku, a dokładnej lokalizacji znaleziska nie ujawniono - aby uniknąć wizyt w tym miejscu poszukiwaczy precjozów sprzed wieków.
Zagadka w Wilczym Szańcu
W dawnej głównej kwaterze Adolfa Hitlera w Gierłoży LATEBRA we współpracy z Nadleśnictwem Srokowo prowadzi eksploracje terenu, schronów i instalacji technicznych. Podczas prac w wilii Hermanna Goeringa, na głębokości 10-15 centymetrów pod dawną podłogą, szukając innych rzeczy, członkowie fundacji natrafili w ziemi na ludzką czaszkę. Powiadomili policję i prokuratora.
Do dzisiaj to znalezisko jest zagadką – prokuratura umorzyła śledztwo w tej sprawie, ale członkowie LATEBRY zwracali uwagę, że szczątki pozbawione były kości rąk i nóg, nie znaleziono też przy nich żadnych resztek wskazujących na ubiór. Będą kontynuowali prace poszukiwawcze – tym razem pod nadzorem archeologów z Państwowej Akademii Nauk w Krakowie.
ZOBACZ TEŻ: W kościele w Pączewie pochowano... wampira? Archeolodzy badają tajemnicze znalezisko
Dotykać historii
Naprawdę nie da się inaczej – przekonują w Latebrze. - Pierwsza rzecz, którą musi wiedzieć poszukiwacz skarbów, jeśli chce iść szukać legalnie, jest to, że musi uzyskać pozwolenia. Aby móc sobie pochodzić po polu czy lesie z wykrywaczem metali, trzeba mieć po pierwsze zgodę właściciela terenu, po drugie – zgodę konserwatora.
O ile to pierwsze na ogół nie jest problemem, o tyle z wnioskami do konserwatorów kieruje się niewielu. Problem w tym, że w Polsce nie ma precyzyjnej i jasno określonej definicji zabytku oraz zabytku archeologicznego. Więc za zabytek mogłaby być uznana łuska z II wojny światowej, zbroja z XV wieku i moneta z okresu PRL.
Dziś każda próba poszukiwań bez pozwolenia konserwatora jest uznawana za przestępstwo (zagrożone karą 2 lat pozbawienia wolności). Od 2027 roku ma jednak wejść w życie kontrowersyjna zmiana w ustawie o ochronie zabytków, która znosi obowiązek uzyskiwania pozwoleń wydawanych przez wojewódzkiego konserwatora zabytków na prowadzenie przy użyciu urządzeń elektronicznych lub technicznych poszukiwań ukrytych lub porzuconych zabytków. Chodzi o artefakty takie jak monety i ozdoby z metali szlachetnych czy broń z różnych epok historycznych, głównie z czasów II wojny światowej.
- Dla nas te przepisy to fundament – powtarzają. - Tylko działając jawnie, poszukiwacz może stać się prawdziwym odkrywcą, a nie grabieżcą. A kto poważny chciałby być grabieżcą, dotykając historii?






















Napisz komentarz
Komentarze