Kiedyś festiwal był wydarzeniem. Dziś jest kategorią. Produktem. Pozycją w kalendarzu, którą można przesunąć, zamienić albo odpuścić bez większego żalu.
Zestawienia festiwali puchną z roku na rok, a mapa Polski zamienia się latem w gęstą siatkę scen, sponsorów i identycznych stref chilloutu. Od wielkich marek po miejskie inicjatywy - każdy chce mieć swój kawałek muzycznego tortu.
Różnice? Raczej kosmetyka
Organizatorzy prześcigają się w hasłach: „unikatowy klimat”, „wyjątkowy line-up”, „niepowtarzalne doświadczenie”. W praktyce jednak festiwale zaczynają przypominać siebie nawzajem bardziej, niż chcą przyznać.
Są wydarzenia „polskie i radiowe” - jak Męskie Granie czy Letnie Brzmienia - które opierają się na podobnych nazwiskach i sprawdzonych duetach. Są festiwale „międzynarodowe i modne” - jak Open’er czy nowe inicjatywy pokroju Bittersweet - gdzie krążą znane gwiazdy globalnego popu i indie.
ZOBACZ TEŻ: Brytyjska ofensywa na Inside Seaside 2026. Kolejne świetne ogłoszenia jesiennego festiwalu
A oprócz tego Orange Warsaw Festival, Mystic, Summer Punch, Impact, Łódź Summer czy Lost Generation. Tak naprawdę z nowych nazw broni się jedynie Inside Seaside - jego jesienna data wpisuje się już w zupełnie inny kalendarz bookingowy.
Różnice? Owszem. Ale coraz częściej sprowadzają się do koloru identyfikacji wizualnej i zestawu food trucków. Jednocześnie następuje kanibalizacja jakości - zamiast jednego topowego wydarzenia, mamy kilka… no takich w porządku. Dotyczy to przede wszystkim mainstreamowych nazw jak Open’er, Orange czy Bittersweet.
Nowy festiwal? Oczywiście
W tym tłumie pojawiają się kolejne projekty - jak zapowiadany na przyszły rok Messt Festival w Katowicach, który ma się skupić na szeroko pojętej muzyce alternatywnej. I trudno się dziwić: skoro rynek rośnie, każdy chce spróbować swoich sił.
Tyle że rodzi się pytanie: czy to jeszcze rozwój, czy już nadprodukcja?
Bo nowy festiwal nie powstaje dziś w próżni. Wchodzi w przestrzeń, w której publiczność ma już kilkanaście alternatyw, a artyści są zakontraktowani z wyprzedzeniem na pół Europy.
Jak to wygląda u sąsiadów?
Wystarczy spojrzeć na naszych sąsiadów. W Niemczech dominują wielkie, wyraziste marki jak Rock am Ring i Rock im Park - bliźniacze festiwale z niemal identycznym line-upem, które jednak nie próbują udawać różnorodności, tylko grają w otwarte karty: duży rockowy produkt dla masowej publiczności. Obok nich funkcjonuje Lollapalooza Berlin, które - choć bardziej „miejskie” i popowe - również opiera się na globalnym obiegu tych samych headlinerów.
Na Węgrzech Sziget wyrósł na hegemona regionu - wydarzenie tak duże i rozpoznawalne, że skutecznie „zasysa” największe nazwiska. Choć w ostatnich latach również mierzy się z kryzysem rynku festiwalowego, to wciąż jeden z dominatorów w Europie.
Z kolei Czechy pokazują model bardziej skondensowany: Colours of Ostrava czy Rock for People mają wyraźne profile i stosunkowo niewielką konkurencję w swoim segmencie. Nie ma tam kilkunastu festiwali „średniego formatu”, które walczą o tego samego widza weekend po weekendzie.
Nie można też zapominać o gigantach - Roskilde, Rock Werchter czy Glastonbury. Do tego Pukkelpop czy Pinkpop. Są to festiwale dyktujące niejako festiwalowy krajobraz Europy w danym sezonie. I też często wyznacznik tego, kto pojawi się na Open’erze. Ale że jest Bittersweet, to należy dziś rzucać monetą.
ZOBACZ TAKŻE: Bilety na Open'er Festival są drogie? Szef Alter Artu: Nie są. I trzeba o tym mówić
Line-up w rozsypce
Najbardziej cierpi na tym to, co powinno być sercem każdego festiwalu - program. Bo jeśli liczba wydarzeń rośnie szybciej niż liczba artystów, matematyka jest bezlitosna: ktoś musi na tym stracić. Wszystko zaczyna się rozmywać.
Dobrym przykładem może być Open’er. Przez wiele lat polski gigant, który nie miał konkurencji i był pewniakiem jeśli chodzi o największe nazwy. Od kilku lat jednak i on zaczyna odczuwać presję i - mimo że największy i pierwszy - musi walczyć. Jak w tym roku - wiele osób dałoby sobie rękę uciąć, że w zestawie headlinerów będą Gorillaz i Twenty One Pilots. A tu psikus - zgarnął ich Bittersweet.
Oczywiście ta walka nie odbywa się teraz, tylko dużo wcześniej, rok lub i więcej przed festiwalem. Ale to pokazuje, że łatwo już było. Dziś trzeba pokonać nawet najmłodszych rynkowych rywali. Patrząc na listę headlinerów w Europie, gdyński festiwal ma już naprawdę ograniczone pole manewru - kto zatem będzie ostatnią główną gwiazdą? Okaże się niebawem - wiele osób stawia na lubiany przez organizującą imprezę agencję Alter Art „exclusive”.
Czy ktoś jeszcze ma odwagę być inny?
Paradoks polega na tym, że nigdy nie było tylu festiwali - i jednocześnie tak niewiele z nich naprawdę się wyróżnia. Rynek nagradza bezpieczeństwo. Znane nazwiska sprzedają bilety. Sprawdzone formaty minimalizują ryzyko. Tyle że w dłuższej perspektywie to droga donikąd.
Bo jeśli wszystko jest „fajne”, „letnie” i „dla każdego”, to nic nie jest naprawdę wyjątkowe. Tutaj też dotykamy innej kwestii. Festiwale kiedyś wyznaczały trendy - dziś przede wszystkim za nimi podążają. Ale to też znak czasów.
Dla przykładu - kiedyś na głównej scenie Open’era grał Primus. Czy ktoś dzisiaj wyobraża sobie, aby tak awangardowa grupa pojawiła się nawet na mniejszej scenie tego festiwalu? Oczywiście, zawsze tłumy przyciągały największe marki - ale jednocześnie gros line-upu to były perełki do odkrycia. Dziś jednak jest inny rynek, inna publiczność i inne oczekiwania. To też coś, z czym muszą mierzyć się organizatorzy. Bo z jednej strony chcą przygotować atrakcyjne wydarzenie, ale z drugiej muszą na nim zarobić.
Urodzaj, który może zaszkodzić
Festiwalowy boom to bez wątpienia sukces - dowód na to, że muzyka na żywo ma się w Polsce świetnie. Ale każdy boom ma swój moment przesilenia. I coraz więcej wskazuje na to, że właśnie do niego zbliżamy się wielkimi krokami.
Wszystko zostanie zweryfikowane przez publiczność. Jednak wydaje się, że przyszłość festiwali nad Wisłą będzie taka, jak w innych krajach - utrzymają się przede wszystkim te, które są tematyczne, ponieważ chodzą na nie konkretni słuchacze.
Natomiast festiwale mainstreamowe będą walczyć do upadłego o jak najlepszych wykonawców, a co za tym idzie o jak największą publiczność. Ale nie będzie im łatwo i bardzo możliwe, że line-upy w kolejnych latach będą coraz trudniejsze do spięcia.
Przyczyna jest bardzo prosta - coraz więcej największych światowych gwiazd decyduje się na rezydencję headlinerską. Seria koncertów w jednym miejscu. Kręci na to nosem tak branża, jak i publiczność, jednak obawiam się, że to się - niestety - nie zmieni.

























Napisz komentarz
Komentarze