Łatwogang i rekordowa zbiórka na raka. Jak to się zaczęło?
Kiedy Łatwogang, czyli Piotr Garkowski (właściwie Hancke), popularny twórca internetowy rozpoczynał dziewięciodniowy stream charytatywny w swojej kawalerce na warszawskim Gocławiu, nie mógł przypuszczać, że jego transmisja błyskawicznie stanie się największym wydarzeniem w historii polskiego Internetu. Celem akcji było wsparcie dzieci chorych na nowotwory, a skala zaangażowania przerosła wszelkie oczekiwania.
Początkowo celem zbiórki było pół miliona złotych. W krótkim czasie został on jednak wielokrotnie przekroczony, a ostateczna kwota to przeszło 250 milionów złotych. Abstrakcyjne pieniądze.
„Diss na raka”. Piosenka, która rozpaliła całą akcję
Inspiracją dla zbiórki Łatwoganga była piosenka „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)” autorstwa rapera Bedoesa 2115 i 11-letniej Mai chorej na białaczkę. Utwór stał się symbolem walki z chorobą i impulsem do działania dla całej społeczności internetowej.
Mechanizm był prosty. Najpierw Łatwogang zmobilizował swoich followersów do lajkowania posta. Stwierdził, że jeden lajk to jedna sekunda słuchania wspomnianego utworu – zebrało się ich na dziewięć dni nieprzerwanego streamowania. Reszta jest historią.
Sam Bedoes przekazał ponad milion złotych na rzecz Fundacji Cancer Fighters.
Internet jednoczy Polaków. Viralowy zasięg zbiórki
Fenomen tej akcji pokazuje, że niewiele rzeczy potrafi dziś tak skutecznie łączyć Polaków, jak wspólne zbiórki charytatywne online. Wydarzenie błyskawicznie stało się viralem, angażując miliony użytkowników i przyciągając uwagę całego kraju. Ba, świata!
MrBeast, Coldplay i światowy rozgłos
Informacja o streamie dotarła nie tylko do Chrisa Martina z Coldplay. Odniósł się do niej również najpopularniejszy youtuber świata – MrBeast – który nie mógł wyjść z podziwu. Warto zaznaczyć, że to do niego należał dotychczasowy rekord charytatywnych zbiórek internetowych – 12 mln dolarów. Ta dysproporcja pokazuje tylko, jak wiele osiągnął Łatwogang.
Gwiazdy w kawalerce na Gocławiu
Do akcji dołączyli nie tylko internauci, ale także celebryci, artyści i influencerzy. W mieszkaniu Łatwoganga na Gocławiu pojawiło się wielu z nich: od braci Golców, przez Dodę, po Borysa Szyca. Były także łączenia online, m.in. z Robertem Lewandowskim czy Wojciechem Szczęsnym.
Głowę Katarzyny Nosowskiej ogoliła Agata Kulesza, a Sanah, Szpaku, Grubson, Dawid Kwiatkowski czy Mrozu dali minikoncerty. Brakowało tylko, żeby przebywająca w tym czasie w stolicy Dua Lipa „wpadła z pierogami”.
To właśnie efekt skali oraz społeczne zaangażowanie sprawiły, że ta inicjatywa osiągnęła rekordowe wyniki.
Dobroczynność, PR i zimna kalkulacja. Druga strona medalu
To, co zrobił Łatwogang, jest fenomenalne. Inicjatywa ta stała się synonimem „czystego dobra”. A to, że dodatkowo Bedoes oraz Doda nakręcili cały hype i w krótkim czasie stream stał się wydarzeniem oglądanym w niemal każdym polskim domu, tylko dodaje całości wielkości.
Niemniej, warto zwrócić uwagę na pewien fakt. Tak jak do sukcesu akcji przyczyniło się to, że wiele osób wzięło w niej udział, tak też trzeba powiedzieć wprost – dla wielu był to kapitalny PR. Można się wybielić, można się pogodzić, można zrobić sobie reklamę po kosztach.
Firmy, które zyskały na zbiórce
O ile jeszcze w przypadku WK Dzik, którzy faktycznie doszli „od nędzy do pieniędzy”, w najmniejszym stopniu można mówić o zimnej kalkulacji, tak już firmy takie jak Neboa, Budimex czy InPost, dając nawet 6 mln zł w szczytnym celu, dużo na tym zaoszczędziły. Obecnie reklama z takim zasięgiem i taką oglądalnością kosztuje znacznie więcej.
Dobroczynność największych firm rzadko kiedy bywa wyłącznie odruchem serca. Już teraz widać efekty ich działania – w sieci mnożą się głosy:
„Teraz wysyłam tylko InPostem”, „kupujcie kosmetyki Neboa”.
Ale pojawiają się też te wytykające cynizm. Jak choćby memy:
„Rafał Brzoska przekazujący na aukcję Łatwoganga jedyną w historii umowę o pracę dla kuriera InPost”.
Czy Łatwogang zarobi na zbiórce?
A czy zarobi sam Łatwogang? Na pewno. Chociaż środki z monetyzacji streama przeznaczy on na Fundację Cancer Fighters, to jednak jego wartość jako marki osobistej wzrosła w sposób trudny do oszacowania. A mówimy przecież nie o jakimś „nołnejmie”, tylko o twórcy, który już wcześniej miał gigantyczne zasięgi w sieci.
Młodzi wyjaśniają, jak działa świat. Pokoleniowy wymiar akcji
Ta akcja pokazała również, że w Internecie pełnym głupot oraz influencerów, których inteligencja „woła o pomstę do nieba”, można też zrobić coś bardzo dobrego dosłownie z niczego. Chłopak włączył kamerkę i tyle. Poszło cudownie.
Politycy wyproszeni. Internet bez polityki
Wydarzenie to zostało też odebrane jako dotkliwa porażka establishmentu. Kolejka polityków, którzy chcieli się pokazać w kawalerce na Gocławiu, była bardzo długa. Z Karolem Nawrockim na czele. Ale szybko wyjaśniono im, że to nie miejsce dla nich. Polityka nie miała tam wstępu. Z tego właśnie powodu komentujący transmisję użytkownicy kazali wyprosić z niej Monikę Olejnik.
Sukces streama stał się również polem do ostrej wymiany opinii. Część internautów, krytycznie nastawiona do Fundacji WOŚP, wykorzystała to wydarzenie do uderzenia w Jerzego Owsiaka, wskazując, że można zrobić coś wielkiego bez otoczki władzy i wielkich telewizji.
Cała ta historia uwypukliła różnice światopoglądowe i pokoleniowe.
21:37, „Barka” i memiczna papieskość
Kiedy Łatwogang ogłosił, że zbiórkę – na prośbę widzów – zakończy o godz. 21.37, katolicki Internet „trochę oszalał”. Konserwatywni komentatorzy mówili o wspaniałym młodym człowieku, wspaniałych wartościach. I tak dalej.
Jednak młodsze pokolenia: Millenialsi, Gen Z oraz Alfa, interpretowały inaczej to nawiązanie do symboliki związanej z Janem Pawłem II. Dla nich pokolenie JP2, czy 21.37 – godzina śmierci papieża Polaka, są dziś głównie kulturą memiczną, a „Barka” odśpiewana na streamie była raczej formą ironicznego humoru niż religijnego hołdu.
Ktoś poszedł o krok dalej i porównał zakopywanie toporów wojennych podczas transmisji – godzenie się na linii Wersow-Wardęga czy Tede-Peja – do tego, co wydarzyło się po śmierci Jana Pawła II. Wtedy nawet kibice Wisły i Cracovii szli pod rękę. Krótko, bo krótko, ale jednak. Pewnie tak będzie i tutaj – bo jeśli Tede i Peja się pogodzą, to „piekło zamarznie”.
Naturalność jako największa siła streama
Wśród różnic pokoleniowych można wskazać również język wypowiedzi. Kiedy stream urósł do niebotycznych rozmiarów i zaczął pojawiać się w ogólnopolskich telewizjach, czuć było, że w kawalerce trochę się hamują. Ale starania te zakończyły się niepowodzeniem. W relacji na antenie TVN24 wyemitowano fragment, w którym raper Bedoes 2115 użył wulgaryzmów.
Jednak naturalność, oddolność i prawdziwość całego przedsięwzięcia były największą siłą napędową tej zbiórki. Bez pompy, bez fajerwerków – po prostu pomoc chorym dzieciom. Dodatkowo nie bez znaczenia była wskazywana przez wielu niesprawiedliwość związana z tym, co spotkało posła Łukasza Litewkę. Zbiórka więc zupełnie przypadkiem pojawiła się we właściwym momencie, aby służyć dzieleniu się dobrem.
Transparentność zbiórki Łatwoganga. Co dalej z pieniędzmi?
W odpowiedzi na ogromną skalę akcji, powstała specjalna strona internetowa, na której prezentowana jest pełna transparentność działań prowadzonych wspólnie przez Łatwoganga i Fundację Cancer Fighters. To właśnie tam darczyńcy mogą sprawdzić:
- na co dokładnie przeznaczane są zebrane środki,
- ile pieniędzy finalnie znalazło się w „skarbonce” po zakończeniu całej akcji.
Fundacja zadeklarowała również regularne publikacje o wydatkach oraz bieżącym stanie środków, co ma dodatkowo wzmocnić zaufanie do całej inicjatywy.
Na pełne podsumowanie akcji trzeba będzie jednak chwilę poczekać.
Co będzie można wylicytować?
Na tym jednak nie koniec. Wciąż czekamy na uruchomienie zapowiadanych licytacji, które mogą znacząco podnieść końcowy wynik zbiórki. Twórca akcji tłumaczył, że najpierw musi uregulować kwestie logistyczne – od transportu po organizację całego procesu – dlatego start aukcji może nastąpić dopiero za kilka dni.
A lista przedmiotów do wylicytowania jest niezwykle ciekawa. Znalazły się na niej między innymi:
- medal olimpijski panczenisty Władimira Semirunnija,
- słynny 22-stronicowy dokument, w którym Wojciech Gola udowadnia, że nie jest biseksualistą.























Napisz komentarz
Komentarze