Blisko pół życia w drodze. Znalazł pan już swoje miejsce?
Mieszkałem w kilkunastu krajach. W każdym czułem się jak w domu. W każdym mógłbym zostać do końca życia. Ilekroć wyjeżdżałem, zawsze było mi żal, czułem ból rozstania.
Dlaczego więc ruszał pan dalej?
Byłem ciekawy. Szukałem inspiracji. Chciałem przekraczać nowe granice.
Na początku był Paryż. Lata 80.
Chciałem studiować w L'Académie des Beaux-Arts. Ten wyjazd to była pełna improwizacja, bez żadnego planu, bez pieniędzy, nie znałem nawet języka. Zapukałem do drzwi słynnego rzeźbiarza, prof. Césara Baldaccini i pokazałem mu swoje prace. Był zadziwiony moją odwagą! Ale – nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście! – przyjął mnie na wolnego słuchacza! A dostać się do jego pracowni graniczyło z cudem. Często spotykały mnie takie zaskakujące sytuacje. Te moje podróże to była trochę ucieczka od tamtej Polski, potrzebowałem nowych przestrzeni, piękna, emocji. Chciałem spełniać wielkie marzenia i niemniejsze ambicje.

„Artysta nigdy nie jest biedny”. Sprawdziło się?
Odczułem to podczas tej mojej tułaczki. Artysta ma dar. Na swojej drodze spotykałem się z niezwykłą życzliwością ludzi zupełnie mi obcych. Do dziś nie wiem, czym sobie zasłużyłem na ich pomoc. Może ta moja pasja, pewna autentyczność, pracowitość tak ich ujęła? Ale nie tylko korzystałem ze wsparcia innych, liczyłem też na siebie. Podejmowałem się różnych zajęć. Pracowałem na budowie, sprzedawałem lody w Marsylii. Dziś wspominam to ze wzruszeniem. Dzięki temu moje życie stało się pełniejsze. Poznałem je od podszewki. Inaczej patrzę na ludzi.
Określany jest pan mianem artysty polsko-meksykańskiego.
W Meksyku zatrzymałem się na 23 lata. Wciąż jest tam moja pracownia. Lubiłem tam być, ale gdy wybuchła pandemia, nagle pojawiła się myśl, by wrócić do Polski. Zatęskniłem i przyjechałem. Na dobre. Miałem 60 lat. To była tak samo dobra decyzja jak mój wyjazd z kraju trzy dekady wcześniej.
Podróżował pan w poszukiwaniu siebie?
Na pewno nie były to wyjazdy turystyczne, nie jechałem na koniec świata, by zwiedzać. To była zawsze droga w poszukiwaniu inspiracji, ale też materiałów do pracy. Na mojej sopockiej wystawie zaprezentuję wszystkie, które – nomen omen - po drodze udało mi się odkryć, zdobyć. To moje wędrowanie to był duchowy dialog, z sobą – artystą.

Inspiracji szukał pan w buddyjskich klasztorach.
Efektem pobytu tam był cykl rzeźb „Ogniwa nieskończoności”. To rzeźby powstałe z z terakoty, brązu, żywicy, srebra oraz włókna szklanego. Nawiązują do ciągłości życia i wszechświata, symbolizują łączność z naturą. Idea nieskończoności nawiązuje do odwiecznego porządku, poszukiwania Boga, kimkolwiek on jest i jak jest postrzegany w różnych kulturach, czy wierzymy weń, czy nie. Chciałem zgłębić tę duchową drogę, drogę którą – wydawało mi się - mógłbym całe życie podążać. Intrygowało mnie to, jeszcze przed wyjazdem z Polski wyruszyłem na dwie pielgrzymki do Częstochowy. Byłem ciekaw, jak moje ciało zareaguje na to oderwanie się od materii, od myślenia. Chciałem przeżyć stan, gdy człowiek po prostu idzie, czuje fizyczne zmęczenie, a przed nim jest abstrakcyjny cel, do którego mimo wszystko dąży. Widocznie dusza czegoś takiego czasem potrzebuje, pomyślałem wtedy. Buddyzm w Birmie czy Tajlandii, gdzie pojechałem na stypendium pomógł mi zgłębić tamtą kulturę, filozofię. Może i otworzył na własną sztukę? Na pewno zdystansował wobec materializmu, który zdominował kulturę Zachodu. Oderwanie się od materialnego świata było dla mnie przełomowe. Wszedłem w czysty pejzaż sztuki, krajobraz wolny od wszystkiego. Poczułem się dojrzałym artystą. Od tamtego czasu moja twórczość to kaskady nowych prac!
Który kraj najbardziej wpłynął na pana życie?
Od rządu francuskiego dostałem stypendium na badania sztuki prekolumbijskiej w Peru. Byłem tam dwa lata. Dla mojej twórczości to był bardzo ciekawy etap. To zerwanie więzów, zależności, wyjście z systemu, któremu musimy się podporządkować, porzucenie masek, które musimy nakładać, ról, które musimy grać – zerwanie z tym było oczyszczające. Poczułem, jakbym wrócił do początków, do dzieciństwa... Moja droga duchowa i artystyczna od tego czasu szły równolegle.

Życie, które pan wybrał wymagało odwagi.
Nie wszystko szło gładko. Trudno zachować spokój, gdy jest się w centrum trzęsienia ziemi w Meksyku, gdy wokół spadają dachy i giną ludzie, cudem wyszedłem z morskiej katastrofy, po strzelaninie na ulicy Meksyku dwa tygodnie nie wychodziłem z domu... Ale jak już się otrząsnąłem, poszedłem dalej.
Jak pana sztukę odbierali rodzice? Mama to ostatnia przedstawicielka rodu Branickich, córka właściciela pałacu w Wilanowie.
Ojciec to wielki naukowiec, genetyk roślin. Na pewno marzył, bym poszedł w jego ślady. Ale oboje do niczego mnie nie zmuszali, moją drogę wybrałem sobie sam. Za tę wolność jestem im wdzięczny. Wspierali mnie, choć niespecjalnie ekspansywnie, w myśl powiedzenia: Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Co pewnie było dobrym podejściem. Na moje pierwsze sukcesy mama zareagowała z szacunkiem, choć powściągliwie, co nauczyło mnie dystansu, zdrowego spojrzenia na siebie i na to, co robię. Także na krytykę.
W jakimś sensie poszedł pan w ślady ojca, twórcy pszenżyta. Pana tworzywem bywa ziarno, nawet chleb.
Długi czas zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dopiero po powrocie do Polski, gdy zamieszkałem w rodzinnym dworze w Dańkowie na Mazowszu. To tu ojciec prowadził swoje badania. Teraz w budynkach dawnego laboratorium stoją rzeźby. Człowiek nie ucieknie od siebie.

W Sopocie, gdzie w piątek otwiera pan wystawę, stoi rzeźba „Echo” pana autorstwa. Wzbudziła swego czasu spore kontrowersje. Nie wszystkim się podobała, źle się kojarzyła. Bolało?
Gdyby wszyscy bili brawo, dopiero czułbym się zaniepokojony. Cieszę się, że moja sztuka nie jest obojętna. Bardzo jestem z tej pracy zadowolony. I dumny, że stoi w Sopocie. Mam sentyment do sopockiej plaży, do mola. Wszystko tutaj przypomina mi dzieciństwo, wyprawy z rodzicami na wakacje, lody „Mewa”… Morze, linia horyzontu, bezkres – czułem tę wyjątkowość już wtedy. Na wystawie pokażę białe, metrowe kule w kształcie spirali, uosabiają muszle. Wiele prac ma swój sopocki kontekst, choćby instalacja zrobiona z kręgosłupa ryby.
Obok domu w Dańkowie stworzył pan Park Rzeźby, miejsce, gdzie sztuka łączy się z poezją.
Ten dom to miejsce łączące staropolskie tradycje z kulturą meksykańską i współczesną sztuką. Moja partnerka, Nora Carrillo jest meksykańską poetką. Chcielibyśmy zapraszać do naszego parku poetów, pisarzy, by mogli tu tworzyć.
Ile w panu zostało siebie sprzed lat?
Niewiele. Może odrobina przekory. Gdy wyjeżdżałem z Polski, byłem na pewno bardziej kruchy, bezbronny, poszukujący. Miałem znacznie mniej wiary w ludzi niż dziś. Więcej światła jest teraz we mnie.
Droga wielu ludzi to zwykle poszukiwanie miłości. Pan też szukał?
By spotkać miłość, trzeba najpierw znaleźć miłość do samego siebie. To zwykle długa droga. U mnie najważniejsza jest miłość do pracy. Jacek Woźniakowski napisał książkę „Czy artyście wolno się żenić?”. Mama mi ją kiedyś podarowała… (śmiech) Pytać o miłość, to tak jak pytać o szczęście, które nie zależy od niczego.
Pan bywa szczęśliwy?
W domu w Dańkowie. Kiedy nic się nie dzieje, kiedy na nic nie czekam, ta harmonia to jest szczęście. To też poczucie spokoju, spełnienie, że już nie ma gonitwy, stresu. Tak, to jest szczęście, bo przecież nie to, że zrobiłem kilka tysięcy rzeźb...

***
Eulalia Domanowska, dyrektor PGS w Sopocie, krytyk sztuki, kuratorka wystawy „W drodze”:
Wielokrotnie byłam w Dańkowie i oglądałam rzeźby Xawerego Wolskiego w jego przydomowym Parku Rzeźby. To dzieła różnorodnie stylistycznie, na wystawie chcemy tę różnorodność pokazać. Ale moim zamiarem jest też „odczarowanie” postaci samego artysty, twórcy sopockiej rzeźby „Echo”, dzieła, które wciąż wzbudza kontrowersje. Wystawa „W drodze” pokaże świetnego rzeźbiarza, jednego z najważniejszych w Polsce, artystę, którego prace pokazywane były w wielu miejscach na świecie, tak odległych jak Meksyk, Indonezja, Tajlandia czy Chiny. Zobaczymy dzieła powstałe z inspiracji jego podróżami, ale też rzeźby charakterystyczne dla właściwej twórcy praktyki medytacyjnej, procesu odnoszącego się do duchowości, poczucia harmonii. Bo też harmonia jest w jego życiu jedną z miar szczęścia, istotą twórczości. Wystawie towarzyszy wyjątkowy katalog.
Wernisaż, 12 czerwca, godz. 18, PGS, Plac Zdrojowy 2 w Sopocie. Wstęp wolny.


Napisz komentarz
Komentarze