Pogoda? Open'erowa - zimno i pada
Oczywiście, na tym festiwalu bywały już dużo gorsze warunki. Kilka razy lało nieustannie przez niemal cztery pełne dni, pojawiały się nagłe oberwania chmury czy niebezpieczne burze, które kilka lat temu doprowadziły do ewakuacji. Zatem piątkowa wichura i siejący łamane na lejący od czasu do czasu deszczyk to jak na openerowe perypetie atmosferyczne naprawdę nie taki dramat. Co nie zmienia faktu, że klątwa Martina Garrixa trwa - jeśli jest on, jest i załamanie pogody.
Aczkolwiek wystarczający, żeby opóźnić koncerty na głównej scenie. Slowdive, którzy mieli zacząć o 19 wyszli na scenę dopiero 40 minut później, ponieważ nie widziało im się granie w takich warunkach. No i nie zawiedli - nie jest to może zespół na największą scenę, dużo lepiej by wybrzmiał pod namiotem, ale dość licznie zgromadzona publiczność nie mogła czuć się zawiedziona. Ładne, bardzo przestrzenne granie, które stanowiło bardzo smaczną przystawkę przed daniem głównym, czyli The Cure.
Pół wieku historii i morze melancholijnych przebojów
Zespół miał zagrać kilka lat wcześniej - o ile dobrze pamiętam w 2020 roku - jednak plany pokrzyżowała pandemia. Później, co roku, było oczekiwanie - będą czy nie będą. Tym razem w końcu fani się doczekali, a Brytyjscy giganci przebojowej melancholii godnie wypełnili przestrzeń dla legendarnej marki w roli headlinera.
Kiedy okazało się, że Robert Smith z ekipą wyjdą na scenę o 21 - co jest niezwykle rzadkie dla głównej gwiazdy - było wiadomo, że będą grali długo. Dwie godziny z solidnym okładem. Blisko 30 utworów. Do takiego maratonu zbliżyli się dotychczas tylko Foo Fighters. The Cure na scenę nie weszli z takim impetem jak Dave Grohl i spółka, ale od samego początku było czuć, że czeka nas coś wielkiego.
Zwłaszcza że nie mieliśmy do czynienia ze zwykłym odgrywaniem kolejnych piosenek. Muzycy raczyli nas mnóstwem dźwiękowych pejzaży - od syntezatorów, przez noise rockowe hałasy, aż po bezczelnie popowe bujanie tak charakterystyczne dla ich przebojów z lat 80. - jak chociażby „Just Like Heaven”.
Co ciekawe, The Cure mają przecież niedawno wydaną płytę, ale stwierdzili, że nie od tego jest festiwal - tu publiczność przychodzi po to, aby bawić się przy tym, co zna najlepiej. W związku z tym Robert Smith z zespołem sypali swoimi evergreenami, sprawiając że chyba każdy zapomniał o aurze, która nawiedziła tego dnia Babie Doły.
Nie można też nie wspomnieć o wyśmienitej formie wokalnej Roberta Smitha. Tak, jakby mijający nieubłaganie czas kompletnie nie miał wpływu na jego struny głosowe. Wciąż czaruje swoją barwą. A do tego jak już się rozkręci, to pląsa jak nastolatek. W ogóle warto też zauważyć, że ten koncert był bardzo dobrze nagłośniony - imponująco brzmiał bas Simona Gallupa czy gitara Reevesa Gabrelsa, które przeszywały przestrzeń, niosąc się po mocno owianym festiwalowym polu.
Raz po raz dostawaliśmy mieszankę melancholii i przebojowości. Pojawiły się utwory z „Wish”, „Seventeen Seconds” czy - oczywiście „Disintegration”, jak chociażby niezwykle intensywne „Fascination Street”. To wszystko było jednak tylko urabianiem publiczności, marchewką na kiju, którą otrzymali dopiero w drugiej części koncertu.
„The Lovecats”, „Friday I’m In Love”, „Lovesong” czy „Boys Don’t Cry”. No wszystko, czego można było chcieć, zostało zagrane. Co było jednak chyba najbardziej ujmujące, to ta nieśmiałość Roberta Smitha. Tyle lat, tyle przebojów, a on wciąż zdaje się być szczerze przejęty tym, jak bardzo ludzie kochają jego, The Cure i ich muzykę.
Kosmos, po prostu - wyjątkowy koncert, wyjątkowego zespołu. Nie przesadzę, kiedy powiem, że to był zaszczyt móc uczestniczyć w tym koncercie. I zapewne zgodzi się ze mną każdy, kto był pod sceną, a nawet i przed telewizorem, ponieważ występ był transmitowany przez TVP.
Alternatywa, eksperymenty i lista przebojów Garrixa
Trzeci dzień rozpieścił nas sporą ilością dobrej alternatywy. Piątek przyniósł nam dwie kapitalne artystki - Annę Calvi oraz Ethel Cain. Pierwsza na Alter Stage pokazała swoje wszechstronne umiejętności - zarówno wokalne, jak i instrumentalne. Jej operowy wręcz głos świetnie dopełnia około gotyckie gitarowe granie. Dziewczyna szaleje ze swoim Telecasterem dając iście teatralny spektakl. Cain natomiast zagrała na Tent Stage, gdzie pokazała, że zachwyt krytyków nie jest przypadkowy. Ta młoda Amerykanka ma niezwykłą lekkość tworzenia dzieł konceptualnych. Jest to artystka kompletna, jeśli mówimy o dziełach eksperymentalnych.
Do tego dostaliśmy także przyjemne shoegaze’owe granie od irlandzkiego składu Just Mustard, a także post-punk w kobiecym wydaniu, czyli Jehnny Beth, której muzykę czuło się wręcz całym ciałem. Nie da się ukryć - pogoda jak ulał pasowała do muzyki w piątek. Ponura, nieprzewidywalna, często chłodna.
Słońce i smak lata wprowadził dopiero kończący koncerty na dużej scenie występ Martina Garrixa. Lepiej, gdyby to lato ze sobą naprawdę przywiózł, ale już trudno - chłopak jest przeklęty i kiedy pojawia się w Gdyni, to trzeba wyciągać peleryny i zimowe czapki. Jeden z najbardziej cenionych dzidżejów i producentów młodego pokolenia podjął wyzwanie, które rzucił mu drugiego dnia Calvin Harris i również porwał wszystkich do tańca przy niezliczonych radiowych przebojach. A jeśli komuś było mało albo chciał trochę uciec przed aurą, mógł szybko skoczyć na intensywny set Yousuke Yukimatsu na Alter Stage.
Trzy dni minęły jak z bicza strzelił. Przed nami finał. Sobota to zdecydowanie ukłon w stronę fanów popu. Addison Rae, Horsegiirl, Pinkpantheress, Jade, LP czy Teddy Swims. A także wielka niewiadoma - Jennie. K-popu jeszcze na Open’erze nie widzieliśmy i jesteśmy bardzo ciekawi, jak to będzie wyglądało.


Napisz komentarz
Komentarze