Open'er 2026: Krótko o organizacji
Alter Art robi Open’era od blisko ćwierć wieku, więc przez ten czas zdążył już wypracować sprawdzony schemat. W tym roku teren znowu był przygotowany tak, jak się do tego przyzwyczailiśmy - dobrze rozplanowany i wygodny. Ale jakiś taki bardziej pusty niż w ostatnich latach.
Festiwalowicze oczywiście zwrócili uwagę na brak Strefy Specjalności. Miejsce, które funkcjonowało dobre dziesięć lat zniknęło bez słowa wyjaśnienia. Szkoda, tym bardziej że nie było żadnej alternatywy.
Zastanawiający jest również fakt identyfikacji wizualnej festiwalu. Co roku Open’er prezentuje inną oprawę - tym razem były to kontenery - ale tak naprawdę na tym się kończy. Są pewne akcenty, ale o spójności całego terenu trudno mówić. Wygląda to mocno eklektycznie - zwłaszcza przez strefy partnerskie. Każda z nich jest w innym stylu. A są festiwale, gdzie nawet takie miejsca są wkomponowane w layout wydarzenia.
Niemniej - to trochę czepianie się na siłę. Open’er to naprawdę dopracowany koncept, stworzony na wzór najważniejszych i największych festiwali, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. A do tego organizatorzy zapewniają takie podstawowe potrzeby, jak darmowa woda pitna, strefy pomocy psychologicznej czy ładowarki telefonów.
Widać jednak, że Open’er ma problem. Nie jest już jedynakiem na polskim rynku, który chyba stał się najbardziej przesycony w mainstreamowe festiwale w Europie. Musi walczyć z coraz mocniej prężącą muskuły konkurencją o najgorętsze nazwy sezonu. To się odbija na liczbie wykonawców, ale Alter Art robi co może, aby każdego roku dostarczyć różnorodny i ciekawy zestaw wykonawców.
Bo, nie oszukujmy się - The Cure, Nick Cave, Halsey, Florence and The Machine, The XX, Jennie, David Byrne, Kneecap czy Idles to zestaw absolutnie topowy. Ale też i to nie gwarantuje tłumów, bo - ponownie - publiczność ma za duży wybór. Kiedyś wszyscy jechali do Gdyni. Teraz mają do wyboru jeszcze chociażby Poznań, Łódź (miejski festiwal), Summer Punch (dla miłośników gitarowej alternatywy), a do tego mnóstwo pojedynczych koncertów wielkich gwiazd.
Słońce i dużo tanecznej muzyki
Można się śmiać, ale z faktami się nie dyskutuje - Martin Garrix wyjechał i wyszło słońce. W związku z czym zamknięcie festiwalu było niezwykle przyjemne, całkiem ciepłe, ale wciąż bardzo wietrzne. Jednak w porównaniu do tego, co było w piątek - tropiki!
Jednocześnie ponownie widać, że sobota jest najbardziej obleganym dniem gdyńskiego festiwalu. To trend, który utrzymuje się od kilku lat. Oznacza to, że w sumie nieważne kto gra, jedyny wolny dzień tygodnia przyciąga wszystkich, którzy chcą poczuć klimat wielkiego festiwalu.
Wspomniana słoneczna aura bardzo ładnie wpisała się w wakacyjne granie na Open’erze. Rozpoczęła Addison Rae, która swoim sensualnym, a momentami niezwykle erotycznym spektaklem rozbujała tłum pod dużą sceną. Jasne, był pół-playback, było to trochę kiczowate, ale jednocześnie był to fajny ukłon w stronę popu przełomu lat 90. i 2000. Słychać i widać wyraźne inspiracje Britney.
W kontrze do roznegliżowanej Rae chwilę później można było zobaczyć alt-popowe koncerty LP i Luvcat. Tej pierwszej w Polsce nie trzeba przedstawiać, ponieważ wszystkie jej koncerty wyprzedają się na pniu, a jej przeboje nucą niemal wszyscy, ale Luvcat już tak popularna nie jest, a szkoda. Bo czysto muzycznie jest to po prostu lepsze. Takie trochę smutne, ale jednocześnie bardzo przebojowe granie prosto z Liverpoolu. To na pewno jeden z highlightów czwartego dnia.
Wyśmienity Swims i k-popowa siła Jennie
No i wyśmienity Teddy Swims ze swoim fantastycznym bandem. Piękne, bujające popowo-soulowo-countrowe granie prosto z południa Stanów Zjednoczonych. Dużo przebojów, cover „Jump” Van Halen, mnóstwo jakości miał ten koncert. Swims jest jedną z ciekawszych postaci w dzisiejszym mainstreamie. Jego muzyka łączy w sobie wszystko, co najlepsze, co kiedyś wypracowali Timberlake, Mars czy legendarny Don McLean. W ogóle nie dziwi, że morze ludzi stawiło się pod sceną, ale jednocześnie wyglądało to nieco dziwnie, kiedy porównamy to z frekwencją na Nicku Cavie, Florence czy The Cure. Ponownie - po prostu sobota na Open’erze, która też stała się częścią wakacyjnego lifestyle dla wielu osób.
Nie wiem czy większym zaskoczeniem było przyjęcie Jade przez publiczność, czy sama Jade. Kapitalna energia panowała podczas jej koncertu na Tent Stage. Brytyjka była szczerze zachwycona widownią, ale jeszcze bardziej tym, jak reagowała - „mogę mówić cokolwiek”, stwierdziła, kiedy po kolejnym zdaniu namiot eksplodował od pisku. Według mnie był to najlepszy koncert ostatniego dnia - Jade ma w sobie charyzmę, jakość i jakąś taką aurę, którą roztaczały wokół siebie największe gwiazdy popu. Jest pewna siebie i momentami bezczelna - świetna dziewczyna. Warto śledzić jej poczynania. Tym bardziej, że muzycznie ma sporo do zaoferowania. Nie jest to kolejne wtórne granie.
Czego nie można powiedzieć o Jennie. Zaskakująca headlinerka ostatniego dnia, ponieważ k-popu na Open’erze nigdy nie było. W ogóle mało gdzie był w Europie. Tym bardziej wszyscy byli ciekawi. Jennie zaczynała w popularnym girlsbandzie Blackpink, a później rozpoczęła karierę solową, tworząc muzykę pod bardziej kontynentalnego słuchacza. Tak że ten k-pop za bardzo jednak nie wybrzmiał.
Już od południa pod bramami festiwalu zaczęli pojawiać się młodzi fani koreańskiej gwiazdy. Później cały dzień koczowali pod barierkami, aby przypadkiem nie stracić najlepszego miejsca - pisk był nie do opisania, kiedy w końcu nadszedł czas koncertu. A może po prostu show? Występu? Bo Jennie nie tylko korzystała z półplaybacku. Zwłaszcza w pierwszej części koncertu był to po prostu playback. A do tego pech chciał, że akurat takie zbliżenia były na telebimach, kiedy było to doskonale widać. Nie wiem, czy headliner powinien robić takie rzeczy - to jednak mocno niepoważne.
Jednak im dalej w koncert, tym lepiej to wyglądało. Aczkolwiek trudno było nie odnieść wrażenia, że gdzieś te melodie już słyszeliśmy. Nie można jednak powiedzieć, że nie było różnorodnie - Jennie żonglowała swoim reprtuarem, raz zapraszając do zabawy, innym razem zwalniając w kierunku bardziej balladowym. Nie był to jednak rozbudowany spektakl - pewnie, wszystko było dopracowane co do sekundy, miało to scenariusz, niezłą choreografię i potrafiło rozbujać, ale mam wrażenie, że wszyscy, którzy nie są fanami, spodziewali się czegoś więcej. Tak czy inaczej sobota jako święto popu na Open’erze wypadła naprawdę dobrze. A Jennie, zachwycona przyjęciem, zapewne wróci niebawem na halowe koncerty.
Topowe koncerty edycji 2026
Festiwal się skończył, można zatem wybrać najlepsze koncerty. Nie będę się kusił na top 3 czy top 5. Po prostu wymienię tych wykonawców, którzy sprawili, że ta edycja była udana. Na pewno The Cure - tu nie ma cienia wątpliwości; najlepszy koncert tej edycji. Poza tym Florence and The Machine oraz Nick Cave and The Bad Seeds oraz jak zawsze bezbłędny David Byrne. The XX - wciąż nie moja bajka, wciąż uważam, że są nudni jak flaki z olejem, ale doceniam spektakl, który tworzą i rozumiem zachwyty wielu osób.
Kto jeszcze zasługuje na wyróżnienie? Niezwykła Anna Calvi, legendarni Clipse, porywająca Ethel Cain, dzika i bezkompromisowa Halsey, bujający Teddy Swims, energetyczna Jade, a także wściekli Idles i Kneecap. Duży plus stawiamy również przy Viagra Boys (za najwspanialszy bebzun tej edycji) oraz Yousuke Yukimatsu (za najlepszy set).
Taki to był właśnie Open’er. Trochę inny, trochę nieoczywisty, niby bez efektu wow, a jednak wciąż uzbierała się dość pokaźna liczba świetnych koncertów. Do zobaczenia za rok!


Napisz komentarz
Komentarze