Reklama

Obraza uczuć religijnych, migracja, prawa LGBT i SLAPP-y. Prezes HFPC o stanie praw człowieka w Polsce

O prawach osób LGBT+, obrazie uczuć religijnych, zawieszeniu prawa do azylu, ksenofobii i o stosunku rządu, do organizacji pozarządowych zajmujących się prawami człowieka – mówi Maciej Nowicki prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Obraza uczuć religijnych, migracja, LGBT i SLAPP-y. Prezes HFPC o stanie praw człowieka w Polsce
Władza niewiele robi, żeby pokazać obywatelom, że partycypacja społeczna ma dla niej znaczenie

Autor: Materiał prasowy

Od zmiany rządu minęło już dwa i pół roku. Co w obszarze praworządności i praw człowieka rzeczywiście poprawiło się w tym czasie, co pozostało bez zmian, a co potoczyło się w kierunku, który państwa, jako fundację, niepokoi?

Zacznę od tego, że kryzys praworządności nie został pokonany i – na poziomie skutków – wręcz się pogłębia. Wielką przeszkodą jest polaryzacja polityczna i wrogość między rządem a prezydentem, blokująca reformy. Wiele reform było przygotowanych niezwykle późno i niespójnie, a niektóre wciąż nie są przygotowane. Ustawa o statusie sędziów powołanych przez KRS po marcu 2018 roku, tak zwanych neosędziów, nie przeszła procesu legislacyjnego nawet w Sejmie, a minęło już dwa i pół roku. Pewne nadzieje można wiązać z Krajową Radą Sądownictwa w nowym składzie, choć prezydent może nie uznać tego ciała za legitymizowane, co przedłuży kryzys.

Myślę, że bez wyjęcia przynajmniej niektórych elementów tego kryzysu z logiki polaryzacji politycznej nie da się osiągnąć rzeczywistej poprawy stanu praworządności w Polsce. Praworządność to pewne reguły gry, i jeżeli tych reguł chce przestrzegać tylko jedna strona, to praworządności nie będzie. Polsce grozi „weaponizacja” praworządności – używanie tego argumentu przez obie strony jako broni w walce politycznej, zamiast jako wartości wspólnej. Potrzebna jest chociażby kolejna próba napisania ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, w porozumieniu z prezydentem.

A jeśli chodzi o prawa człowieka?

Zmienił się trochę klimat – myślę o prawach osób LGBT+, gdzie nieśmiałe, ale idące w dobrym kierunku projekty postępują. Ale w obszarze równości mamy też pogorszenie. Myślę o prawach migrantów i uchodźców, z zawieszeniem prawa do azylu i fałszywą narracją, że Polska opóźniła wejście w życie paktu migracyjnego. To, w połączeniu z silną narracją ksenofobiczną, od której niewolna jest niestety również rządząca większość, powoduje naruszenia praw podstawowych uchodźców i migrantów, także tych, którzy uciekli przed wojną w Ukrainie.

Mamy pewien postęp w obszarze wolności słowa, związany z impulsami ze strony Unii Europejskiej – z prawem EMFA o mediach, czy z implementacją dyrektywy anty-SLAPP-owej [SLAPP-y to składane przez wielkie firmy bądź instytucje bezpodstawne lub wyolbrzymione pozwy sądowe, których głównym celem jest zastraszenie, uciszenie oraz wygenerowanie ogromnych kosztów finansowych dla krytyków: dziennikarzy, aktywistów, sygnalistów – red.]. Ustawa anty-SLAPP jest gotowa i została podpisana przez prezydenta.

Prawniczka waszej fundacji, Zuzanna Nowicka, mówiła, że projekt nie jest satysfakcjonujący, bo w myśl nowych przepisów i tak większość SLAPP-ów nie będzie kwalifikowana jako nadużycie prawa procesowego ani pozew oczywiście bezzasadny. Co należałoby zmienić, żeby ustawa działała?

Niektóre uwagi organizacji pozarządowych, w tym naszej fundacji, były uwzględnione na etapie prac senackich, co bardzo cieszy – w szczególności dotyczące rozkładu ciężaru dowodu. W tej chwili, jeżeli sprawa wygląda jako SLAPP, to udowodnienie, że nim nie jest, będzie spoczywało po stronie powoda. To o wiele lepsza ustawa niż ta, o której mówiliśmy jeszcze nie tak dawno. Ma jednak duże braki – brakuje jasnego stwierdzenia, wynikającego z orzecznictwa Trybunału Strasburskiego, że podmioty samorządowe nie mogą dochodzić ochrony swojej czci w procesach cywilnych. Dopóki to nie zostanie wykluczone, ten obszar SLAPP-ów będzie wciąż zagrażał osobom wypowiadającym się publicznie.

Obawiamy się też, że zawężenie ustawy do spraw cywilnych, a nie objęcie nią drogi karnej, spowoduje wzrost liczby SLAPP-ów karnych. Stąd nasza petycja do Senatu o depenalizację zniesławienia, czyli wykreślenie tego przestępstwa z kodeksu karnego. Jest szeroko podpisana, czekamy na odpowiedź. Słyszałem wypowiedzi senatora Bodnara, że takie prace powinny być wszczęte, choć nie wiem, czy mamy do tego odpowiedni klimat polityczny.

Czy wiadomo, jaka jest w ogóle skala zjawiska SLAPP w Polsce?

Trudno to określić, bo trudno ustalić, co jest SLAPP-em, dopóki nie zapadnie decyzja sądu, a danych na poziomie ogólnokrajowym się po prostu nie zbiera. Zarówno do naszej fundacji, jak i Watchdog Polska zwracają się dziennikarze, aktywiści, ale też „zwykli obywatele”, którzy zabrali głos w sprawie ich dotyczącej – na przykład fabryki zatruwającej sąsiedztwo – i są za to ścigani. Z naszych obserwacji wynika, że takich spraw jest trochę mniej niż było, ale absolutną nieprawdą jest, że ich nie ma – im bardziej rozpoznawalna jest nasza działalność, tym więcej takich osób do nas trafia. Dopiero wejście w życie ustawy pokaże, czy ten mechanizm realnie wpływa na skalę zjawiska.

Rozumiem motywy stojące za postulatem dekryminalizacji zniesławienia, ale z drugiej strony – gdyby powiedzmy ktoś publicznie zarzucił mi, że pytania, które teraz panu zadaję nie są wynikiem mojej dziennikarskiej dociekliwości, ale dajmy na to – podsunął mi je jakiś zaprzyjaźniony poseł, chciałbym mieć prawo poskarżyć się na taką osobę i skłonić ją do zaniechania rozsiewania pogłosek.

To jest zrozumiałe. Natomiast stanowisko fundacji, i ogólny standard europejski, są takie, że do ochrony dobrego imienia wystarczy dobrze działające prawo cywilne. Można dzięki temu uzyskać zobowiązanie do zaniechania naruszeń, przeproszenia czy rekompensatę finansową, co jest też pewnego rodzaju karą. Kara kryminalna trochę dubluje te ścieżki cywilnoprawne i wiąże się z ogromnym zagrożeniem dla wolności słowa. To doświadczenie organizacji pozarządowych, ale myślę, że też dziennikarzy – że artykuł 212 kodeksu karnego jest używany głównie jako straszak wobec osób, które w interesie publicznym zabrały głos krytyczny wobec kogoś silniejszego od nich. Ważąc interesy dla wolności słowa, należałoby zrezygnować ze ścieżki karnej, a ścieżkę cywilną ucywilizować i udrożnić – żeby była dostępna, ze skuteczną egzekucją, a jednocześnie zapobiegać SLAPP-om, czyli pozwom mającym na celu tylko zastraszenie i zamknięcie ust.

A co z obrazą uczuć religijnych? Ministerstwo Sprawiedliwości na początku tego roku zaproponowało usunięcie kary więzienia z artykułu 196 kodeksu karnego, ale pojawiają się głosy, że problemem nie jest wysokość kary, lecz sam mechanizm, i należałoby zdekryminalizować obrazę uczuć religijnych. Jak fundacja ocenia to w kontekście wyroków ETPCz w sprawach o obrazę uczuć religijnych?

Rezygnacja z kary więzienia to krok w dobrym kierunku, ale dopiero pełna dekryminalizacja odpowiada treści wyroków strasburskich. Trybunał uznał naruszenie wolności słowa przez to, że osoby były skazane za obrazę uczuć religijnych – jak w sprawie Rabczewska przeciwko Polsce. W doktrynie europejskiej te przepisy nazywa się blasphemy laws – pozostałości przestępstwa świętokradztwa, dosyć archaicznego w sytuacji, kiedy państwo i wspólnota religijna mają ze sobą współpracować, ale są od siebie odrębne. W kodeksie karnym jest już wiele przepisów chroniących wartości zbliżone. Jeżeli dojdzie do nawoływania do nienawiści ze względu na wyznanie, mamy inne przepisy, które to kryminalizują. Tych przepisów wystarczy, żeby ścigać czyny wymierzone w wartości, do ochrony których prawo karne było, jest i powinno być powołane.

Fundamentem koncepcji wolności wypowiedzi na gruncie europejskim jest to, że nie chodzi o ochronę wypowiedzi, z którymi zgodziłaby się większość czy władza, ale także tych, które oburzają i prowokują. Bez tego nie ma społeczeństwa demokratycznego.

Wspomniał pan o zawieszeniu prawa do azylu i niecałkowitej implementacji paktu migracyjnego. Szczególnie ta pierwsza sprawa to był chyba potężny zawód dla środowisk przejętych prawami człowieka. Czy fundacja podjęła lub planuje podjąć jakieś działania prawne w tej sprawie?

Tak. Fundacja podejmuje od dawna różne działania prawne. A np. Stowarzyszenie Interwencji Prawnej napisało do Komisji Europejskiej z wnioskiem o procedurę przeciwnaruszeniową przeciwko Polsce. To smutne na dwóch poziomach. Na poziomie ludzi, których prawa są naruszone – choć mówienie o prawach brzmi tu abstrakcyjnie, chodzi o życie i zdrowie ludzi na granicy polsko-białoruskiej. Drugi poziom to praworządnościowy – naruszenie Konstytucji, Konwencji genewskiej, europejskiej, prawa unijnego, tak oczywiste, że kompromituje narrację o powrocie do praworządności. Jest to czynienie wyłomu w systemie ochrony praw człowieka, zgodnie z najgorszymi scenariuszami teoretyków, że erozja zaczyna się od prawa do azylu.

Dlaczego właśnie od prawa do azylu?

Większość praw człowieka jest historycznie zakorzeniona w prawach obywatelskich – w przynależności do wspólnoty politycznej – później zostały zuniwersalizowane. Prawo do ochrony międzynarodowej jest jedynym, które wynika wyłącznie z tego, że ktoś jest człowiekiem, niezależnie od przynależności. I to jest grupa, której najłatwiej odebrać prawa – co uderza w samą koncepcję praw człowieka jako czegoś uniwersalnego. To niezwykle niebezpieczny wyłom.

Jest jeszcze poziom dezinformacji. Pojawia się, nawet wśród poważnych dziennikarzy, na przykład informacja, jakoby Polska odmówiła przymusowej relokacji, i że Pakt wejdzie u nas w życie później. To nieprawda – Polska została zwolniona z przymusowej relokacji, bo zastosowała rozporządzenie z Paktu, przewidujące, że dla państw pod silną presją migracyjną nie jest to mechanizm obowiązkowy. Żadnego opóźnienia nie ma – 12 czerwca wszystkie elementy Paktu weszły w Polsce w życie. Tymczasem ludzie są przekonani, że obrona przed „zalewem obcokrajowców” to osiągnięcie władzy. To nieprawdziwe i niezwykle ksenofobiczne w swojej wymowie.

Powiedział pan, że wszystkie elementy weszły w życie. Tymczasem Maciej Duszczyk, wiceminister MSWiA, mówił kilka dni temu, że punkty pomocy medycznej dla osób przekraczających granicę nie zostaną uruchomione, bo niektórzy strażnicy mają przeszkolenie medyczne i to wystarczy.

To są właśnie wypowiedzi pokazujące skalę szkód. Mamy też narrację, że Bruksela nic nam nie narzuci – antyunijną, podważającą zaufanie do prawa ponadnarodowego, choć Polska powinna być ostatnim krajem włączającym się w nurt jego rozmontowywania. A jest w awangardzie – mam na myśli deklarację kiszyniowską – polityczną presję na Trybunał Strasburski, by inaczej interpretował przepisy konwencji europejskiej w kontekście migracji. To pierwszy sygnał polityczny w 75-letniej historii Rady Europy, że system ochrony praw człowieka ma się cofnąć. Polska jest jednym z inicjatorów procesu kiszyniowskiego, i naprawdę trudno mi zrozumieć, dlaczego się w to włącza. To absolutny brak wyobraźni politycznej.

Wspomniał pan, że w kwestii praw osób LGBT nastąpił pewien postęp. Od końca sierpnia polskie USC będą zobowiązane do transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw par jednopłciowych, ale premier Tusk zadeklarował, że rząd nie zamierza prowadzić wojny z gminami – te oporne mogą wydawać decyzje odmowne, a pary mają je zaskarżać albo szukać sobie innego USC. Czy odsyłanie obywateli do sądów, gdy prawo jest jasne, to wystarczająca ochrona ich praw?

Nie, absolutnie. To jest sygnał fatalny, również na poziomie praworządnościowym, poza ochroną praw obywateli. Mamy jednoznaczny wyrok Trybunału w Luksemburgu, a wszystkie organy władzy publicznej są obowiązane współdziałać w celu jego efektywnego wykonania. Taka wypowiedź jest sprzeczna z podstawowym zobowiązaniem Polski – lojalną współpracą i wykonywaniem wyroków trybunałów.

Z drugiej strony, pod wpływem presji społecznej, słyszymy pewną zmianę w narracji rządowej – deklarację, że prace nad zmianami legislacyjnymi w tym obszarze zostały zainicjowane, co byłoby dobrym kierunkiem, choć trudno zrozumieć, dlaczego idą osobno wobec ustawy o statusie osoby najbliższej.

Jeszcze na koniec zapytam – jak układa się współpraca między rządem a organizacjami pozarządowymi zajmującymi się prawami człowieka? Czy po latach napiętych relacji coś się zmieniło: w dostępie do informacji, w konsultacjach, w finansowaniu?

Dużo się zmieniło, na korzyść, choć w stopniu daleko niesatysfakcjonującym. Był okres przystosowawczy – procedury konsultacyjne odradzały się od nowa po totalnym załamaniu w latach 2015-23. Mimo to dominuje jednak frustracja. Dostęp jest o wiele większy, konsultacje się odbywają, choć nie zawsze tak często, jak powinny. Natomiast jeżeli spojrzy się na to, jak nasze merytoryczne uwagi, pokazujące sprzeczności projektowanych rozwiązań z prawem wyższego rzędu, są często ignorowane – wpływ tych konsultacji jest dosyć niski. Nie o to chodzi, żeby organizacje zastępowały polityków, tylko żeby nasza wiedza ekspercka była traktowana serio.

Martwi mnie też sposób obsady kluczowych dla ochrony praw człowieka stanowisk. Organizacje pozarządowe apelowały o transparentny, niepospieszny sposób wyłaniania kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego – zignorowano to. Podobnie apelowały o jawność zgłaszania kandydatur na Rzecznika Praw Obywatelskich i czas na rozmowy z kandydatami przed decyzją – jesteśmy w przededniu tych decyzji, i znowu apel został zignorowany. Władza niewiele robi, żeby pokazać obywatelom, że partycypacja społeczna ma dla niej znaczenie.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama