Wyrób meczopodobny w Opolu
Pierwszą połowę spotkania Odra Opole - Arka Gdynia można podsumować słynną okładką „Faktu”. Chryste! Co to był za paździerz! Wyrób meczopodobny. Wiele można zrozumieć - przemeblowane składy, nowi szkoleniowcy, nowe założenia taktyczne. No ale bądźmy poważni - to są rzekomo profesjonaliści. Chociaż jakichś automatyzmów można oczekiwać od zawodowych piłkarzy.
A tu nic. Ani przyjąć, ani podać, ani przewidzieć, ani pomyśleć. Absolutny koszmar fundowali nam zawodnicy obu drużyn. Taka typowa pierwszoligowa kopanina. Jak mawiał nieodżałowany trener Wojciech Łazarek - gra na typowe udo. Albo się udo, albo się nie udo. Ale tu nie udawało się nic. A perfekcyjna murawa Itaka Areny aż zapraszała do kombinacyjnej gry. Ach, tak, racja - trzeba to umieć.
Mecz z animuszem rozpoczęli Gdynianie, ale to już znamy - najpierw ogień, a jak to nie pyknie, oddajemy piłkę i czekamy na kontry. No i tak Odra zaczynała bardziej ochoczo atakować bramkę gości. Czy coś z tego wynikało? Oczywiście, że nie.
PRZECZYTAJ TEŻ: Arka Gdynia i Lechia Gdańsk przed nowym sezonem. Pierwszoligowe ambicje i kłopoty
Dwa błyski i gol z niczego
Ale w trakcie pierwszych trzech kwadransów mieliśmy dwa błędy w Matrixie. Najpierw Tomasz Gajda stwierdził, że jednak po pół godzinie gry wypadałoby celnie uderzyć na bramkę. Dopadł zatem do bezpańskiej piłki, huknął sprzed pola karnego, ale czujny w bramce Arki był Dawid Arndt.
Po pięciu minutach do tego samego wniosku doszedł Dominik Kun. Najpierw w polu karnym przy próbie utrzymania piłki przewrócił się Vladislavs Gutkovskis, futbolówka się poturlała do boku, dopadł do niej pomocnik żółto-niebieskich i pokonał Artura Halucha, uderzając obok niego. Bramka z d… z niczego. Idealne podsumowanie tego grania bez ładu i składu.
Po przerwie niewiele się zmieniło
Druga połowa? Dalej oglądaliśmy 22 mężczyzn przebranych za piłkarzy, którzy próbowali coś zdziałać na boisku. Wiele nie brakowało, a udałoby się to Dawidowi Kocyle i Marco Komendzie - jeden źle dostawił głowę, drugi trafił w słupek. Chwilę później Filip Waluś w dwustuprocentowej sytuacji praktycznie podał piłkę do bramkarza Odry. Arka mogła przypadkiem zamknąć mecz w pierwszych dziesięciu minutach, ale jednak w takiej formie to jest po prostu niemożliwe.
Widząc, co się dzieje, trener Marek Jarolim, stwierdził, że warto jednak mieć na boisku kogoś, kto przynajmniej kiedyś był niezłym piłkarzem i posłał w bój Bartłomieja Pawłowskiego. A nuż. Gorzej nie będzie. A Odra próbowała wyrównać, ale nie za bardzo jej wychodziło. Dobrym przykładem będzie strzał w trybuny Patryka Szysza, który jeszcze niedawno biegał przecież w żółto-niebieskiej koszulce.
Doświadczenie Arki wystarczyło na trzy punkty
Po tym chwilowym zrywie obu ekip wróciliśmy do ustawień fabrycznych, czyli kopaniny rodem z kartoflisk. Odra robiła wszystko, aby na inaugurację sezonu nie przegrać przed własną publicznością, ale brakowało jej jakości. Nawet jak się pojawiały jakieś przebłyski dające nadzieję na sukces, wszystko kończyło się złą decyzją, złym podaniem albo złym strzałem.
CZYTAJ TAKŻE: Kolejny transfer Arki. Maciej Ambrosiewicz wraca do Gdyni
Arka mogła zatem czekać na swoje kolejne okazje, aby zamknąć mecz. Zwłaszcza że im bliżej końca, tym bardziej uwypuklały się różnice w jakości na korzyść Gdynian. Nie były one oczywiście spektakularne, ale wychodziło doświadczenie zawodników, którzy mają za sobą kilka sezonów w Ekstraklasie. To pozwalało licznie przybyłej grupie kibiców znad morza spokojnie patrzeć na to, co się dzieje na boisku.
Liczą się punkty, nie wrażenia
Mecz do zapomnienia. Jedni i drudzy mają jeszcze wiele pracy przed sobą. Ale to Arka wraca do domu z kompletem punktów. Paskudny był to mecz. Oczywiście nikt o tym za kilka kolejek nie będzie pamiętał, ale biorąc pod uwagę jak trudna jest 1. Liga, zwłaszcza od razu po spadku z Ekstraklasy, liczy się każda zdobycz od samego początku rywalizacji. Żółto-niebiescy zaczynają zatem tak, jak od nich oczekiwano - zwycięstwem. Na styl jeszcze przyjdzie czas.
Odra Opole - Arka Gdynia 0:1
Bramka: Kun (35′)



Napisz komentarz
Komentarze