Reklama Tyczka na molo Sopot 2026

Przez dziurkę od igły. Babcia mówiła jej, że każda panna z dobrego domu musi haftować

Wchodzę na Jarmark Etnograficzny w Oliwie z aparatem i bez żadnego planu, co właściwie chcę tu znaleźć. To zawsze najlepszy sposób, żeby trafić na coś ciekawego.
Przez dziurkę od igły. Babcia mówiła jej, że każda panna z dobrego domu musi haftować

Autor: Oliwia Szczełuszczenko

Powietrze pachnie drewnem i klejem do gliny. Między straganami stoją drewniane figury świętych, wyrzeźbione z takim spokojem w twarzach, jakby od lat czekały właśnie na to popołudnie. Siadam na chwilę na drewnianej ławce, przy drewnianym stoliku, i patrzę. Nikt się nigdzie nie spieszy. Sprzedawczyni obok zagaduje przechodnia tak, jakby się znali od lat. Może się znają, może nie, na tym jarmarku to bez znaczenia.

Mijam stragan z gliną. Potem szmaciane laleczki: koty, pieski, jakiś ludowy słonik, nawet jednorożec, co samo w sobie jest małym cudem synkretyzmu. Starszy pan rzeźbi w drewnie kapliczkę, tu, na miejscu, wiórki lecą mu pod nogi. Pytam, czy to styl kaszubski. Patrzy na mnie tak, jakbym zapytała, czy niebo jest niebieskie. Oczywiście, że kaszubski.

(fot. Oliwia Szczełuszczenko)

A potem widzę jej stoisko. Obrusy zwisają jak flagi kraju, którego nie ma na mapie. Poszewki. Zakładki do książek, drobne jak listki, każda wyhaftowana innym wzorem. Podchodzę bliżej, i to jest ten moment, w którym poznaję panią Teresę Dembkowską, kobietę, która będzie mi tłumaczyć świat przez dziurkę od igły.

Igła, która była, zanim był papier

Haftowała zawsze. Dla siebie. Dla znajomych. Bez żadnego papieru, żadnego tytułu, żadnego „twórca ludowy” wypisanego gdzieś urzędowo. To przyszło później - dwadzieścia lat temu zdobyła certyfikat, ten sam rodzaj papieru, który w Polsce trzeba zdać jak prawo jazdy, żeby ktoś oficjalnie powiedział ci, kim już byłaś od dawna.

Jeździ z tym teraz po całej Polsce. Do Zakopanego. Do Gdyni. Czasem zostaje u siebie w Wejherowie. Wszędzie rozkłada ten sam materiał i za każdym razem ktoś pyta o to samo, dlaczego akurat te kolory, dlaczego akurat ten wzór?

Jej ulubionym wzorem jest wdzydzki. Mówi to bez wahania, jakby pytać ją o ulubiony wzór, to jak pytać matkę o ulubione dziecko, tylko że ona odpowiada bez poczucia winy.

Babcia mówiła jej, że każda panna z dobrego domu musi haftować. Cała rodzina była artystyczna - malarstwo, tkactwo, ceramika, hafty, wszystko w Wejherowie. Haftuje już 54 lata i mówi to poważnie, jakby chciała, żebym zapisała dokładnie tę liczbę.

(fot. Oliwia Szczełuszczenko)

Teczka, która pamięta

W latach 70. wydane zostały teczki z wzorami kaszubskimi i z różnych stron Pomorza. Były też borowiackie, kociewskie. Składały się z wzorników wydrukowanych w dużym formacie, z wyszczególnionymi kolorami odpowiednimi dla regionu i elementami jakich można użyć, takich jak kwiat czy sieć rybacka. W tej wyjątkowej formie wydano też wzory dla innych regionów. Wydawano też teczki kaszubskie w kolejnych latach.

Owe teczki stały się standardem w haftowaniu regionalnym. Twórca projektuje własne wzory, ale zawsze muszą być złożone z odpowiednich regionalnych elementów i mieć założoną stylistykę.

Dziś nici DMC mają numery. Powiesz „472” i każda haftująca kobieta w Polsce sięgnie po tę samą zieleń. Kiedyś tej numeracji nie było. Kolory bywały nieodpowiednie, przypadkowe, zależne od tego, co akurat udało się kupić, mimo to dało się z teczki „przeczytać” wzór, tak jak dziecko czyta pismo babci, nawet gdy litery są nierówne.

Nie każdy haft kaszubski jest żukowski

To jest jej mała, prywatna krucjata, prowadzona cierpliwie, stoisko po stoisku, rozmowa po rozmowie.

Ludzie przychodzą i mówią: kaszubski, czyli żukowski. Bo żukowski jest najczęściej publikowany, najczęściej fotografowany, najczęściej sprzedawany jako „ten” haft kaszubski, więc stał się w głowach ludzi jedynym.

Rozkłada cierpliwie swoje dzieła na stoliku jak mapę i tłumaczy różnice tak cierpliwie, jakby robiła to po raz pierwszy nie dziś, tylko po raz pierwszy w życiu.

Jeśli haftuje się w jednostajnym ruchu przez lata, ręka się buntuje, pani Teresa miała operację ręki. Mimo to nastawia budzik na szóstą. Haftuje godzinę, potem reszta dnia toczy się swoim trybem, robi zakupy, spełnia obowiązki. Ale haft wraca do rytmu życia kilka razy, aż zbierze się na cały dzień pracy porozrzucanej między innymi sprawami. Mówi o tym jako o łączeniu przyjemnego z pożytecznym.

Koleżanki twierdzą, że ma lekką rękę. Zimą potrafiła zaprojektować i narysować dwadzieścia serwet - dla siebie i dla nich. Za swoje prace była laureatką nagród.

(fot. Oliwia Szczełuszczenko)

Encyklopedia wzorów regionalnych

Gdański haft trzyma się trzech odcieni niebieskiego. Pucki ma fale, sieci, mikołajki, to motywy prosto z morza. Wdzydzki jest kolorowy, najbardziej żywy z nich wszystkich. Bursztynowy pochodzi z Borów Tucholskich. Kociewski nosi maki. Tulipan pojawia się wszędzie, w różnych formach, jakby był wspólnym mianownikiem całego haftu kaszubskiego.

Jest nawet haft czepcowy, cały w bieli. Biały nie dlatego, że tak miało być od zawsze, w PRL-u trudno było zdobyć złotą nitkę, więc przyjęło się szyć na biało, i tak zostało od lat pięćdziesiątych. Pochodzi jednak od pierwotnej wersji haftu kaszubskiego, haftowanych na złoto czepcach tradycyjnego stroju ludowego.

Wydrukowany haft

Kawałek dalej, na tym samym jarmarku, stoi stragan z drukowanymi słonikami. Haft kaszubski, ten sam wzór, który ona wykłuwa igłą godzinami wydrukowany na materiale w kilka sekund, w kilkuset egzemplarzach, gotowy do sprzedania.

Mówi o tym spokojnie, ale widać, że to boli inaczej niż konkurencja między wzorami regionalnymi. Bo tam przynajmniej ktoś haftuje - po prostu inny wzór, inną ręką. Tu nie haftuje nikt. Zdarzyła się sytuacja, w której ktoś wziął jej własny motyw, motyw, który sama zaprojektowała, i puścił go w druk, bez pytania, bez igły, bez tych godzin, które ona w niego włożyła.

(fot. Oliwia Szczełuszczenko)

Pamiątka wypiera haft, nie dlatego, że jest ładniejsza, tylko dlatego, że jest szybsza i tańsza. Turysta bierze słonika z nadrukiem, bo kosztuje dziesięć złotych i wygląda podobnie. Nie wie, że różnica między tym słonikiem a jej zakładką do książki to różnica między kopią a czymś, co ktoś naprawdę zrobił.

Przyglądam się jednemu z obrusów. Wzór wdzydzki, ten sam, o którym mówiła wcześniej. Odkładam go z powrotem na stolik. Kosztuje więcej niż drukowany słonik. Kosztuje dokładnie tyle, ile powinna.

Nim zabraknie rąk

Odchodzę od stoiska z pustymi rękami, ale z pytaniem, którego nie umiem się pozbyć. Ile jeszcze takich teczek leży w domach na Kaszubach, czekając, aż ktoś je otworzy i przeczyta jak ona - nie wzrokiem, tylko igłą? I co się stanie, kiedy zabraknie rąk, które jeszcze umieją to czytanie?


tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Tyczka na molo Sopot 2026
Reklama Ziaja kuracja peptdowa