Niecały miesiąc pozostał inicjatorom projektu „Uwaga! Polowanie. Zmieńmy prawo łowieckie. Na dobre” na zebranie stu tysięcy podpisów. Termin mija 3 września. Jeśli komitet zbierze wymaganą liczbę podpisów (lista punktów, gdzie można poprzeć projekt TUTAJ), projekt trafi pod obrady Sejmu – i, jak pokazuje historia poprzedniej dużej nowelizacji z 2018, czeka go tam trudna droga w konfrontacji z silnym, ponadpartyjnym lobby łowieckim. Spór toczy się na kilku frontach jednocześnie: o bezpieczeństwo, o pieniądze, o to, kto ma decydować o losie zwierząt na prywatnej ziemi, i o to, czyim głosem – miasta czy wsi – naprawdę przemawia obecne prawo łowieckie. Sprawdziliśmy, co dokładnie zakłada projekt, ile jest w nim faktów, a ile – jak twierdzi każda ze stron o argumentach drugiej – mitów.
Co zakłada nowelizacja
Autorzy projektu opierają go na trzech hasłach:
- „tak dla bezpieczeństwa”,
- „nie dla polowań dla rozrywki”
- i „nie dla krwawego biznesu”.
W ich ocenie ustawa z 1995 to akt anachroniczny, nieodpowiadający współczesnej wiedzy o ochronie zwierząt i środowiska.
Najistotniejsza zmiana, jaka miałaby nastąpić, to zakaz strzelania do zwierząt łownych bliżej niż 700 metrów od budynków mieszkalnych i miejsc zgromadzeń publicznych. Za pisemną zgodą właściciela budynku odległość można zmniejszyć do 150 metrów. Nowością jest też uprawnienie rad gmin do wprowadzania okresowych zakazów polowań, na przykład na czas ferii czy lokalnych świąt.
Projekt zakazuje komercyjnych polowań dla cudzoziemców – likwiduje biura polowań i sprzedaż polowania jako usługi. Firmy dostaną trzy lata na wygaszenie działalności. Do tego dochodzi zestaw zakazów:
- nęcenia zwierząt,
- polowań nocnych z noktowizją i termowizją,
- naganki z jednym naganiaczem,
- polowań z pojazdów i łodzi.
Za polowanie pod wpływem alkoholu lub narkotyków grozi areszt, ograniczenie wolności albo grzywna, a strażnik Państwowej Straży Łowieckiej zyska prawo żądania badania trzeźwości.
Nowością jest też nacisk na jawność: publiczny rejestr polowań i gospodarki łowieckiej oraz obowiązek corocznego publikowania sprawozdań finansowych PZŁ i kół łowieckich, które musi zatwierdzić minister środowiska.
Święty Hubert w Sejmie
Nawet jeśli uda się zebrać wystarczająco dużo podpisów, projekt najprawdopodobniej natrafi na duży opór w Sejmie, gdzie – jak pokazują wcześniejsze doświadczenia – funkcjonuje silne lobby łowieckie. Niektórzy publicyści mówią wręcz o „Polskiej partii Myśliwych”, funkcjonującej ponad tradycyjnymi podziałami politycznymi.
Skala wpływów środowiska łowieckiego na polską politykę pozostaje w dużej mierze nieznana – bo sami parlamentarzyści nie chcą jej ujawnić. Gdyby liczbę posłów-myśliwych szacować proporcjonalnie do odsetka myśliwych w społeczeństwie (ok. 0,35 proc.), na sali obrad powinno ich zasiadać najwyżej dwóch. I faktycznie, kiedy na początku listopada 2025 Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła” rozesłał do wszystkich posłów pytanie o przynależność do Polskiego Związku Łowieckiego, przyznało się do niego tylko dwóch. Z tym, że aż 284 parlamentarzystów (ok. 60 proc.) w ogóle nie zareagowało na pytanie.
Do Parlamentarnego Zespołu ds. Kultury i Tradycji Łowiectwa zapisanych jest zrzeszający 17 posłów, posłanek, senatorów i senatorek. Jest wśród nich Urszula Pasławska (PSL) – przewodnicząca sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa (czyli tej samej, przez którą przejdzie ewentualny projekt nowelizacji Prawa łowieckiego). Jak odnotowała Interia, Pasławska patronowała też otwartej w Sejmie wystawie „Święty Hubert. Patron Myśliwych”.
Zmiany z 2018 i spór wokół nich
Poprzednią nowelizację Prawa łowieckiego uchwalono w 2018. Było to pokłosie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 10 lipca 2014, który uznał wcześniejsze przepisy za niezgodne z konstytucją: właściciele nieruchomości objętych obwodem łowieckim nie mieli realnej możliwości ochrony swoich praw. TK dał ustawodawcy 18 miesięcy na poprawki – parlamentarzystom zajęło to ostatecznie ponad trzy lata.
Ostateczna wersja wprowadziła kompromis, w którym obie strony sporu mogą dziś wskazywać swoje zwycięstwa. Właściciele gruntów zyskali prawo do wyłączenia nieruchomości z obwodu łowieckiego na podstawie notarialnego oświadczenia, bez konieczności podawania przyczyny. Odległość polowań od zabudowań mieszkalnych wzrosła ze 100 do 150 metrów. Zakazano udziału w polowaniach osób niepełnoletnich oraz szkolenia psów i ptaków łowczych z użyciem żywych zwierząt. Minister środowiska zyskał też realny nadzór nad PZŁ: zatwierdza statut związku, powołuje zarząd główny i Łowczego Krajowego.
Jednocześnie kilkanaście poprawek postulowanych przez stronę społeczną – a nawet część zgłoszonych przez rządzące wówczas PiS – odrzucono głosami lobby łowieckiego:
- zakaz dokarmiania zwierząt (nęcenia),
- zakaz amunicji ołowianej
- i ograniczenie polowań zbiorowych nie weszły do ustawy.
PZŁ: To sparaliżuje możliwość regulacji populacji
Wacław Matysek, p.o. rzecznika prasowego Polskiego Związku Łowieckiego, podważa przede wszystkim zapis zabraniający strzelania w odległości mniejszej niż 700 metrów od zabudowań, w miejsce dotychczasowych 150 metrów. Jak podkreśla, ten sam limit obejmowałby nie tylko polowania, ale też odstrzały sanitarne (np. związane z ASF) oraz redukcyjne, np. gdy dziki wchodzą do miast.
– Gdy nałożymy tę siatkę na mapę Polski, mniej więcej 75 proc. powierzchni kraju zostanie wyłączone z jakiejkolwiek gospodarki łowieckiej – mówi.
Przewidziany w projekcie wyjątek – zejście do 150 m za pisemną zgodą właściciela budynku – w jego ocenie jest w terenie niewykonalny. Obwody liczą po kilka tysięcy hektarów, zwierzęta przecież nie trzymają się granic działek, a jeden sąsiad może się zgodzić, drugi nie – co w praktyce paraliżuje możliwość regulacji populacji.
Rzecznik negatywnie odnosi się też do proponowanego zakazu polowań nocnych, tłumacząc, że dziki żerują głównie po zmroku, więc dzienne patrolowanie upraw nie zapobiegnie szkodom. Podkreśla, że koła łowieckie już teraz wkładają w ochronę pól ogromny, niewyceniany wysiłek: setki, a nawet tysiące godzin pracy społecznej, grodzenia, zakupu pastuchów elektrycznych, siatek grodzeniowych, odstraszających środków zapachowych, które finansują z własnych środków, bez żadnego wsparcia od państwa.
PZŁ: Kto inny zapłaci za szkody?
Kwestia pieniędzy stanowi istotny argument PZŁ. Odszkodowania wypłacane za szkody łowieckie w skali kraju to ok. 100 mln zł rocznie. Jak zaznacza rzecznik, cała ta kwota pochodzi ze składek członkowskich i sprzedaży odstrzelonej zwierzyny, a nie z budżetu państwa. Podaje przykład własnego koła pod Warszawą, do którego dziki migrują nocą z Puszczy Kampinoskiej i lasów otaczających stolicę: roczne straty sięgają tam 50 tys. zł, a bywało, że na wypłatę odszkodowań brakowało środków i myśliwi dokładali się prywatnie po tysiąc złotych.
– My to robimy za darmo. A gdyby ktoś przejął to od nas, trzeba będzie mu za to zapłacić, a to są naprawdę bardzo duże pieniądze – mówi.
Jego zdaniem projekt nie zawiera żadnej analizy takich kosztów ani nie podaje skutków gospodarczych i społecznych wprowadzanych zmian.
Pytany o obowiązkowe badanie trzeźwości myśliwych, przypomina, że zakaz polowania pod wpływem alkoholu obowiązuje już dziś. Wynika zarówno z ustawy o broni i amunicji, jak i z wewnętrznych przepisów PZŁ, których złamanie skutkuje odebraniem pozwolenia na broń. Zapytany o liczbę wypadków śmiertelnych na polowaniach w ostatniej dekadzie potwierdza oficjalne dane – 28. I zestawia tę liczbę z ok. 5 milionami polowań odbywających się w Polsce rocznie. Jak zapewnia, związek przeanalizował wszystkie te przypadki, a ich przyczyną było za każdym razem złamanie procedur bezpieczeństwa – przede wszystkim błędne rozpoznanie celu przed oddaniem strzału, a nie stan zdrowia sprawcy.
Na pytanie o tzw. Polską Partię Myśliwych odpowiada krótko, że coś takiego nie istnieje, a PZŁ nie prowadzi i nie widzi potrzeby prowadzenia rejestru parlamentarzystów należących do związku.
– To jest sprawa indywidualna każdego z parlamentarzystów – konkluduje, porównując przynależność do PZŁ do członkostwa w związku wędkarskim czy pszczelarskim: dobrowolnego i niepodlegającego obowiązkowi ujawniania.
Inicjatorzy: walczymy o „elementarną sprawiedliwość”
Michał Suchora, członek komitetu inicjatywy „Uwaga! Polowanie” i współprzewodniczący Partii Zieloni, odrzuca kluczowy zarzut PZŁ, że strefa 700 m wyłączy z gospodarki łowieckiej 75 proc. kraju. Jego zdaniem to manipulacja, bo mapa publikowana na stronie PZŁ zakłada sytuację, w której żaden właściciel gruntu nie skorzysta z przewidzianego w projekcie wyjątku pozwalającego na zmniejszenie odległości do 150 m.
– Gdyby wszyscy właściciele ziemscy wystąpili o takie odstępstwo, mapa obwodów łowieckich w ogóle by się nie zmieniła – mówi Suchora.
Podkreśla, że chodzi o zasadę, którą nazywa „elementarną sprawiedliwością”: to właściciel terenu, rolnik czy właściciel prywatnego lasu, ma decydować, czy na jego ziemi w ogóle odbywają się polowania. Dziś, jak podkreśla, właściciel nawet nie jest o nich informowany.
Suchora stanowczo odrzuca też twierdzenie PZŁ, że projekt obejmuje odstrzały sanitarne (np. związane z ASF) czy redukcyjne, gdy zwierzęta wchodzą do miast. Jego zdaniem to celowe mieszanie pojęć przez związek. Projekt – zapewnia – nie dotyczy w ogóle odstrzału sanitarnego ani eliminacji inwazyjnych gatunków obcych, regulowanych osobną ustawą. Ograniczenia mają objąć wyłącznie polowanie rozumiane jako rekreacja. Podobnie tłumaczy postulat zakazu polowań nocnych: to kwestia bezpieczeństwa obywateli, a nie prób ograniczenia kontroli populacji zwierząt.
Dajmy państwu realny wpływ na decyzje o odstrzale
Suchora wskazuje też szerszą filozofię projektu, wykraczającą poza samą dyskusję o odległościach. Podkreśla, że dziś decyzja o liczbie zwierząt do odstrzału na danym terenie – czyli roczny plan łowiecki – to, jak to ujmuje, „wyłączna kompetencja koła łowieckiego”. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska go opiniuje, ale nie ma głosu decyzyjnego. Komitet chce to zmienić, dając państwu i samorządom realny wpływ na te decyzje, a nie tylko rolę doradczą. Trzeci filar projektu to ochrona infrastruktury krytycznej: sieci przesyłowych, autostrad, linii kolejowych – przed kolizjami ze zwierzyną, co Suchora określa jako sytuacje, w których „zwierzęta muszą niestety ustąpić” ze względów bezpieczeństwa.
Najostrzej Michał Suchora odpowiada na zarzut, że projekt reprezentuje interesy „mieszczuchów” kosztem wsi. Twierdzi, że to sami myśliwi budują fałszywą narrację, przedstawiając się jako głos rolników. Według niego rzeczywistość jest odwrotna.
– To jest hobby bardzo zamożnych, ustosunkowanych ludzi: głównie prawników, lekarzy, samorządowców, biznesmenów, którzy przyjeżdżają na polską wieś jak na safari i bez pytania polują na prywatnych terenach rolniczych – mówi.
Dodaje, że do komitetu zgłaszają się także mieszkańcy wsi i małych miejscowości, w tym osoby wcześniej ze względów ekonomicznych zmuszane do pracy przy nagance, które nie chcą być dłużej traktowane „jak chłopi zagrodowi”.
W kwestii wysokości szkód łowieckich Suchora kwestionuje samą podstawę wyliczeń PZŁ, wskazując na brak transparentności finansowej związku. Argumentuje, że nawet gdyby przyjąć podawaną przez PZŁ kwotę 100 mln zł rocznie, w przeliczeniu na mieszkańca Polski to zaledwie ok. 3 zł na osobę – koszt, który jego zdaniem polski budżet spokojnie by udźwignął, skoro państwo już dziś pokrywa podobne kategorie szkód rolniczych, np. po gradobiciu, podtopieniach czy suszy.
Zwraca też uwagę na „dziwny” status prawny zwierzyny. Dopóki żyje, jest majątkiem Skarbu Państwa, a po odstrzale przechodzi na własność koła łowieckiego, które nie dzieli się zyskiem ani z państwem, ani z właścicielem gruntu, na którym zwierzę pozyskano. Porównuje to do wycinki drzew z cudzego lasu bez zapłaty właścicielowi.
Pytany o postępy przy zbieraniu podpisów pod projektem Suchora przyznaje, że dokładnej liczby zebranych dotąd podpisów nie zna. Zbiórka jest rozproszona, bo każdy chętny może samodzielnie pobrać kartę ze strony komitetu. Jak podaje, zrobiło to już ponad 4 tysiące osób, a skuteczność bywa bardzo różna: od pojedynczego podpisu po rekordzistkę, która samodzielnie zebrała na ulicy 1400 podpisów.



Napisz komentarz
Komentarze