Kosmopolityczna ferajna Hütza
Gogol Bordello narodziło się w Nowym Jorku, ale wcale to nie oznacza, że jest to zespół amerykański. Przez blisko trzydzieści lat przez skład przewinęła się masa narodowości i tak też pozostaje do dziś. Ale nie może to dziwić, skoro liderem jest charyzmatyczny Eugene Hütz - Ukrainiec romskiego pochodzenia.
Stąd też w muzyce zespołu jest tak wiele ludowego folku, a także naleciałości z innych kultur - ich koncerty przypominają cygańsko-bałkańsko-słowiańskie weselicho. Na szczęście, w odróżnieniu do poprzedniej trasy po Europie, tym razem frontman nie szarżował z politykowaniem. Oczywiście pojawiły się utwory poświęcone Ukrainie, ale było też „Solidarity” zadedykowane Gdańskowi i ludziom, którzy obalili komunę.
„Ignition”, czyli od razu ogień
Co prawda można trochę kręcić nosem, że zespół już nie sięga w swoich setlistach po „Harem in Tuscany”, ale i tak mini-trasa po Polsce - poza Gdańskiem Gogol Bordello pojawił się również w Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu - jest jak erupcja wulkanu, która nie ma zamiaru ucichnąć. Jednak skoro koncert zaczyna się utworem o znamiennym tytule „Ignition”, to po prostu nie mogło być inaczej.
Przeboje atakowały publiczność z każdej strony. „Immigrant Punk”, „Wonderlust King”, „Fire on Ice Floe”, „Start Wearing Purple”, „Alcohol” czy nieśmiertelne „Pala Tute”. A wraz z przebojami ramię w ramię szła energia Eugene’a Hütza i jego kamratów. Aż niemożliwe, że na tak niewielkiej scenie zmieściło się tyle osób, a do tego praktycznie każda z nich była dosłownie wszędzie.
Naturalność i nieposkromiony żywioł
Bardzo dobrze też wypadła Kay Bontempo, która gościnnie pojawiła się w kilku momentach koncertu. Wokalistka nowojorskiej kapeli Puzzled Panthers nie znalazła się w Gdańsku przypadkiem. Jej zespół jest pod skrzydłami wytwórni Hütza, czyli Casa Gogol Records. Bontempo dała sporo świeżości temu koncertowi.
Ale to wcale nie tak, że jej brakowało. Absolutnie. Po tylu latach Gogol Bordello to istny ogień na scenie. Aż chce się przypomnieć słowa Franka Dolasa: „Bordello, bum bum”. Połączenie folku i punka nie jest niczym odkrywczym, ale niewielu zespołom udaje się to, co kosmopolitycznej ferajnie Hütza, czy kilku celtic-punkowym kapelom. Tu działa przede wszystkim naturalność i nieposkromiony żywioł, który po prostu porywa do zabawy.
O to właśnie chodzi w koncertach
Takie koncerty tak naprawdę przypominają nam, o co chodzi w muzyce granej na żywo. Bo, oczywiście, wielką przyjemnością jest oglądanie stadionowych spektakli, gdzie każdy ruch, gest czy dźwięk musi pojawić się w odpowiednim momencie. Tyle że z drugiej strony, kiedy patrzy się na taki zespół jak Gogol Bordello, który ma kilka mankamentów, ale po prostu cały żyje muzyką i chce tą szaloną radością zarażać wszystkich wokół… To chyba to jest właśnie sedno tego wszystkiego.
Absolutnie fantastyczny poniedziałkowy wieczór. Gogol Bordello naładowali nam wszystkim baterie na kolejny tydzień. Ale też ten zespół przypomina o czymś, co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste - wbrew pozorom wszyscy na tym świecie jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż nam się wydaje.



Napisz komentarz
Komentarze