Dlaczego zainteresowałeś się Teresą Iżewską? Zakochałeś się?
Kiedyś wszyscy się w niej kochali… Każdy chciał z nią być. Ja odkryłem ją dzięki kinu, „Kanał”, „Baza ludzi umarłych”... Wiedziałem, że grała i mieszkała w Gdańsku, ale nie wiedziałem, że zdecydowała się pozostać tutaj na zawsze.
Dlaczego Instytut Strat Wojennych chce przywrócić pamięć o niej?
Chcemy opowiedzieć historię Teresy Iżewskiej, by przypomnieć, jak wiele polskiej kultury utraciliśmy w wyniku decyzji podjętych z powodów politycznych. Chcemy przywrócić ją przede wszystkim Pomorzu, ale także Wrocławowi czy Warszawie. Iżewska jest postacią zewsząd i znikąd. Dla mieszkańców Trójmiasta – jakoś z Warszawy, dla mieszkańców stolicy – bardziej z Trójmiasta.
Jest w Gdańsku Skwer im. Krzysztofa Kolbergera, który wyjechał stąd mając lat 16, równie szybko opuściła Gdańsk Irena Jarocka, którą upamiętnia skwer w Oliwie. Ile razy mijałem te miejsca, myślałem o tym, że Gdańsk – tak naprawdę – nie ma swego aktora-legendy, kogoś o międzynarodowej sławie, kto żył w tym mieście i dla tego miasta. Wielu znanych w Polsce artystów było tu tylko na chwilę. Zbigniew Cybulski, którym się ekscytujemy, i słusznie, mieszkał tu jedynie siedem lat!
I nagle odkrywam kogoś, kto jest postacią absolutnie pomnikową, kto zapisał się trwale w historii polskiej kinematografii, kultury w ogóle, ktoś, kto się postawił reżimowi, kto potem, gdy reżim go ukarał, zniósł to z godnością i starał się ułożyć sobie życie na nowo właśnie na Wybrzeżu. Na dodatek Teresa Iżewska zmarła w Gdańsku, spoczywa na Cmentarzu Łostowickim. Trudno o bardziej lokalną legendę.
Aż dziw, że została zapomniana. Była kiedyś kimś ważnym dla Teatru Wybrzeże.
Na pewno osobowością, a osobowości nie wszystkim się podobają. Mówiono o niej, że jest niesamowita, ale jednocześnie bardzo wymagająca we współpracy. Miała charakter i odwagę, choć po latach wspominano ją serdecznie, z czułością, nawet z podziwem. Nie zrobiła kariery takiej, jaką mogłaby zrobić, ale też nie uganiała się za sławą. Nie jeździła, nie prosiła, nie wysiadywała pod ważnymi drzwiami. A przecież, gdyby tylko chciała się stąd zawinąć do rodzimej stolicy, udałoby się jej to bez problemu. Mimo to, została.

Mówiłeś o niej, że „została zesłana do Gdańska”.
W myśl panującej w latach 60. zasady, że każdy region powinien mieć jakieś nośne aktorskie nazwisko. Przyjechała tu osławiona legendą filmu „Kanał” Wajdy, na podmianę z Cybulskim i Kobielą. Z zabranym paszportem i embargo na częste występy w produkcjach filmowych.
Szybko się na Wybrzeżu odnalazła. Ale jak wszędzie, gdzie się pojawiała, była obca. W Gdańsku też długo postrzegano ją jako aktorkę warszawską. Może była za dobra? Ze zbyt mocnym nazwiskiem? Może zbyt pomnikowa, jak na artystkę lokalną?
„Kanał” Wajdy, od niego się zaczęło.
Na festiwalu w Cannes w 1957 roku obraz otrzymał Srebrną Palmę, a Teresa Iżewska – odtwórczyni roli łączniczki „Stokrotki” – stała się jedną z twarzy polskiego kina. Wszystko wskazywało na początek międzynarodowej kariery, jednak 25 maja 1957 roku Iżewska udzieliła wywiadu francuskiej prasie. Tekst opublikowany w „France-Soir” został następnie przedrukowany przez polski tygodnik „Film”. Francuski dziennikarz przedstawił ją jako „Kopciuszka polskiego filmu”, pisząc m.in. o jej niskich zarobkach. Zrobiła się afera!
Na nic tłumaczenia, że wywiad nie został autoryzowany, że media podkręciły temat. Broniła się. Wystosowała list otwarty, że dziennikarz nadał rozmowie złośliwy charakter. Że skłamał. To nie pomogło. Decydenci PRL, którym dodatkowo nie podobał się fakt, że nie była specjalnie skłonna do koniunkturalnego nawiązywania bliższych relacji towarzyskich, zablokowali jej wyjazdy za granicę.
W marcu 1959 roku, gdy została nominowana do nagrody BAFTA w kategorii dla najbardziej obiecującego debiutanta, nie mogła pojechać do Londynu na uroczystość. Jej międzynarodowa kariera została zahamowana. Ktoś z taką historią, z takim dorobkiem powinien mieć chociaż tablicę na budynku, gdzie mieszkał.

Dlaczego nie ma?
Może pamięć o niej zgasła, bo zmarła ponad czterdzieści lat temu? W dodatku w mrocznym i trudnym czasie stanu wojennego, po którym zaczęliśmy się zajmować przygotowaniami do nowej rzeczywistości? Czas pierwszych spółek i bazarów z łóżkami polowymi nie był szczególnie sprzyjający myśleniu o kulturze czy podtrzymywaniu pamięci o Polskiej Szkole Filmowej.
Może nie miała szczęścia? Po incydencie z francuską prasą nie przestała jednak grać. Pojawiała się w kolejnych produkcjach filmowych, m.in. w „Bazie ludzi umarłych”, jednak były to w większości, tak jak w „Podróży za jeden uśmiech”, role epizodyczne – znacznie poniżej możliwości aktorki, która zachwyciła Cannes.
Teatr Wybrzeże był dla niej schronieniem.
Zagrała tu ponad 30 ról u znakomitych reżyserów. W jej repertuarze znalazły się dzieła Ajschylosa, Szekspira, Molière’a, Wyspiańskiego, Witkacego, Mrożka, Gombrowicza i Różewicza. Pisała wiersze, uczyła się języka greckiego, aby czytać dzieła Epikura w oryginale. Prowadziła warsztaty teatralne w szkołach i zakładach pracy. W wywiadach propagowała rolę teatru jako remedium na codzienność, wychwalając jednocześnie macierzystą scenę. Była oddaną swojej pasji – prawdziwą divą, aktorką formatu europejskiego, do której nie pasował przaśny, gomułkowski, ludowo-kościółkowy PRL. Takim indywidualnościom trudno było się tu odnaleźć.
Jako Instytut Strat Wojennych, zajmujemy się też historią ludzi, którzy ucierpieli w wyniku długotrwałych skutków II wojny światowej. To są złamane biografie, takie jak właśnie nieznana współczesnym historia Teresy Iżewskiej. Pomyślmy, co by było, gdyby ta peerelowska, polityczno-kulturalna maszyna jej nie zmieliła. Co by było, gdyby jej nie zabrano paszportu, gdyby pozwolono jej grać za granicą?

Czuła żal?
Jej przyjaciel Janusz Burza zawsze mówił, że znosiła to, co się stało z godnością. W Gdańsku czuła się dobrze. Powinna stać się symbolem tego miasta i symbolem Teatru Wybrzeże, w którym pracowała 18 lat. Tragiczna postać, która wpisuje się w powojenną traumę całego pokolenia, Cybulskiego i innych.
Iżewska też nie przerobiła koszmaru wojny. Tragiczna śmierć ojca, lata tułaczki gdzieś po Pomorzu Zachodnim w latach 50., pierwsze nieudane małżeństwo, warszawska szkoła teatralna, owo nieszczęsne Cannes, przeprowadzka do Gdańska i kolejne próby targnięcia się na własne życie…
„Nie tylko Stokrotka” to wystawa przygotowana przez Instytut Strat Wojennych im. Jana Karskiego w Warszawie, Teatr Wybrzeże oraz Gdańskie Towarzystwo Naukowe.
Trzy instytucje połączyły siły, aby przywrócić pamięć o aktorce. Na kilkunastu planszach pokazane są nieznane lub mało znane fakty z życia Teresy Iżewskiej, jedno z najstarszych zachowanych zdjęć aktorki oraz artystyczne interpretacje jej postaci i losów autorstwa krakowskiej malarki Martyny Hołdy. Wystawę pokazujemy na 80-lecie Teatru Wybrzeże i 18. urodziny Sceny Letniej Teatru Wybrzeże w Pruszczu Gdańskim, który istotnie wspomógł nas w procesie tworzenia wystawy. Pokażemy ją też w innych miejscach, choćby we wrześniu w Teatrze na Targu Węglowym, i na Strzyży, gdzie aktorka mieszkała.

To, że była wyjątkowo piękna, ma znaczenie dla opowieści?
Była dokładnie taka, jak kobiety z tamtej epoki. Wystarczy przypomnieć wielkie gwiazdy kina tamtego czasu, choćby ledwie o rok od niej młodszą Sophię Loren czy dwa lata starszą Audrey Hepburn. Nagle okazuje się, że mamy naszą gdańską Sophię, że mieszkał tutaj ktoś taki, jak Audrey!
Wspomniany Janusz Burza, który mieszkał od Iżewskiej przystanek dalej, opowiadał mi kiedyś, że w czasie, gdy nie miał jeszcze telefonu, między ich domami kursowali przypadkowi kurierzy, z listami. Ona pisała na kartce, że prosi o spotkanie, po czym otwierała okno i wołała kogoś, kto akurat przechodził ulicą: – Podejdź tu do mnie, chłopcze, zanieś to pod ten adres! I ten ktoś niósł! Stawał w jego drzwiach i anonsował: – To od pani Teresy...
To jak scena z dobrego włoskiego kina! Pytałaś na początku naszej rozmowy, czy Teresa Iżewska podobała mi się. Trudno, by było inaczej. Piękna, twarda, inteligentna, charakterna. Ja takie kobiety nazywam „wow!”. Kobiety z tamtych lat, tamto aktorstwo, postawy. Nie było gwiazdorstwa. Były klasa i ogromna dawka pracy organicznej, wykonywanej bez pytania o stopę zwrotu. Były prawdziwe opowieści. O takich ludziach trzeba nieustannie przypominać. Bo jako społeczeństwo zdążyliśmy już zapomnieć, że to właśnie oni stworzyli system intelektualno-społeczny, który doprowadził nas do świata, którego jesteśmy dziś, często bezrefleksyjnymi, beneficjentami.



Napisz komentarz
Komentarze