Kobiety zmieniły bieg historii
Mówiono o nich: zaplecze. Albo: bohaterki drugiego planu. Bo na pierwszym planie byli mężczyźni – to głównie oni podczas sierpniowych strajków brali udział w rozmowach ze stroną rządową (też złożoną z samych panów), to ich było widać na wiecach.
Chociaż tak naprawdę strajk w stoczni wybuchł przez kobietę – zwolnioną z pracy suwnicową Annę Walentynowicz. I to panie 16 sierpnia 1980 r. zmieniły bieg historii.
– Przy bramach pojawiły się wtedy kobiety, między innymi Alina Pieńkowska, Anna Walentynowicz i Ewa Ossowska, które zatrzymywały wychodzących robotników – przypomina Małgorzata Rybicka, wdowa po Aramie Rybickim. – Dzięki temu strajk nie wygasł, lecz przekształcił się w strajk solidarnościowy.
Magda Krzyżanowska-Mierzewska, radczyni prawna,wieloletnia prawniczka w Kancelarii Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, córka Olgi i Jerzego Krzyżanowskich podkreśla, że w opowieści o Solidarności, która się przebiła do publicznej świadomości, występują nazwiska pierwszoplanowe: Anna Walentynowicz, Henryka Krzywonos i Alina Pieńkowska-Borusewicz.

– Jednak przez lata społeczeństwo było generalnie ślepe na znaczenie obecności kobiet w Solidarności – uważa wdowa po dr. Piotrze Mierzewskim, wybitnym lekarzu-opozycjoniście. – Nie mieliśmy aparatu pojęciowego, żeby myśleć o kobietach jako o grupie, która ma swoje szczególne interesy. Kobiety także o tym nie myślały. I nie doceniały swoich zasług w związku. Trochę wstyd, że tę robotę za nas, czyli trochę za Polskę, wykonała amerykańska socjolożka Shana Penn, która pierwsza napisała książkę o kobietach w Solidarności. Zaś w 2003 opublikowano reportaż Ewy Kondratowicz „Szminkę na sztandarze”. Natomiast w sierpniu 80. nikt się nie zastanawiał nad rolą kobiet.
Zupa pani Grażynki
Henryka Krzywonos-Strycharska, wówczas motornicza w WPK, która ze słowami „ten tramwaj dalej nie pojedzie” 15 sierpnia 1980 zatrzymała się przy Operze Bałtyckiej, weszła w skład Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w gdańskiej stoczni. Już następnego dnia zatrzymywała wraz z pozostałymi kobietami wychodzących ze stoczni robotników.
Dziś Krzywonos-Strycharska potwierdza, że w samej stoczni i wokół strajków było bardzo dużo kobiet.
– Nie wszystkie jako delegatki siedziały przy stołach – mówi. – Bożena Ptak drukowała ulotki. Była też Bożena Grzywaczewska, Magda Rybicka, przyjechały Jadwiga Staniszkis i Ewa Milewicz, późniejsza dziennikarka Gazety Wyborczej. Była też przez trzy dni Joanna Duda-Gwiazda. Tych dziewczyn było sporo.
Uważa, że dziś za mało mówi się o Alinie Pieńkowskiej. A także o tych kobietach, których imion i nazwisk nikt już nie pamięta. Chociażby o paniach, które pracowały najpierw w tymczasowej kuchni, a potem doszły do nich pomagać panie ze stołówki.
– Mówiliśmy, jaka dobra zupa, pani Grażynko – uśmiecha się Henryka Krzywonos-Strycharska. – Ale już nazwiska pani Grażynki nie znaliśmy. One były na stoczni, a ich dzieci czekały w domach z dziadkami.
Mówi, że nigdy o nich nie zapomniała. Zawsze powtarza na spotkaniach, że nie Wałęsa, Walentynowicz, Gwiazda, Krzywonos, ale cała Polska w sierpniu wygrała.
Każdy zresztą pomagał, jak umiał.
– Moja mama, Olga Krzyżanowska, pracowała w budynku Szpitala Stoczniowego – opowiada Magda Krzyżanowska-Mierzewska. – Kierowała Wojewódzką Poradnią Chorób Zawodowych. Po ogłoszeniu strajku zgłosiła się do stoczni. Siedziała jako lekarka w kąciku Sali BHP na wypadek, gdyby potrzebna była pomoc medyczna. Patrzyła zafascynowana na to, co się działo. Akurat nie robiła kanapek i kawy zbożowej, ale była po prostu jedną z wielu kobiet z tzw. zaplecza strajku.

Niewidoczne bohaterki
Ocenia się, że podczas sierpniowych strajków i później, w czasie stanu wojennego i aż do 1989 w ruchu solidarnościowym zaangażowanych było około 5 mln kobiet. Jednak, jak tłumaczy Małgorzata Rybicka, wcześniej, przed Sierpniem 1980 roku zorganizowana opozycja demokratyczna była niewielkim środowiskiem. W całym kraju aktywnie działało około 1000–1500 osób, choć wraz z sympatykami i współpracownikami krąg osób zaangażowanych był znacznie szerszy.
– Dlatego tak ważne było zaangażowanie każdego, kto podejmował ryzyko i wykonywał często niewidoczną pracę – uważa była działaczka Ruchu Młodej Polski. – Z perspektywy czasu jestem przekonana, że bez kobiet opozycja nie mogłaby działać na taką skalę, a ich zaangażowanie było ważną częścią drogi do upadku dawnego systemu. Kobiety były obecne na każdym poziomie działalności opozycyjnej. Organizowały pracę, redagowały i kolportowały niezależne pisma, pełniły rolę łączniczek, pomagały osobom ukrywającym się i ich rodzinom, pracowały w podziemnych drukarniach, uczestniczyły w protestach i strajkach. Ich rola pozostawała jednak w dużej mierze niewidoczna. Tymczasem codzienna, wykonywana bez rozgłosu praca kobiet pozwalała opozycji utrzymywać kontakty i przetrwać represje.
W mieszkaniu Małgorzaty i Arama Rybickich działał punkt informacyjny Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a ich adres został opublikowany jako adres redakcji „Bratniaka”, pisma wychodzącego poza zasięgiem cenzury. Przyjeżdżali tu opozycjoniści z całej Polski, a Służba Bezpieczeństwa nękała ich rewizjami i podsłuchami. Aram Rybicki co rusz trafiał do aresztu.
Modlitwa tysięcy Gdańszczan
Po wybuchu strajków Aram Rybicki natychmiast znalazł się w Stoczni. Małgorzata ze względu na małe dziecko musiała pozostać w domu.
– Nie oznaczało to jednak, że byłam poza tym, co się działo – podkresla Rybicka. – Codziennie przychodziłam pod Stocznię i uczestniczyłam w modlitwie po drugiej stronie Bramy nr 2, razem z tysiącami Gdańszczan. O wydarzeniach wewnątrz Stoczni opowiadał mi Aram, który wracał i zdawał mi relację.
Szczególnie pamięta modlitwy prowadzone przez dziewczyny ze swojego środowiska, czyli szwagierki: Magdę Modzelewską, później Rybicką, i Bożenę Rybicką, później Grzywaczewską. Modlono się za więźniów politycznych i osoby represjonowane, środowiska opozycyjne, ludzi zatrzymanych przez SB, niezależnych drukarzy, a także o rozsądek władz i pomyślne zakończenie strajku. Po obu stronach Bramy nr 2 tworzyła się wspólnota ludzi wierzących i niewierzących, która dawała poczucie siły i pozwalała wytrwać w napięciu i niepewności.
To od męża Małgorzata dowiedziała się, że kilka odważnych kobiet zapobiegło zerwaniu strajku.
Dziś mówi, że swa obrazy – kobiety prowadzące modlitwę po drugiej stronie Bramy nr 2 i kobiety zatrzymujące wychodzących robotników – są dla niej niezwykle symboliczne. Pokazują dwa rodzaje kobiecego działania: budowanie wspólnoty i dawanie ludziom siły, ale także konkretne, odważne działanie, które w decydującym momencie wpłynęło na bieg wydarzeń.
– Dlatego nie można mówić o kobietach jako o „zapleczu” Sierpnia – stwierdza. – One współtworzyły ten ruch.
Baby wyszły na ulicę
Magda Krzyżanowska- Mierzewska wraca do mało znanego wątku historii społecznej Solidarności, czyli tego, co działo się w jej biurze krajowym w dawnym hotelu „Jantar” we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej. Przychodziła tam jako najpierw jako wolontariuszka, potem jako dziennikarka w Biuletynie Informacji Prasowej „Solidarność” .
– Pamiętam Bożenę Grzywaczewską – wspomina. – Jak wszyscy ludzie z Młodej Polski, była opromieniona nimbem osób będących blisko Lecha Wałęsy. Uważałam ją za kogoś w rodzaju Matki Boskiej.
Ta sama Bożena Grzywaczewska, z domu Rybicka, podczas spotkania z cyklu „Wydział Spraw Fundamentalnych”, pt. „Solidarność, która zmienia – kobiety, Gdańsk i żywa pamięć demokracji”, które odbyło się wiosną tego roku, podzieliła się z publicznością pewną anegdotą. Natknęła się kiedyś na ulicy na Macieja Grzywaczewskiego i swego brata, Arama, wówczas czołowego aktywistę Ruchu Młodej Polski. „ Fajna ta twoja siostra” – skomentował spotkanie Maciej. „Fajna, ale głuuupia” – odparł lekceważąco Aram.
– Szło o to, że Bożena niewystarczająco, jak na oczekiwania brata interesowała się polityką – mówi Magda Krzyżanowska-Mierzewska. – W latach 70. protekcjonalny stosunek do kobiet wisiał w powietrzu, w którym się wtedy oddychało, i my same uważałyśmy to za naturalne. Solidarność tego nie zmieniła. Wszystko było owinięte w silne przekonanie o drugorzędności kobiet. Tzw. męskie strajki, czasem o pietruszkę, były oceniane jako walka o ważne kwestie polityczne. Ale już biały marsz kobiet w Łodzi latem 1981, tzw. Marsz Głodowy, oceniano jednoznacznie: baby wyszły na ulicę. O co im chodzi? O zakupy? Co to za problem? – pytano.
Wiece i praca biurowa
Późniejsza prawniczka w Kancelarii Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z pracy w biurze krajowym pamięta także inne, dzielne kobiety: Ankę, wtedy Maksymiuk, później Kieturakis, niezwykle urodziwą blondynkę z długimi włosami, pracującą jako tłumaczka. W biurze zagranicznym była też Basia Tuge-Erecińska, absolwentka skandynawistyki, po 1989 r. ambasadorka Rzeczypospolitej między innymi w Wielkiej Brytanii. Za tej pierwszej Solidarności Basia stanowiła parę papużek – nierozłączek z Anką Kawecką-Fotygą, późniejszą minister spraw zagranicznych.
Biuro Solidarności obciążone było masą obowiązków, nie mówiąc już o tym, że waliły tam tłumy zagranicznych dziennikarzy.
– Pracownicy zmagali się z zalewem listów i żądań z całej Polski, ale wielu z nas nie miało żadnych kwalifikacji do porządnej pracy biurowej – opowiada Magda. – Uważaliśmy się trochę za ludzi stworzonych do wielkich zadań, do myślenia o ojczyźnie, wolności i niepodległości; nie o tym, by pisma miały obieg, a konkretne sprawy dawało się rzeczowo załatwić. To irytowało interesantów i szeregowych działaczy Solidarności, którzy ten wieczny bałagan krytykowali.
Tymczasem praca biurowa wymaga określonych umiejętności. I to wzięły na swoje barki kobiety z tzw. zaplecza. Ich umiejętności w tamtych czasach nie były w cenie.
– W cenie było wzniosłe perorowanie na wiecu o wielkich sprawach – twierdzi z przekąsem prawniczka. – W przeciwieństwie do codziennej roboty, która popycha sprawy do przodu.
Rodzina i konspira
Małgorzata Rybicka podkreśla, że działalność opozycyjna kobiet nie zwalniała ich z codziennych obowiązków wobec rodziny. Nadal prowadziły dom i wychowywały dzieci, łącząc swoje zaangażowanie w walkę o wolność z odpowiedzialnością za najbliższych. Było to często podwójne obciążenie. Ich działalność narażała je również na represje: inwigilację, przesłuchania, aresztowania i zastraszanie. Zagrożenie dotyczyło także ich mężów, dzieci, bliskich.
– Uderza mnie dzisiaj, jak wiele te kobiety ryzykowały i jak wysoką cenę płaciły za swoje zaangażowanie – mówi. – Często robiły to bez poczucia, że ich nazwiska zostaną kiedyś zapisane w podręcznikach historii. Swoją działalność traktowały jako obowiązek wobec innych, a nie jako bohaterski czyn.
Po wprowadzeniu stanu wojennego wiele z nich znalazło się w obozach internowania i więzieniach. Pozostałe zaangażowały się w działalność podziemia solidarnościowego, tak jak Magda Modzelewska-Rybicka, albo w pomoc osobom represjonowanym i ich rodzinom, jak Małgorzata Rybicka. Po tym, jak włączyła się w akcję prowadzoną przez Ruch Młodej Polski „Nauczanie bez kłamstwa”, straciła pracę nauczycielki.
Dopiero początek?
– Kiedy dziś patrzę na Sierpień 1980, widzę nie tylko wielkich przywódców i robotników przy stoczniowej bramie – kończy rozmowę Malgorzata Rybicka. – Widzę kobiety stojące po drugiej stronie Bramy nr 2, tysiące ludzi uczestniczących w modlitwie, Magdę i Bożenę prowadzące te modlitwy, a także Alinę Pienkowską, Annę Walentynowicz i Ewę Ossowską zatrzymujące wychodzących ze Stoczni robotników. Widzę także siebie – młodą matkę, która nie mogła być wtedy w Stoczni, bo opiekowała się małą córeczką, ale każdego dnia była pod jej bramą i żyła tym, co się tam działo.
Czy po 46 latach Polacy patrzą inaczej na rolę kobiet w tamtej walce?
– Trochę się zmieniła nasza optyka, choć nie dotyczy to wszystkich warstw społeczeństwa – mówi Magda Krzyżanowska-Mierzewska. - Istotne, że kobiety z pokoleń młodszych niż moje zaczynają sobie zdawać spraw z wagi i godności pracy, której od nich wymaga polskie społeczeństwo: pracy opiekuńczej, macierzyńskiej, organizacji domu, emocjonalnej obsługi bliskich ludzi, godzenia pracy zawodowej z obowiązkami domowymi. Ale tak naprawdę – to jest dopiero początek.



Napisz komentarz
Komentarze