Reklama Sopot Jazz Festival

Złote, ale niekoniecznie skromne. Habit dobrze leży na gdyńskiej „Zakonnicy w przebraniu”

Gdyński Teatr Muzyczny sięgnął po broadwayowską wersję filmowej komedii „Zakonnica w przebraniu” z Whoopi Goldberg. Muzycznie i wokalnie zespół wychodzi z tego zadania obronną ręką, słabiej wypada za to aktorstwo, a romansowy wątek Deloris i Eddiego kompletnie nie chwyta.
„Zakonnica w przebraniu”
„Zakonnica w przebraniu” w Teatrze Muzycznym w Gdyni

Autor: Teatr Muzyczny w Gdyni | Materiały prasowe

„Zakonnica w przebraniu”. Filadelfia, lata 70. i osiem Oscarów Menkena 

Musical powstał na kanwie scenariusza filmowej komedii z 1992 roku. Muzykę napisał Alan Menken, znany jako autor piosenek do wielu disneyowskich produkcji, zdobywca ośmiu Oscarów. Wersja teatralna przenosi akcję do lat 70. i z San Francisco do Filadelfii. Nieprzypadkowo, bo miasto to, za sprawą działalności wytwórni Philadelphia International Records, było w tamtej dekadzie jednym z głównych ośrodków soulu, funku i disco. Mówiono wręcz o brzmieniu filadelfijskim (Philly sound), łączącym taneczne rytmy z akompaniamentem dużych sekcji smyczkowych. I do takiej właśnie stylistyki, złotej ery czarnej muzyki tanecznej, czyli połowy lat 70., odwołuje się Alan Menken.

Kompozytor dodatkowo zadbał, by widzowie zapamiętali jego piosenki dzięki prostemu zabiegowi: kilka z nich powraca w trakcie spektaklu w formie repryzy. Stąd graniczące z pewnością założenie, że wyjdziemy z teatru, nucąc pod nosem „Weź mnie do nieba”. I trzeba przyznać – udało mu się.

Gangsterka w tle, klasztor w centrum. O czym jest musical?

Fabuła? Deloris Van Cartier, piosenkarka bezskutecznie starająca się wypłynąć na szersze wody show-biznesu przypadkiem staje się świadkiem zabójstwa dokonanego przez jej chłopaka, a zarazem herszta gangu, Curtisa Jacksona. By sama uniknąć śmierci, przystępuje do policyjnego programu ochrony świadków i – incognito, jako siostra Maria Klarencjusz – trafia do klasztoru. Tu ma oczywiście problemy z dostosowaniem się do surowych reguł. 

Na szczęście Matka Przełożona powierza jej kierowanie chórem, co okazuje się strzałem w dziesiątkę. Śpiewające zakonnice szybko stają się lokalną, a potem ogólnokrajową sensacją. Ratuje to klasztor przed likwidacją, ale też naprowadza gangsterów na trop Deloris. Jak można się domyślić, ich złe zamiary zostaną udaremnione.

Prawdziwym trzonem historii są jednak relacje Deloris z Matką Przełożoną i pozostałymi siostrami – to w tej klasztornej wspólnocie dokonuje się przemiana bohaterki z lekkomyślnej i próżnej w osobę empatyczną oraz gotową do poświęceń. Jest też wątek miłosny z zakochanym w Deloris policjantem Eddiem.

Męski kwartet kradnie show

Jak z przeniesienia tej historyjki na scenę wybrnęli reżyser Paweł Aigner i gdyński zespół? Jeśli chodzi o muzykę, z góry było wiadomo, że będzie to swoista adaptacja: czarną muzykę śpiewają wyłącznie biali wokaliści i wokalistki, co sprawia, że słychać mniej feelingu, a więcej popisów szkolonych głosów. W tej kategorii artyści, a zwłaszcza odtwórczyni głównej roli Karolina Trębacz – która miała do odśpiewania około 10 piosenek – wyszli obronną ręką. 

Co ciekawe, w tym głównie damskim towarzystwie zabłysnęli czterej panowie: Sebastian Wisłocki w roli Curtisa (czy mimikę i mowę ciała watażki z dzielni wzorował na prezydencie Nawrockim, czy samo mu tak wyszło – pozostanie pewnie jego tajemnicą) oraz jego trzej tani dranie, stanowiący coś na skrzyżowaniu Bee Gees z gangiem Olsena. Zachwycał zwłaszcza Artur Drobnik w roli TJ-a.

Habity złote, ale niekoniecznie skromne

Najefektowniej, jak zwykle, wypadały sceny zbiorowe, których – zgodnie ze sceniczną logiką – im bliżej końca, tym więcej. Pewien problem sprawiał fakt, że habity zdecydowanie ograniczały siostrzyczkom możliwości „grania ciałem”. Tu w sukurs choreografce Karolinie Garbacik przyszła kostiumolożka Magdalena Gajewska. W miarę rozwoju show-biznesowej kariery siostrzanego chóru, stroje zakonne robią się coraz bardziej efektowne, pstrzące się barwami i wzorami, mieniące cekinami – słowem: złote, ale niekoniecznie skromne.

Paradnie wypadła też slapstickowa scena ucieczki siostrzyczek przed bandziorami, którzy wdarli się do klasztoru. Świetnie sprawdziła się tu – jak i w całym przedstawieniu – scenografia Wojciecha Stefaniaka.

Aktorstwo – najsłabsze ogniwo „Zakonnicy w przebraniu”

Najsłabszą stroną „Zakonnicy” było aktorstwo. Może zawiniła tu tkwiąca od zarania w scenariuszu pewna sztampowość postaci i zarysowanych konfliktów. Znaczący jest fakt, że najwięcej emocji czuć było w scenach rozmów z Bogiem, czyli de facto monologach Matki Przełożonej w wykonaniu Alicji Piotrowskiej – zdecydowanie najciekawszej i najbardziej zniuansowanej postaci tego przedstawienia. 

Zabrakło miejsca i czasu, by lepiej rozegrać wątek nowicjuszki Marii Robert (Julia Duchniewicz), która pod wpływem Deloris zaczyna kwestionować narzucone jej przez zakon reguły. Ale co z tym zrobi: odejdzie czy pozostanie w klasztorze bardziej świadoma swojego wyboru – nie wiemy. To wątek trochę jak z „Idy” Pawła Pawlikowskiego.

Nieprzekonujące jest też bardzo powierzchowne pokazanie przemiany głównej bohaterki. A już wątek romansowy to całkowite nieporozumienie. Deloris + Eddie = zero chemii.

Dobra wiadomość na koniec. Nowe nagłośnienie robi różnicę

Na koniec jeszcze jedna bardzo dobra wiadomość: Teatr Muzyczny w Gdyni wzbogacił się o nowy system nagłośnienia, który faktycznie poprawił jakość dźwięku (choć przecież i wcześniej nie było źle). Tu faktycznie zostajemy wzięci do nieba i uduchowionego soulu Marii Klarencjusz, jej współsiostrzyczek oraz jej brutalnych prześladowców możemy posłuchać w naprawdę komfortowych warunkach.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Ziaja kuracja peptdowa