Wybudowana kosztem 8 mln zł strzelnica w Bogutach-Piankach na Mazowszu ma służyć żołnierzom, uczniom klas mundurowych oraz okolicznym mieszkańcom. Jej otwarcie 25 września mogło pozostać lokalną uroczystością, gdyby nie gość – prezydent Karol Nawrocki, który przyjechał tam prosto z Nowego Jorku, z sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Ale jeszcze ważniejsze od samej obecności głowy państwa były słowa, które padły z jego ust, wzywające do podjęcia debaty o dostępie Polaków do broni.
– Nawet w Unii Europejskiej jesteśmy na samym końcu – mówił.
Zdaniem prezydenta, dostęp do broni i umiejętność posługiwania się nią ma w Polsce około 1 proc. obywateli, podczas gdy w Czechach i Austrii 3–5 proc., a w Finlandii i Szwajcarii nawet 30 proc. Zastrzegł przy tym, że samo uzbrojenie obywateli nie zapewni bezpieczeństwa – kluczowy jest wyszkolony i odpowiedzialny człowiek.
Temat nie jest dla Nawrockiego nowy ani przypadkowy. Sam ma pozwolenie na broń do ochrony osobistej. Jak opowiadał w kampanii, zdobył je po tym, gdy okazało się, że trafił na listę poszukiwanych rosyjskiego MSW. Chodziło o usuwanie sowieckich pomników, za co – jako prezes IPN – był współodpowiedzialny. A przed drugą turą wyborów podpisał tzw. deklarację toruńską Sławomira Mentzena. Jej szósty punkt to zobowiązanie, że nie podpisze żadnej ustawy ograniczającej Polakom dostęp do broni.
Przepisy mogą pójść w przeciwną stronę
To ostatnie zobowiązanie może wkrótce zostać wystawione na próbę. W Sejmie leży projekt Polski 2050, który wprowadza obowiązkowe badania lekarskie i psychologiczne co pięć lat dla wszystkich posiadaczy broni, łącznie z myśliwymi i sportowcami. Niezależnie od tego rząd przygotowuje własną nowelizację ustawy o broni i amunicji. Prezydencki apel o „debatę” przychodzi więc w chwili, gdy przepisy mogą pójść w zupełnie inną stronę, niż chciałby Nawrocki.
Politycy obozu rządzącego interpretują wystąpienie prezydenta jednoznacznie. Dorota Olko z Lewicy nazwała je mrugnięciem okiem do elektoratu Konfederacji. Entuzjazmu nie widać jednak nawet w PiS. Karol Karski przypominał, że w Polsce nie ma amerykańskiej tradycji powszechnego dostępu do broni. A Jarosław Kaczyński jeszcze kilka lat temu uważał ten temat za marginalny i obawiał się, że po broń sięgnęłyby środowiska groźne dla reszty społeczeństwa.
Bogdan Borusewicz, były marszałek Senatu, w rozmowie z „Zawsze Pomorze” nie ma wątpliwości co do intencji prezydenta.
– Chce przelicytować nie tylko PiS, ale i Brauna, i Konfederację – mówi. – Absolutnie się z tym nie zgadzam. Jesteśmy w Europie, nie w Stanach Zjednoczonych. Mamy inną tradycję. Czy chcemy doprowadzić do sytuacji jak w amerykańskich szkołach, gdzie co jakiś czas ktoś wchodzi i morduje dzieci i młodzież?
Nie przekonuje go też argument o przygotowaniu na rosyjską agresję.
– Wojny z dobrze wyszkolonymi wojskami rosyjskimi cywile nie wygrają. Przy dronie czy czołgu broń w ręku cywila ma niewielkie znaczenie. To musi być dobrze wyszkolone wojsko – podkreśla.
Problemem jest broń nielegalna
Dr Adrian Wrocławski z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, dyrektor Muzeum Kryminalistyki UG, stanowczo studzi obawy, że legalni posiadacze broni palnej stanowią zagrożenie.
– Z naszych informacji i prowadzonych badań wynika, że przynajmniej w Trójmieście nigdy nie było przypadku przestępstwa popełnionego z użyciem broni legalnie posiadanej przez jej właściciela – mówi. – Wszystkie sytuacje, w których ktoś został celowo zastrzelony, dotyczyły broni nigdzie niezarejestrowanej, nieewidencjonowanej, po prostu nielegalnej.
Skąd ta broń się bierze? W latach 90. różnymi szlakami, z obwodu królewieckiego, Ukrainy czy Czech, trafiała do działających tu grup przestępczych. Drugim źródłem jest broń z czasów II wojny światowej wykopywana bądź znajdowana np. na strychach.
– Niektóre egzemplarze, chowane w zaolejonych szmatach, po wykopaniu były w pełni sprawne – mówi dr Wrocławski i przypomina napad na kantor we Wrzeszczu w 1991, w którym sprawca zastrzelił kobietę z mausera C96 z czasów I wojny światowej. Dziś największym problemem są pistolety bez numerów seryjnych, składane z części wynoszonych z fabryk, np. w Czechach.
– Ile takiej broni jest jeszcze poukrywanej, nikt nie wie – zaznacza.
Łatwo dostać, łatwo stracić
Czy potrzebne jest poszerzenie dostępu do broni, o które apeluje prezydent?
– Nie widzę takiej potrzeby, bo ten dostęp jest bardzo dobry i łatwy. Liczba posiadaczy broni w Polsce rośnie bardzo szybko – odpowiada dr Wrocławski. Obecny boom go jednak nie niepokoi.
– Legalni posiadacze są często obywatelami bardziej odpowiedzialnymi niż inni, bo pozwolenie traci się ekstremalnie łatwo – tłumaczy. – Ktoś, kto zainwestował w pozwolenie, sejf, broń będzie obawiał się to stracić. Zwykły pistolet kosztuje 2–3 tys. zł, a są ludzie, którzy potrafią wydać 30 tys. euro na strzelbę Holland & Holland. Utrata tego wszystkiego jednym pstryknięciem palca jest bardzo bolesna, więc takie osoby muszą się pilnować.
Przepisy o przechowywaniu broni ekspert ocenia jako dobre i jednoznaczne. Przyznaje, że sejf utrudnia sięgnięcie po broń przy nagłym napadzie. Zauważa jednak, że większość Polaków ma broń sportową lub kolekcjonerską, a nie do obrony w domu. Na pozwolenie do ochrony osobistej trzeba wykazać stałe, realne i ponadprzeciętne zagrożenie życia, zdrowia lub mienia, jak w przypadku właścicieli kantorów czy jubilerów.
– Jeśli ktoś powie, że się boi, broni tylko do tego celu nie dostanie – mówi.
Za lukę uważa za to regulacje dotyczące broni czarnoprochowej, która jest dostępna bez pozwolenia.
– To w pełni groźna i niebezpieczna broń palna – mówi. – Ładuje się ją dłużej, ale po załadowaniu rewolweru można oddać kilka strzałów raz po raz, a każdy pocisk może zabić. Z kolei pistolety gazowe, które wymagają pozwolenia tak jak broń palna, działają na tej samej zasadzie co broń bojowa. Ich przeróbka sprowadza się czasem do wymiany lufy. Broni hukowej legalnie dostępnej w Polsce na ostrą przerobić się praktycznie nie da.
Obrona konieczna, nie Dziki Zachód
Dr Wrocławski zgadza się, że wielu posiadaczy przecenia swoje uprawnienia.
– Służby mają przepisy określające, kiedy mogą użyć broni. Dla cywilów żadnej takiej regulacji nie ma – wyjaśnia. – Broń palna może być więc użyta tak jak nóż, pałka czy kamień, tylko w obronie koniecznej czy stanie wyższej konieczności. Co do zasady musi jednak istnieć bezpośredni, bezprawny zamach. Jeśli nie ma bezpośredniego niebezpieczeństwa, strzelać do człowieka nie wolno. To musi być ostateczność.
A zagrożenie ze strony Rosji? Dyrektor Wrocławski odróżnia posiadanie broni od umiejętności posługiwania się nią.
– Dla państwa jest bardzo wskazane, żeby obywatele potrafili strzelać. Samo nie jest w stanie ich przeszkolić, bo to bardzo drogie. W czasach zasadniczej służby wojskowej byli tacy, którzy przez całą służbę strzelali ledwie pięć razy – przypomina. – Posiadacze broni szkolą się za własne pieniądze, często wydając potężne kwoty. Jeśli trzeba będzie uzbroić obywateli, będą gotowi. Czy jednak prywatna broń nadawałaby się do walki z najeźdźcą, to już kwestia dyskusyjna.
Broń w szufladzie prawniczki
Natalia [imię zmienione], prawniczka z Trójmiasta, ma pozwolenie na broń od prawie dziesięciu lat. Pierwszy raz pomyślała o niej zaraz po otwarciu kancelarii.
– Przydzielono mi klientkę z urzędu z ewidentnymi problemami psychicznymi i autentycznie się jej bałam – wspomina. – Starałam się umawiać z nią tylko wtedy, kiedy w kancelarii był mój wspólnik albo chociaż praktykant. Niestety ta pani zaczęła przychodzić niezapowiedziana, wystawać pod kancelarią, wysyłać dziwne listy. To był pierwszy impuls.
Wystąpiła o pozwolenie na broń do ochrony osobistej, uzasadniając to charakterem swojej pracy. Nie spieszyła się. Procedura trwała, jak szacuje, około półtora roku, a opłaty administracyjne wyniosły wtedy mniej więcej 1000 zł.
– Najdroższe w przygotowaniach są ćwiczenia na strzelnicy. Na jedno wyjście można wydać i 300 zł – mówi.
Mąż mocno poparł jej decyzję, ale ona sama się nią nie chwaliła.
– Bliżsi znajomi wiedzą, że umiem strzelać, i nic więcej. Współpracownicy z obecnej kancelarii prawdopodobnie nie wiedzą nic.
Bezpieczniej w głowie niż w rzeczywistości
Gdzie trzyma broń?
– Enigmatycznie powiem, że zgodnie z wymogami – odpowiada. I od razu wskazuje paradoks: – To w sumie absurdalne. Jeśli ktoś mnie niespodziewanie napadnie, naprawdę nie będzie czasu, żeby po nią sięgnąć. Mimo to psychicznie daje mi to duże poczucie bezpieczeństwa.
Zdarzały się sytuacje, w których myślała, że dobrze, że ma broń, zawsze związane z pracą i agresywnymi klientami. Nigdy nie żałowała, że ją ma. Sama jednak podkreśla, że chodzi głównie o psychikę.
– Realnie patrząc, konsekwencje obrony przez oddanie do kogoś strzału mogą być ogromne.
„Baba z pistolecikiem”
Środowisko strzeleckie to według jej obserwacji przede wszystkim mundurowi, ludzie z kręgów paramilitarnych i myśliwi. Kobiet jest mało.
– Tak naprawdę spotykam głównie żony mężczyzn, którzy strzelają – mówi.
Na strzelnicy często słyszy śmiechy i komentarze w stylu „baba z pistolecikiem, uciekajmy”.
– Ale że akurat strzelam dobrze, większość tych śmiechów cichnie, kiedy zaczynam. Panowie nagle robią się mili i chętni do rozmowy i pomocy w doskonaleniu techniki.
Czasem zabierała na strzelnicę koleżanki. – Każda mówiła, że jej się podobało. Żadna nie poszła ze mną drugi raz.
Więcej szkoleń, nie pozwoleń
Jako prawniczka nie uważa, żeby polska ustawa była zbyt restrykcyjna.
– To zależy, czy jesteśmy zwolennikami tezy „im mniej broni, tym bezpieczniej”, czy „im więcej broni, tym bezpieczniej”. Ja zdecydowanie popieram tę pierwszą. Dlatego nie uważam, żeby szerszy dostęp do broni był zasadny – mówi.
Dostrzega jednak słabości przepisów. Przy pozwoleniach do ochrony osobistej jest duża uznaniowość. Za to grupa osób objętych obowiązkowymi badaniami okresowymi jest jej zdaniem stanowczo zbyt wąska. Projekt badań co pięć lat uważa w teorii za dobry pomysł, pod warunkiem że obejmie naprawdę wszystkich uprawnionych. Zastrzega jednak, że dla państwa oznaczałoby to spore koszty w przypadku mundurowych, którzy dziś mają dość luźne zasady badań psychologicznych.
Zamiast rozdawać pozwolenia, proponuje co innego.
– Zmiany prawne powinny iść nie w kierunku umożliwienia większej liczbie obywateli uzyskania broni, lecz w kierunku realnego, praktycznego przeszkolenia jak największej liczby ludzi z obsługi broni i strzelania. Ale bez wydawania pozwoleń – mówi. – Chodzi o to, żeby w razie wojny jak najwięcej obywateli mogło przystąpić do obrony. Żeby była duża grupa osób, które potrafią posługiwać się bronią i robią to bezpiecznie, ale nie mają jej na co dzień.
Nie ma też złudzeń co do wiedzy samych posiadaczy.
– Myślę, że przeciętny posiadacz broni odpytany z przepisów o jej posiadaniu, przechowywaniu i przenoszeniu mniej więcej rok po uzyskaniu pozwolenia miałby problem z prawidłowymi odpowiedziami.
Trawnik to nie Teksas
Najbardziej niepokoi ją to, co nazywa „amerykańskim wyobrażeniem” o broni.
– Świadomość konsekwencji prawnych użycia broni do obrony to zdecydowanie argument przeciw. Bardzo łatwo stać się oskarżonym – mówi. – Nie mamy przepisów takich jak w USA, a wiele osób czerpie wiedzę właśnie z amerykańskich filmów i seriali. Trzeba bardzo głośno i wyraźnie mówić, że ktoś, kto ma broń nawet do obrony własnej, nie może od razu strzelić do kogoś, kto nieproszony wszedł na jego trawnik.
Co poradziłaby komuś, kto po słowach prezydenta pomyśli, że też chciałby mieć broń?
– Żeby przede wszystkim zastanowił się, czy naprawdę jej potrzebuje w domu. To duża odpowiedzialność w porównaniu z możliwymi korzyściami. Są oczywiście grupy bardziej narażone zawodowo, ale osobom spoza nich lepiej byłoby po prostu wyszkolić się w strzelaniu i korzystać z broni dostępnej na strzelnicy.
Broń w Polsce w liczbach
411 769 – tyle aktywnych pozwoleń na broń było w Polsce na koniec 2025. To ponad dwa razy więcej niż dekadę wcześniej: w 2015 było ich 192 819. Liczba ta oznacza decyzje, a nie osoby, bo jedna osoba może mieć kilka pozwoleń. Realnie broń ma więc mniej niż 1 proc. Polaków.
50 700 – tyle pozwoleń wydano w samym 2025. To rekord.
Ponad milion – tyle sztuk broni mają zarejestrowanej osoby cywilne. Ten próg przekroczono po raz pierwszy w 2025.
Na co są nowe pozwolenia (2025):
- kolekcjonerskie – 21 071
- sportowe – 17 601
- do ochrony osobistej – 7 254
- łowieckie – 3 875
Co mówi prawo
Zasady posiadania broni określa ustawa z 21 maja 1999 o broni i amunicji. Pozwolenie wydaje komendant wojewódzki policji osobie, która nie stanowi zagrożenia dla siebie ani bezpieczeństwa publicznego i wykaże ważną przyczynę posiadania broni. Od nowelizacji z 2011 policja nie może odmówić pozwolenia sportowego czy kolekcjonerskiego komuś, kto spełnia ustawowe warunki. Od tego czasu liczba pozwoleń rośnie lawinowo. Swobodę decyzji policja zachowała w praktyce tylko przy pozwoleniach do ochrony osobistej: wnioskujący musi wykazać realne, ponadprzeciętne zagrożenie.



Napisz komentarz
Komentarze