Jak na festiwal, którego recenzje niemal za każdym razem zaczynają się od dywagacji na temat granic jazzu i tego, jak daleko można rozciągać definicję tej muzyki, jesienna edycja Jazz Jantar miała dość zachowawczy charakter. Oczywiście „zachowawczy” w sensie właściwym dla tej gdańskiej imprezy, gdzie króluje awangarda, a mainstream serwowany jest w dawkach homeopatycznych. Tak było i tym razem: pięć festiwalowych wieczorów zdominowała muzyka improwizowana, i to niemal w całości. Grano ją w duetach (Olbrzym i Kurdupel, Swell i Mazzoll), triu (Brombergerstrasse Trio), kwartecie (Swell Tokar Kugel Trzaska), septecie (Snap II), a nawet w składzie jedenastoosobowym (Maria Portugal + Jantar aMuz Band).
Studenci pod okiem perkusistki
Warsztaty dla studentów Akademii Muzycznej prowadzone przez wybitne jazzmanki stają się festiwalową tradycją, a zarazem oczkiem w głowie szefa JJ Jarka Kowala. Już po raz czwarty festiwal zainaugurował występ wieńczący kilkudniowe zajęcia praktyczne ze studentami. Tym razem prowadziła je brazylijska perkusistka Maria Portugal, którą w ubiegłym roku podziwialiśmy (także w roli wokalistki) jako członkinię Fire! Orchestra. Portugal przesłuchała 30 adeptów muzyki jazzowej z gdańskiej Akademii Muzycznej i wybrała… wszystkich. Organizatorzy przekonali ją jednak, że tylu osób nie pomieści scena sali Suwnicowej. Ostatecznie skład zredukowano do dziesięciu osób plus liderka. Tego typu przedsięwzięcia siłą rzeczy bardziej przypominają sterowane jam session niż zamknięty program. Tak było i tym razem. Zdaniem niektórych było to najlepsze do tej pory wcielenie Jantar aMuz Band. Muszę uwierzyć na słowo, bo do Żaka dotarłem dopiero na ostatnie dziesięć minut występu.
Młodym muzykom festiwal oddał scenę jeszcze raz – trzeciego dnia w Żaku wystąpił Kaszana Quartet, laureaci przeglądu jazzowego Sax Clubu.
Jubileusze w Żaku
Od 20 lat improwizują ze sobą Tomasz Gadecki i Marcin Bożek, czyli Olbrzym i Kurdupel. Czwartkowy występ w sali kinowej Żaka był nie tylko okazją do świętowania (z tortem), ale też do zaprezentowania premierowego materiału z tegorocznej płyty duetu.
O swoistym jubileuszu można mówić także w przypadku Jerzego Mazzolla, który – aż trudno w to uwierzyć – powrócił do Żaka po 25 latach przerwy. I był to powrót ze wszech miar udany. W sobotę Mazzoll wystąpił dwukrotnie: najpierw w galerii, w duecie ze Steve’em Swellem, a następnie ze swoim nowym zespołem Brombergerstrasse Trio. Oba koncerty były na swój sposób niezapomniane. Kameralne wnętrze galerii tworzy ramy do intymnego spotkania z muzyką i prowokuje do wykorzystania przestrzeni (Mazzoll próbował odjechać windą, ale bezskutecznie, bo na czas koncertu ją zablokowano) oraz do interakcji z publicznością. Nadaje też inny wymiar performatywnym zabawom, takim jak rozkładanie przez Swella puzonu na części pierwsze czy granie na samych ustnikach. Improwizacja była całkowita – muzycy nie odbyli ani jednej próby, zamienili przed występem zaledwie kilka zdań, ale kiedy zaczęli grać, można było odnieść wrażenie, że rozumieją się w pół nuty.
Brombergerstrasse Trio to z kolei wspólne przedsięwzięcie yassowego weterana z muzykami młodego pokolenia: „naszym” pianistą Szymonem Burnosem (Allah Bonsai, Kury) oraz krakowską perkusistką Lilianą Zieniawą. W tym składzie, który ma już za sobą nagranie pierwszego albumu, przedstawili zwięzły, acz bezkompromisowy set. Nie obeszło się bez testowania nowych możliwości instrumentów: gry na klarnecie bez ustnika albo z końcówką zanurzoną w wodzie. Burnos zaprezentował się też jako niekonwencjonalny gitarzysta.
Wolność improwizacji
Zwieńczeniem sobotnich spotkań z muzyką improwizowaną był koncert kwartetu Swell Tokar Kugel Trzaska. Mark Tokar, który przyjechał do Gdańska na przepustkę, bo na co dzień służy w armii ukraińskiej, zaczął od przypomnienia, że Ukraińcy walczą nie tylko o swój kraj, ale też w obronie zachodnich wartości, takich jak wolność, i zaapelował o datki na kompanię, w której służy. A potem była już totalna wolność improwizacji. Muzyka kwartetu, choć niełatwa, miała swoich zagorzałych wielbicieli i bodaj żaden inny występ nie wywołał tak gorących reakcji przynajmniej części słuchaczy. Szczególnie podczas solówek Mikołaja Trzaski, który zastąpił chorego Joego McPhee i grał przed własną publicznością. Imponowała też precyzja, z jaką Klaus Kugel – prawdziwa maszyna rytmiczna – trzymał w ryzach całe to rozimprowizowane towarzystwo.
Swoistą codą soboty był pierwszy z niedzielnych koncertów, na którym gdańska publiczność po raz kolejny mogła się skonfrontować z muzyczną wyobraźnią Kita Downesa. Wiosną ubiegłego roku słuchaliśmy jego tria Exhaust, w którym grał na fortepianie. Tym razem przywiózł siedmioosobowy skład Snap II, w którym zasiadł za organami Hammonda, a partie fortepianu powierzył świetnej młodej pianistce Marcie Warelis. Te dwa dość nietypowo zestawione instrumenty harmoniczne tworzyły ramy dla improwizacji dwóch saksofonistów i flecistki.
Mainstream w kroplach
Przedstawiciele jazzowego środka byli na tym tle w zdecydowanej mniejszości, ale skromną liczbę zrekompensowali jakością. Keyon Harrold, namaszczony przez Wyntona Marsalisa na najbardziej obiecującego trębacza młodego pokolenia i wybrany przez twórców filmu „Miles Davis i ja” na dźwiękowego dublera tytułowego bohatera, kojarzony jest przede wszystkim jako akompaniator gwiazd soulu i hip-hopu. Taki charakter miała też jego ostatnia płyta „Foreverland”. Do Gdańska przywiózł jednak czysto postbopowy program, który jego kwintet – z wyróżniającym się pianistą Shedrickiem Mitchellem i interesującym gitarzystą Nirem Felderem – wykonał niemal na jednym oddechu. Dopiero pod koniec setu lider zmitygował się i wytłumaczył, że tak cieszą się nowym programem, że „zapomniał” przywitać się z publicznością.
Drugi ukłon w stronę mainstreamu to piątkowy występ Isaiaha Colliera z programem dedykowanym Johnowi Coltrane’owi w setną rocznicę urodzin. Nie miało to jednak nic wspólnego z akademią ku czci. Collier wcale nie starał się kopiować Trane’a, tylko oddać ducha jego nagrań z okresu – nomen omen – spiritual jazzu. 28-latek z Chicago to prawdziwy wulkan energii, podobnie zresztą jak trójka towarzyszących mu muzyków, a zwłaszcza Tim Regis, którego perkusja brzmiała zdecydowanie lepiej niż u innych bębniarzy festiwalu.
Do nurtu klasyki jazzu wypada też zaliczyć czwartkowy koncert Sławka Jaskułke, który premierowo zaprezentował fragmenty materiału ze swojej najnowszej płyty „Rain Forest River”. To zestaw refleksyjno-ilustracyjnych miniatur inspirowanych długimi godzinami leśnych spacerów z maleńkim synem. Muzyce o zmiennych nastrojach towarzyszyły nagrane dźwięki tytułowego deszczu, lasu (śpiew ptaków) i płynącej rzeki. Cały materiał trwa trzy godziny i ukaże się na potrójnym kompakcie, ale tylko na rynku japońskim, gdzie muzyka gdańskiego pianisty od lat cieszy się ogromnym uznaniem.
Jazz w cudzysłowie
I wreszcie to, co z pewnym trudem mieści się pod etykietką „jazz”. Najpierw Ninja Episkopat, który po dwuipółletniej przerwie powrócił na JJ z materiałem jeszcze cięższym i jeszcze mroczniejszym niż wcześniej. A do tego z nowym gitarzystą, który towarzyszy Aleksowi Clovowi i Patrycji Wybrańczyk – Krzysztofem Hadrychem. Wzięcie na pokład takiego załoganta, szczególnie w małym składzie, wiąże się z ryzykiem, że zdominuje brzmienie. I trochę tak się stało. Z drugiej strony muzyk, którego każdy koncert jest przygodą, to oczywiście ogromny atut. Dla porządku warto dodać, że zespół promował nową płytę „Ubryk”, inspirowaną tragicznym losem XIX-wiecznej krakowskiej zakonnicy. W dwóch utworach gościnnie wsparli go Alicja Sobstyl i Emil Miszk.
Kolejnym przykładem muzycznego crossoveru był Cześćtet. Jazzowych inspiracji mu nie brakuje, ale odwołuje się też do popu przełomu stuleci, a nawet disco polo (oczywiście wziętego w ogromny cudzysłów), jak i do awangardy. Jeden z utworów z płyty „Polofuturyzm”, zaprezentowany zresztą w Żaku, to kilkuminutowe ugniatanie przez całą piątkę muzyków plastikowych butelek po napojach. I – o dziwo – ma to muzyczny sens, podobnie jak inne ryzykowne zabawy z elektroniką. Do tego niebanalne teksty – w efekcie był to jeden z najciekawszych momentów całej imprezy.
Na koniec (przypadkiem wróciliśmy do chronologii, bo był to ostatni występ tej edycji JJ) zespół, który jazz ma głównie w nazwie – The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, holenderska grupa, która niedawno reaktywowała się po 12 latach przerwy. Zaczynali od tworzenia akompaniamentu do niemych filmów i ten ilustracyjny rys wciąż jest obecny w ich muzyce. Próżno szukać tu wirtuozerskich popisów. Gitara, puzon, bas, wiolonczela, elektronika plus od czasu do czasu wokal Charlotte Cegarry grają głównie nastrojem, który potęgowała niemal całkowita ciemność spowijająca scenę Żaka. Po szaleństwach i odlotach poprzednich wieczorów takie powolne, senne, z domieszką koszmaru zwieńczenie festiwalu dobrze zrobiło wszystkim.



Napisz komentarz
Komentarze