„Lapis lazuli” - to już szósty tom bestsellerowej serii z gdańskim dziennikarzem Adamem Bergiem, który 11 marca pojawi się na rynku.
Moją ambicją było oddanie w ręce czytelników epickiej opowieści na kanwie prawdziwej historii. Takiej, która zaciekawia i intryguje, spełniając wszystkie wymogi literatury gatunkowej. Nie zabraknie więc wielkiej tajemnicy, dziennikarskiego śledztwa, niespodziewanych zwrotów akcji, wątków retrospektywnych i zaskoczenia w finale. Starałem się, aby to była powieść sensacyjna pełną gębą.
A jednocześnie ta historia ma swoistą wartość dodaną.
To także książka o pysze i ludzkich obsesjach, konformizmie i podatności na manipulację, alienacji i potrzebie uznania – a więc o tym wszystkim co porusza człowieka najgłębiej i determinuje jego poczynania. Zmieniają się bowiem kostiumy historyczne – ale my sami niczego się nie uczymy, ciągle ulegając tym samym żądzom, fałszywym bożkom i pokusom.
Przy tym wszystkim w „Lapis lazuli” trudno o wyraźną granicę pomiędzy dobrem, a złem. Nic nie jest tu oczywiste czy zero-jedynkowe. Moi bohaterowie walczą bowiem o sprawiedliwość, ale w tym boju sięgają po metody i środki, które trudno byłoby uznać za moralnie jednoznaczne.
CZYTAJ TEŻ: „Hipnoza”, czyli mroczna opowieść o Gdańsku w 1807 r. Nowa książka Krzysztofa Bochusa
Zapowiadając premierę „Lapis lazuli” powiedziałeś, że to dla ciebie książka szczególna. Dlaczego?
Wyjątkowość tej powieści polega przede wszystkim na tym, że na jednym pokładzie spotkali się wreszcie moi główni bohaterowie: radca Christian Abell, wachmistrz Kukulka oraz Adam Berg. W ten magiczny sposób – możliwy jedynie w literaturze – udało mi się spełnić oczekiwania fanów mojego cyklu retro, którzy dopytywali się o powrót radcy i wachmistrza. Trudność polegała na tym, że ja uważałem tę serię za skończoną, powiedziałem w niej bowiem wszystko, co wcześniej zamierzałem.
A dzięki „Lapis lazuli” okazało się to możliwe, słowo ciałem się stało. Adam Berg prowadząc współczesne śledztwo, natrafia na ślady z przeszłości, dzięki którym odkryje cząstkę własnej, rodzinnej tożsamości. W ten sposób obaj moi główni bohaterowie spotykają się na jednym pokładzie, a „Lapis lazuli" staje się mostem spajającym te dwa fabularne brzegi, odległe w czasie o ponad osiemdziesiąt lat. Nie ukrywam, że sam jestem ciekawy, jak czytelnicy odbiorą ten zabieg. Mam nadzieję, że spodoba im się ta opowieść i podążą w ślad za moimi bohaterami w nieznane.
W tej książce opowiadasz o jednym z największych fałszerstw w historii sztuki.
Mój bohater, podchodzący z Gdańska dziennikarz Adam Berg, specjalizujący się w poszukiwaniu artefaktów zaginionych w czasie, podejmuje śledztwo, które doprowadzi go do dramatycznych i autentycznych zdarzeń z okresu II wojny światowej. Śledząc poczynania Berga czytelnik zajrzy za kulisy jednego z największych przekrętów w dziejach malarstwa.
W jednym z muzeów w Amsterdamie zostaje bowiem przypadkowo odkryty obraz, który wygląda na dzieło genialnego Vermeera van Delft. Pojawiają się jednak sceptycy, negujący autentyczność znaleziska. Gra idzie o wielką stawkę. Holenderscy muzealnicy zwracają się o pomoc do Adama Berga…
Berg poznaje kulisy dramatycznych wydarzeń z okresu II wojny światowej: czarnego rynku dzieł sztuki, grabieży dokonywanej przez nazistów i grozy okupacji w Holandii. Krok po kroku, odkrywa ślady jednego z największych przekrętów w historii sztuki. Ofiarą wyrafinowanej zemsty pada jeden z najpotężniejszych ludzi tamtej epoki.
Historie związane z dziełami sztuki to twój ulubiony motyw pisarski.
W „Lapis lazuli” poza sensacyjną fabułą i ciekawym rysem historycznym odnajdziemy także prawdę o nas samych: tu i teraz. O naszym przyzwoleniu na bycie oszukiwanym i podatności na manipulację. Zwłaszcza wtedy, gdy jest to zgodne z naszymi pragnieniami – nawet wbrew oczywistym faktom i złowróżbnym znakom na niebie i na ziemi.
Ludzie fałszowali bowiem dzieła sztuki od zawsze. Zanim starożytni Grecy pojawili się w Egipcie, by rozpocząć plądrowanie krainy faraonów, już czekali tam na nich feniccy i sumeryjscy fałszerze, biegli w produkowaniu „pradawnych egipskich artefaktów”. Wiele antycznych posągów zdobiących wille i świątynie starożytnego Rzymu, ozdobionych było falsyfikatami wytwarzanymi w zakładach kamieniarskich, położonych pod Rzymem. Parał się tym nawet Michał Anioł, podrabiający rzymskie posągi. Zjawisko to tylko przybrało na sile w czasach nam bliższych. „New York Times sugeruje”, że czterdzieści procent wszystkich znaczących dzieł sztuki wystawianych na sprzedaż, stanowią falsyfikaty. Zapewne rację więc miał Théodore Rousseau, zauważając: „Powinniśmy sobie uświadomić, że możemy mówić jedynie o złych falsyfikatach, tych, które wyśledziliśmy; dobre wciąż wiszą na ścianach”.
Dodajmy, że to oszustwo zdarzyło się naprawdę, a Han van Meegeren nie jest postacią fikcyjną.
Han van Meegeren był jednym z największych, jeśli nie największym fałszerzem w historii sztuki. Genialnym kopistą i imitatorem, który obrazy wielkiego Vermeera van Delft fałszował tak znakomicie, że oszukał największe muzea w Amsterdamie. Utalentowany i wszechstronnie wykształcony artysta, odrzucony przez krytykę, postanowił zemścić się na holenderskiej bohemie w sposób najdotkliwszy z możliwych – fałszując obrazy wielkich mistrzów, takich jak Vermeer czy Pieter de Hooch w sposób tak doskonały, że zostały one uznane przez największe ówczesne autorytety za nowo odkryte i oryginalne dzieła mistrzów. Ośmieszał w ten sposób nie tylko ich kompetencje, ale także wcześniejsze wyroki, dotyczące jego własnej twórczości.
Te fałszerstwa były trudne do wykrycia. Wpadł dopiero po wojnie. Aresztowano go zresztą pod zarzutem kolaboracji z Niemcami, a nie fałszowania wielkich mistrzów. Uwierzono mu dopiero wtedy, gdy dostarczonymi mu do więzienia farbami namalował kolejne doskonałe „dzieło” Vermeera.
Na tych fałszerstwach dorobił się ogromnego majątku. Zarobione miliony chował w przeróżnych skrytkach, w piecach, szybach kanalizacyjnych, zakopywał w ogrodach rezydencji i niezliczonych domów, które zakupywał z pieniędzy za sfałszowane obrazy.
ZOBACZ TAKŻE: „Kamień tunguski”. Nowa książka Krzysztofa Bochusa z Pomorzem w tle
Do tego wszystkiego był mitomanem, kokainistą i wielbicielem upadłych kobiet, co czyniło go w moich oczach idealnym partnerem dla zimnokrwistego i metodycznego Christiana Abella, który nawet w tych trudnych czasach, stanowiących wyzwanie dla ludzkich sumień i charakterów, starał się przestrzegać własnych zasad moralnych.
Opowiedziałem historię, która mogła zdarzyć się naprawdę. Abell i van Meegeren łączą siły realizując swój wyrafinowany plan. Jaki? Żeby się tego dowiedzieć, trzeba sięgnąć po książkę.
W twoich książkach często przenikają się dwa plany czasowe, a fikcja literacka przenika się z prawdą historyczną.
To świadomy zabieg. Adam Berg rozwiązuje intrygującą zagadkę z pogranicza sztuki, kryminału i ciemnych interesów wielkich marszandów. Jednocześnie w tle rozgrywa się inny dramat: prawdziwy, odsadzony w realiach ponurych lat 40. okupowanej przez Niemców Holandii. Oba te porządki uzupełniają się i przenikają zarazem.
Co do mariażu fikcji z faktami… Czasami mam wrażenie, że rzeczywistość pisze tak niezwykłe scenariusze, że wykraczają one poza rachunek prawdopodobieństwa. Kiedy czasami na spotkaniach autorskich ktoś powątpiewa w realność opisywanego epizodu, odpowiadam, że widocznie cierpi na deficyt wyobraźni. Pomysłowość ludzka nie zna granic, zwłaszcza jeśli jest pożywką dla czyjejś osobistej krucjaty, poczucia zemsty czy doznanej krzywdy. A jeśli służy złu – to jest to równanie, które należy podnieść do sześcianu.
„Lapis lazuli” potwierdza tylko to przekonanie, że najlepsze scenariusze pisze samo życie.

























Napisz komentarz
Komentarze