28 marca przypada dziesiąta rocznica śmierci ks. Jana Kaczkowskiego, charyzmatycznego duchownego, który pochodził z Sopotu, a w Pucku prowadził hospicjum.
O sprawach ostatecznych mówił z humorem
Ks. dr Jan Kaczkowski (ur. 1977 w Gdyni) swoje kapłańskie życie poświęcił służbie chorym i umierającym. Był założycielem i dyrektorem hospicjum w Pucku. O sprawach ostatecznych mówił z mądrością i humorem. Autorytet, nauczyciel, mentor – nie tylko w dziedzinie bioetyki, niezmiennie podziwiany przez wierzących i niewierzących. Otwarcie mówił o najważniejszych i najtrudniejszych sprawach życia i śmierci. Jego słowa do dziś są przytaczane. Na podstawie rozmów z duchownym powstało również kilka książek, między innymi: „Szału nie ma, jest rak”, „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość”, „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby” czy „Dasz radę. Ostatnia rozmowa”.
Zmarł 28 marca 2016 roku na glejaka mózgu. Ale niemal do końca żył „na pełnej petardzie”.
Przed trzema laty, tuż przed świętami wielkanocnymi, rozmawiałam z rodziną księdza. Spotkałam się z rodzicami Heleną i Józefem Kaczkowskimi oraz siostrą księdza – Magdaleną w ich rodzinnym mieszkaniu przy ul. Monte Cassino w Sopocie.
Czas wielkanocny – jak mówili – nie jest dla nich łatwy. Bo Jan odszedł właśnie podczas świąt. Zaczął konać w Wielki Czwartek, a zmarł w Wielkanocny Poniedziałek. Symboliczne.
– Pamiętam, jak podczas pewnej rozmowy Jan powiedział: – Wiesz, niektórzy mi mówią, że mam parcie na szkło. A ja mam parcie na... drewno. To było takie Janowe. Proste – wspominała Magdalena Sekuła, siostra księdza Jana Kaczkowskiego.
Rozmawialiśmy w kuchni, przestronnej, z oszkloną loggią. Przy tym samym stole, przy którym – jak pamiętała pani Helena – już bardzo chory Jan, kiedy nie miał siły, żeby pójść do kościoła, odprawiał codziennie mszę świętą.
– Nakrywałam każdego dnia stół białym obrusem. Stawiałam krzyż. I byłam jedynym „ludem” na tej Janowej mszy – mówiła.
Seminarium? Powiedzieliśmy sobie: trudno
Magdalena Sekuła: – Jan miał ogromne wsparcie od rodziców. My też. Nigdy nam nie mówili, co mamy robić. We wszystkim nas wspierali. Chyba, że to była jakaś straszna głupota. A Jan był z naszej trójki najmłodszy. I najinteligentniejszy. Już w dzieciństwie chłonął wiedzę, był ciekawy świata. Wypytywał bez przerwy o wszystko. Wyciskał z innych informacje.

Kiedy poinformował rodziców, że idzie do seminarium, nie byli najszczęśliwsi. Jednak nie odwodzili syna od pójścia tą drogą.
– Powiedzieliśmy sobie: trudno. To nie pojawiło się u niego tak nagle. Już jako dziecko interesował się Kościołem. Urządzał msze święte. Opowiedział nam też, kiedy postanowił został księdzem. To było na jednej ze szkolnych wycieczek. Po imprezie, następnego dnia, poszedł do kościoła się wyspowiadać. Staruszek w konfesjonale zapytał go wprost, czy nie myśli o pójściu do seminarium? A Jan ogromnie zdziwiony, pomyślał: jak ten ksiądz wyczuł jego intencje? Bo właśnie o tym myślał od pewnego czasu – wspominała pani Helena.
Jan, jak przyznali, nigdy nie miał kompleksów. Gorszy wzrok, utykanie, to mu życia nie ułatwiało, ale też nie ograniczało.
Ks. Jan Kaczkowski we wspomnieniach rodziny
Tata: – Dla nas był zawsze pupilkiem. Nawet kiedy był już starym chłopem. Na rok przed jego śmiercią pojechaliśmy samochodem razem do Mołdawii. Z Sopotu, wschodnią częścią Polski przez Słowację, Węgry, Rumunię aż do Bukowiny. To były dwa tygodnie tylko nasze, takiej prawdziwie męskiej wyprawy. Mogliśmy pobyć tylko ze sobą.
Mama Helena: – Oni często mieli takie męskie wyprawy. Ja byłam od przygotowywania zaopatrzenia, prania, prasowania. A potem zostawałam sama. Trochę się bronię przed tymi wspomnieniami, żeby przetrwać ten trudny czas.
Jan miał kilka pasji. Jedną z nich, jak wspominali, było jedzenie. Bywał wybredny.
– Lubił kuchnię francuską. Musiałam mu zawsze coś przygotować z menu francuskich kucharzy – mówiła pani Helena ze śmiechem.
– Tak, Jan był prawdziwym smakoszem – wtrącił pan Józef. – Na kilka lat przed jego śmiercią straciłem węch i smak. Jan, słysząc, co mi się przydarzyło, odparł: – Dla mnie to byłaby największa kara.
Czego się nauczyli od Jana?
– Tego, żeby żyć dla innych – mówił pan Józef.
– Dawania innym szansy. Nigdy nie pokazywania, że jesteś gorszy, nawet jak są pewne ograniczenia. Bezwarunkowej akceptacji tych ograniczeń – dodała Magdalena Sekuła.
Kontekst i osobisty dramat
Życiem księdza Jana już po jego śmierci, zainteresowało się kino. „Johnny” to było takie jego filmowe życie po życiu. To opowieść o tym, jak ksiądz Jan pomógł wyjść na prostą Patrykowi Galewskiemu – byłemu ćpunowi, bez szans na lepsze życie. Film obejrzało w polskich kinach prawie milion widzów. A kiedy trafił na platformę Netfliksa, od razu podbił serca międzynarodowej publiczności. Można więc powiedzieć, że kiedyś ludzie chcieli Jana słuchać, a teraz chcą oglądać.
Maciej Kraszewski – przyjaciel Jana, był scenarzystą i koproducentem filmu „Johnny”.
– Łatwo wpaść w metafizyczną pułapkę, bo faktycznie okoliczności mojej znajomości z Janem są niesamowite. Kto kogo wybrał? Dobre pytanie. Od pierwszych sekund znajomości z księdzem wiedziałem, że trafiłem na człowieka jednego na milion. Charyzma? Pasja? Wiara? Poczucie humoru najwyższej jakości? Odpowiedź brzmiała – wszystkie te cechy. I teraz dodajmy drugą, tak ważną dramaturgicznie stronę – kontekst i osobisty dramat. Kontekst to hospicjum, miejsce, do którego trafiają ludzie na „ostatniej, krótkiej prostej” życia. A osobisty dramat, to śmiertelna choroba księdza Jana – opowiada.
Dziesięć metrów w dziesięć minut
Już podczas pierwszego spotkania dostrzegł wyjątkowość Jana. Był – jak mówi – wręcz znokautowany.
– Jan spóźnił się na nasze spotkanie ponad godzinę. Gdy w końcu się pojawił, minęło dziesięć minut, zanim pokonał dzielące nas dziesięć metrów. Najpierw dopadła go pani z administracji hospicjum i Jan rozmawiał z nią jak prezes dużego przedsiębiorstwa. Konkretnie, władczo i merytorycznie. Gdy pani odmaszerowała, do Jana podeszła córka pacjentki hospicjum. Ten sam Jan z ogromną czułością, ciepłem i tą jego energią, tą „pełną petardą” tłumaczył jej wszystko, co wiązało się z opieką nad jej mamą. Na koniec ją po prostu przytulił. To było naładowanie jej energią pogodnej nadziei, miałem ciarki obserwując tę sytuację. Na koniec z pytaniem podeszła chyba jakaś wolontariuszka i Jan ją pogodnie, ale zdecydowanie opieprzył. A potem podszedł do mnie i przeprosił za spóźnienie. Prawdopodobnie miałem wtedy szczękę na obuwiu. I jeszcze coś, gdy przytulał tę panią, zadzwonił mój telefon. Wyjaśniłem, że nie mogę rozmawiać, bo właśnie obcuję ze świętym – wspomina Maciej Kraszewski.
– Jan Kaczkowski – Santo Subito! Nie dlatego, że zamienił herbatę w szkocką whisky. Nie dlatego, że pstryknął palcami i komuś zniknęły hemoroidy. Nie dlatego, że ujrzał przyszłość albo przemówiła do niego Matka Boska. Jest dla mnie świętym, bo pokazał, że cud można i trzeba wypracować. Cud przemiany, cud zawrócenia z drogi ku przepaści. Że nigdy nie jest za późno na dobre życie – dodaje.
ZOBACZ TAKŻE: Okulary ks. Kaczkowskiego dla Joanny Warczak z Chojnic. Nagroda OKOcelebryty dla Anny Dereszowskiej
Mówił językiem pozbawionym koloratki
I dalej opowiada: – Jako autor cały czas obserwuję, pytam, szukam. On robił to samo jako duchowny, jako „lekarz ostatniego kontaktu”, wreszcie – jako nauczyciel, mentor. W końcu trafił przed kamery i stał się znany. Zrozumiał, jak działają media i dzielnie wszedł na scenę, aby głosić swoje posłannictwo. Sam nazywał siebie „onkocelebrytą”. I świetnie sobie poradził, wielu ludziom otworzył oczy na t ematy, które nie są stricte religijne. Jako bioetyk tłumaczył jak postępować w sytuacjach najtrudniejszych, był rzecznikiem cierpiących i przewodnikiem dla ich bliskich. I mówił językiem pozbawionym koloratki, z dużym dystansem do siebie, z humorem godnym mistrza. A to jest coś z mojego podwórka. Dlatego dogadaliśmy się natychmiast. Było dużo śmiechu. Jan uwielbiał żart, sarkazm.
W przełomowym pod paroma względami momencie życia Jan dał Maciejowi Kraszewskiemu pewność, że nigdy nie należy rezygnować z siebie, nigdy nie jest za późno na zmiany. No i namówił go na drugą w życiu spowiedź. To była spowiedź – rozmowa. Nieprawdopodobne przeżycie. Włączył mu zasilanie wiary i nadziei wysokim napięciem. A na koniec, zamiast w konfesjonał, popukał w jego czoło.
PRZECZYTAJ TEŻ: Wracamy z Janem do więzienia, ale to będzie inne garowanie...
Nauczył mnie kończenia tego, co się zaczęło
Patryk Galewski – podopieczny księdza Jana, przejął od niego misję pomagania młodym. Dzięki niemu w Sopocie, we współpracy z Fundacją im. ks. Jana Kaczkowskiego, powstała PAKA – akademia dobrych relacji i kulinarna „warsztatownia”. Wyjątkowe miejsce stworzone po to, żeby wspierać dzieci i młodzież, pokazując im, że każdy zasługuje na drugą szansę.
Patryk, pytany przeze mnie o jedno wspomnienie z księdzem Janem, odpowiada: – Będzie trudno, bo tych wspomnień jest wiele. Jan kojarzy mi się z miłosierdziem, bezgraniczną ufnością i miłością do drugiego człowieka. I nauczył mnie kończenia tego, co się zaczęło. Dociągnij do końca – słyszałem. Dzięki temu skończyłem szkołę średnią. To była jedyna rzecz, której Jan ode mnie wymagał – skończenia szkoły, żebym nie był gamoniem.
Ukończył więc wieczorowe liceum i zdał maturę.
– Pamiętam jak Jan przybliżył to świadectwo do oczu, bo miał dużą wadę wzroku i stwierdził: „No, szału to tu nie ma”. A potem je odłożył, mocno mnie przytulił i powiedział, że jest ze mnie bardzo dumny – wspomina Patryk Galewski.
Dawid Ogrodnik, który zagrał świetnie księdza Jana w filmie, pytany przeze mnie o swojego bohatera odparł, że o wyjątkowości tego duchownego stanowiło, w dobrym tego słowa znaczeniu, prostolinijne patrzenie na religię, która przede wszystkim oparta jest na szacunku, niepogardzaniu istotą ludzką i tym, co jest najważniejsze, czyli działaniu wskutek i na skutek miłości do drugiego człowieka. To, co go najbardziej poruszyło w historii księdza Jana, to jego częsta obecność przy tajemnicy przejścia między życiem, a śmiercią.
ZOBACZ: Tablica upamiętniająca księdza Jana Kaczkowskiego została odsłonięta w Sopocie
Miejsca księdza Jana
Po księdzu Janie zostały wspomnienia i miejsca, które się z nim wiążą.
Oto kilka z nich:
- Kościół św. Jerzego w Sopocie – parafia Jana. 16 czerwca 2002 r. odprawił tam swoją mszę prymicyjną, rozpoczynając kapłańską posługę. O tym przypomina teraz tablica pamiątkowa (płaskorzeźba), która została odsłonięta i poświęcona w pierwszą rocznicę śmierci ks. Kaczkowskiego.
- Dom rodzinny przy Bohaterów Monte Cassino w Sopocie. To tutaj kształtowały się wartości, które później stały się fundamentem jego pracy z ludźmi: wrażliwość, odwaga i wiara w drugiego człowieka. Mieszkał tu od roku 1990 i tutaj zmarł w wielkanocny poniedziałek 28.03.2016 roku
- Skwer ks. Jana Kaczkowskiego – ul. Armii Krajowej 76-82 i tablica pamiątkowa z ważnym cytatem ks. Jana: „Słowo GOŚCINNOŚĆ pochodzi od dwóch słów: GOŚĆ i INNOŚĆ. Jeśli nie zaczniemy być otwarci na innych, to możemy ten pusty talerz przygotowany na stół wigilijny wyrzucić przez okno”.
- Mural ks. Jan w oknie – Al. Niepodległości 769, wspaniała inicjatywa mieszkanki budynku Ewy Hirsch, która poznała Helenę (mamę Jana) na wakacjach. I ważny cytat: „Czas jest czymś najcenniejszym, co możemy dać drugiemu człowiekowi”.
- Fundacja ks. Jana – Al. Niepodległości 958 – uroczyste otwarcie nastąpiło 17.10.2025 r. Tu zaprasza się młodych ludzi na bezpłatne warsztaty kulinarne i psychoedukacyjne, podczas których, w myśl wartości ks. Jana, uczą się umiejętności, które mogą zmienić ich życie: mówienia o emocjach, stawiania granic, przepraszania, wybaczania, proszenia o pomoc i dawania pomocy. To także miejsce, w którym realizuje się projekt PAKA skierowany do wychowanków zakładów poprawczych – to miejsce ich stażu, pracy, wolontariatu, warsztatów i wsparcia psychologicznego. Tak, jak ks. Jan uratował kiedyś życie Patryka, tak dziś fundacja robi to samo dla dzieciaków z poprawczaka.
- Cmentarz przy ul. Malczewskiego w Sopocie. Tu spoczywa ksiądz Jan Kaczkowski. Jego grób dla wielu osób jest miejscem refleksji i modlitwy.
























Napisz komentarz
Komentarze