Reklama

O muzyce nade wszystko. Wyprawa do Las Vegas

Jeśli dziś nazwisko wielkiej gwiazdy rock and rolla i muzyki pop wśród specjalistów – a są nimi niewątpliwie studenci uczelni muzycznej – nie budzi skojarzeń, jeśli Presley zniknął z katalogu młodego pokolenia, to zastanawiam się, dlaczego po jego dokonania i historię sięga wybitny reżyser, z oscarowymi osiągnięciami?
O muzyce nade wszystko. Wyprawa do Las Vegas

Autor: Zawsze Pomorze

Elvis Presley jest jedną z bardziej rozpoznawalnych figur pop-kultury XX wieku. W kinach pojawił się kolejny film, tym razem dokumentalny, zatytułowany „EPiC: Elvis Presley in Concert”, ze scenariuszem i w reżyserii Australijczyka Baza Luhrmanna, mającego na koncie sporo znakomitych wcześniejszych realizacji. Wybitny filmowiec przywołuje do współczesnego katalogu symboli pop-kultury postać Presleya, który dla niego jest figurą zapamiętaną z lat młodości.

Napisałem powyższe zdania i zacząłem się zastanawiać nad prawdziwością stwierdzenia, jakoby Elvis Presley, amerykański wokalista, był jedną z bardziej rozpoznawalnych figur pop-kultury. Wspomniałem pewne wydarzenie z wykładu historii jazzu, jaki prowadziłem dla grupy studentów kierunku Jazz i muzyka estradowa. Oto w trakcie analizy przemian w idiomie jazzu w latach 60. XX wieku raportowałem wpływ ówczesnej muzyki pop na kształtowanie się nowego kierunku, określanego mianem „fusion”. Wymieniając nazwiska amerykańskich i brytyjskich artystów głównego nurtu konwergencji jazzu i pop music, marginalnie rzuciłem porównanie do czasów wcześniejszych, gdy „biały” rock and roll odniósł oszałamiający sukces dzięki skopiowaniu idiomu „czarnego” rhythm and bluesa. Rzuciłem w kierunku słuchaczy raczej stwierdzenie niż pytanie: „Jasne, że to dziedzictwo pierwszych gwiazd rock and rolla. Na pewno znają państwo wczesne nagrania Elvisa Presleya?”. Odpowiedziała mi cisza. Nie dowierzając, zapytałem: „Czy wiedzą państwo, kim był Elvis Presley?”. Znowu cisza. 

Jeśli więc dziś nazwisko wielkiej gwiazdy rock and rolla i muzyki pop wśród specjalistów (bo są nimi niewątpliwie studenci uczelni muzycznej) nie budzi skojarzeń, jeśli Presley zniknął z katalogu młodego pokolenia, to zastanawiam się, dlaczego po jego dokonania i historię sięga wybitny reżyser, z oscarowymi osiągnięciami? 

Baz Luhrmann urodził się w roku 1962, więc w roku 1977, gdy w wyniku przedawkowania leków Elvis zmarł, miał piętnaście lat. To wiek, w którym fascynacja muzyką, którymś z jej gatunków, miewa swoje apogeum. Czy jest prawdopodobne, by piętnastolatka, przyszłego reżysera, porwała muzyka wykonywana przez Presleya w latach 70., coraz dalsza od rock and rolla, coraz bliższa kiczu? No i fatalny image wokalisty, który wynikał m.in. z gry w filmach klasy B, nasyconych banalną pop music, z jeszcze bardziej banalnymi scenariuszami?

Luhrmann rozumie swoiste gwiazdorstwo „Króla” Presleya, inaczej niż liberalne środowiska recenzentów, orzekających o „wieśniactwie” wokalisty. Oparł film na dokumentalnych nagraniach z prób i spektakli do koncertów w Las Vegas, a było ich w latach 1969-77 setki. Do tego dołączył fragmenty wywiadu, jakiego Presley udzielił po jednym z takich występów, w tle pokazując materiały z wcześniejszego okresu kariery wokalisty.

Presley w tym filmie nie jest bezwolnym narzędziem, maszynką do robienia pieniędzy w rękach menedżera, „pułkownika” Parkera. Jest przede wszystkim wokalistą obdarzonym wspaniałym, charakterystycznym głosem, ale i „zwierzęciem scenicznym”, potrafiącym w najlepszym momencie odejść od drobiazgowo napisanego scenariusza i zaimprowizować dialog z publicznością, ba, nawet niespodzianie zejść na chwilę ze sceny. 

W show Presleya pojawiają się najpopularniejsze przeboje amerykańskiej (głównie) muzyki pop w błyskotliwych opracowaniach. Właściwie ani Presley, ani jego aranżerowie nie poradzili sobie tylko z dwoma utworami Beatlesów, które wypadły topornie. Za to na drugim biegunie mamy choćby „I Can’t Stop Loving You”, utwór country wylansowany przez soulowego wokalistę Raya Charlesa. Nie słyszałem wcześniej Presleyowskiej interpretacji, więc prawie oniemiałem, gdy okazało się, że uczeń przerósł mistrza, porzucając sentymentalne przesłanie, a dając popis gorącej interpretacji z odwołaniem do nurtu gospel.

Warto wybrać się do przywróconego na chwilę Las Vegas lat 70., które okazuje się w filmie Luhrmanna tyglem najlepszych tradycji amerykańskiego rhythm and bluesa, soulu, gospel i jazzowej ekspresji.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama