Świąteczne obżarstwo – skąd te dodatkowe kilogramy?
Mamy unikalny cel jakim jest lepszy obraz samego siebie w lustrze po kilku tygodniach od świątecznego obżarstwa. I tu przychodzi najważniejsze słowo – reżim, restrykcja, samoumartwianie się… Czy tak musi być?
Folgowanie świątecznemu obżarstwu? Trudno się dziwić, że przybyło nam parę kilo, a tym, co widzimy w lustrze, nie jesteśmy zachwyceni... Ale jeśli ktoś jednego dnia zjadł 5 jajek, 4 plastry szynki z tłuszczykiem, 3 plastry tłustego pasztetu, a sałatkę z dużą ilością majonezu dokładał trzy razy... Poszukując winnych jesteśmy w stanie zapomnieć o tym, że mimo dużej ilości tłustych wyrobów wędliniarskich, jakie świąteczny stół oferuje, dodatkowo smarowaliśmy chleb masłem i poprosiliśmy o dolewkę żurku, bo taki smaczny i świąteczny (choć żur sam w sobie jest raczej postnym skojarzeniem przy wielkanocnym ucztowaniu). A kto by się tego jednego dnia przejmował tym, że i mąka, i kartofle to pokaźnej wielkości źródło węglowodanów?
Oczywiście, powinniśmy do tego wszystkiego dodać po kawałku każdego z 5 mazurków, 2 kawałki sernika i sporą porcję babki drożdżowej. I to wszystko z rana, a gdzie miejsce na obiad i kolację, a jeszcze drugi dzień świąt!
Schudnąć do majówki? Oto jest wyzwanie!

Projekt „dieta i regeneracja”
Potoczne znaczeni słowa „projekt” to pomysł, plan działania lub wstępnej wersji czegoś, zamierzenie. Mówiąc bardzo ogólnie, określić nim można dziś prawie każdą inicjatywę, zadanie, które chcemy zrealizować.
Idąc tym tokiem rozumowania nic nie stoi na przeszkodzie użyć słowa projekt do określenia nowego „ja” na majówkę. Mamy unikalny cel jakim jest lepszy obraz siebie w lustrze po kilku tygodniach od świątecznego obżarstwa. I tu przychodzi najważniejsze słowo – reżim, restrykcja, samoumartwianie się.
Tak, te pojęcia są bardzo ważne. Wyobrażacie sobie kogokolwiek, wcześniej przestraszonego swoim obrazem w lustrze, kto ze spokojem nagle przejdzie do kuchni i sięgnie po chleb i wędlinę, która została ze świąt? Łatwo sobie wyobrazić gwałtowną mobilizację komórek nerwowych w mózgu tworzących obraz zjeżdżalni w aqua parku, w której utkniemy, jeżeli … już dziś nie przejdziemy na dietę.
ZOBACZ TAKŻE: Celebra bez poczucia winy, czyli słuchajmy radosnej muzyki i jedzmy łakocie
W drodze do pracy uważnie przyglądamy się mijanym na ulicy rowerzystom, bo rower wydaje się najprostszym sposobem na zrzucenie zbędnych kilogramów, ale szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że nie dość, że mamy leginsy w niemodnym kolorze, to jeszcze model naszego roweru bardziej kwalifikuje się do przekazania go do muzeum pojazdów...
Nasze wielkie plany dotyczące zrzucenia kilogramów w dwa tygodnie kończą się tym, że lądujemy w spożywczym i kupujemy kilka paczek jedzenia oznaczonego jako dietetyczne, bo dietę pudełkową przywiozą dopiero jutro (czy aby wcześniej rozmawiał z nami dietetyk, który ocenił nasz stan i określił cele i środki jakimi mają być osiągnięte?)
W domu chwytamy za długopis i spisujemy założenia projektu „Dieta na majówkę”. Z każdym kolejnym słowem, zdaniem wpędzamy się w stres, decydujemy się na radykalne wyrzeczenia, jesteśmy jak antyczni herosi zdolni podjąć się największych wyzwań.
Moment, nie mamy jeszcze aplikacji. Pędem otwieramy sklep z aplikacjami dotyczącym diet i instalujemy pierwszą, która ma atrakcyjny obrazek nawet nie sprawdzając jej wiarygodności i bezpieczeństwa.
Jesteśmy prawie gotowi na wojnę o nasz wygląd. Jeszcze tylko przegląd blogów o dietach – warto być na bieżąco. Spisujemy restrykcyjne zasady, których nie powstydziłaby się święta Hildegarda, a pustelnicy okupujący średniowieczne lasy modliliby się za ich podarowanie do końca życia.

Racjonalna dieta zamiast głodówki
Nawet nie tknęliśmy jedzenia dietetycznego, bo tak byliśmy zajęci wstępnym etapem projektu, ale nie szkodzi, wielu uczestników forów internetowych namawia do głodówki jako formy samooczyszczenia i przygotowania do właściwej diety.
To, co zrobiliśmy należy w gruncie rzeczy nazwać uprawianiem kultu cierpienia, w którym dieta staje się dla nas religią, bo tak wypada, bo kto nie żyje fit, nie jest cool. Choć w święta objadaliśmy się sałatką jarzynową z majonezem, jajkami z majonezem i smacznymi, bo tłustymi wędlinami, które zagryzaliśmy sernikiem i mazurkami, dziś czujemy się jak odkrywcy tajemnicy życia.
Co ważne, zapominamy przy tym o prostej prawdzie – tylko racjonalność jest gwarantem sukcesu. Wprowadzenie restrykcyjnych zmian bez rzetelnych przygotowań jest nieodpowiedzialne. Większość z nas nie ma przygotowania do podejmowania decyzji o przejściu na dietę. Tymczasem każda z procedur powinna być realizowana pod nadzorem lekarza lub dietetyka.
Pamiętajmy też o tym, że po kilku dniach przejedzenia gwałtowne przerzucenie się na sałatę popijaną wodą z plasterkiem cytryny i listkiem mięty sprawi, że poziom serotoniny gwałtowne spadnie. I szybko zatęsknimy do rosołu z milionem oczek tłuszczu...
Pamiętajmy też, że gwałtowne załamania przy takim postępowaniu nie oznaczają tego, że organizm się oczyszcza i daje sobie radę, ale to, że organizm nie daje sobie rady z adaptacją do gwałtownej zmiany. Konsekwencją może być wilczy apetyt i próby napadu na lodówkę w godzinach wieczornych związane z zaburzeniami w gospodarce węglowodanami, a przy okazji najczęściej deficytami w podaży niezbędnych składników mineralnych, mikroelementów i witamin.
Dodanie do tego przeróżnych koktajli spalających węglowodany lub tłuszcz graniczy z eksperymentowaniem z narkotykami. Generalnie rzecz biorąc, detoks realizowany bez wsparcia osób wykształconych w tym kierunku to raczej dowód na cudowną moc marketingu niż rzeczywisty program żywieniowy mający na celu poprawę naszego zdrowia.

Kuchnia prostoty i sytości
W ostatnich dniach czytałem felieton Katarzyny Błażejewskiej-Stuhr, która zauważa, że wbrew naszym przekonaniom, w krajach skandynawskich i bałtyckich ważną funkcją jedzenia jest wspieranie życia w konkretnych warunkach klimatycznych i w tym sensie nie musi ono, a często wręcz nie może odpowiadać zaleceniom dietetycznym zgodnym ze śródziemnomorską, zdrową dietą, która jest jednym z gwarantów osiągnięcia gotowości do pokazania się na plaży.
Dietetyczka kliniczna zauważa, że „w czasie miliona bodźców, przemęczenia, gonienia za »ideałem« i ciałem, które o nas świadczy, jedzenie wraca do swej pierwotnej funkcji. Bo sytość - o czym rzadko mówi się w mainstreamie żywieniowym - jest także kategorią zdrowia psychicznego. Ciepły, gęsty posiłek działa regulująco na układ nerwowy. Zmniejsza pobudzenie, obniża poziom napięcia, daje poczucie bezpieczeństwa. Wracam zmęczona, zmarznięta, przebodźcowana i potrzebuję bezpieczeństwa, muszę się najeść. Czy to nie lepsze niż restrykcje, a potem »odbijanie sobie« z poczuciem winy?”.
CZYTAJ TAKŻE: Wielkanoc w kuchni. Dlaczego warto gotować razem zamiast kupować gotowce
O, jakże wartościowe to słowa! We współczesnych czasach niwelacja stresu, generowanie endorfin są bardzo ważne, jeżeli nie kluczowe dla naszego dobrobytu psychicznego. Sprowadza się to między innymi do tego, że wielu z nas, również w czasie świąt zajada stres. Napięcia związane z pracą wywołują wyrzuty kortyzolu, czyli hormonu stresu regulującego metabolizm glukozy, białek, tłuszczów, ciśnienie krwi i ogólną odporność organizmu. Pojawia się głównie w sytuacjach stresowych i prowadzi do otyłości brzusznej, osłabienia mięśni, zaburzeń nastroju i nadciśnienia.
W konkluzji swojego felietonu Błażejewska-Stuhr pisze: „Może więc prawdziwą alternatywą dla kultury fit nie jest kolejna dieta, ale zmiana pytania. Nie:»Jak jeść lżej?«, tylko: »Jak jeść tak, żeby było mi stabilniej? Sycąco. Wystarczająco. Po ludzku”.
W tym kontekście zastanówcie się, Czytelnicy, nad tym, czy warto podejmować te heroiczne wysiłki, o których było na wstępie. Może wystarczy działać racjonalnie i w konsultacji ze specjalistami, a także stosować zbilansowaną dietę w dolnych granicach zapotrzebowania energetycznego? Może wystarczy wybierać zdrowe, sezonowe jedzenie, a rower traktować rekreacyjnie bez spinania się na wyniki godne zwycięzców Tour de France.
























Napisz komentarz
Komentarze