Jakieś propozycje koncertów po niedzielnym spektaklu...?
(śmiech). Wyjątkowa atmosfera! Tak musiał czuć się Kurt Cobain podczas występu Nirwany na Reading Festival w Londynie (śmiech). Dyrektorka naszego teatru Marta Miłoszewska napisała do mnie: - Słyszałam, że były bisy…
Nie wiadomo, jak długo by to bisowanie trwało, gdy nie powiedział pan: Ludzie, idźcie do domu kłaść dzieci spać, gotować na jutro pomidorówkę!
(śmiech) Że w teatrze mogą dziać się takie rzeczy, nie tylko mnie zadziwia.

Żona, dzieciak odchowany, mieszkanie wyremontowane, mała stabilizacja, jak to mówią. Tylko to wspomnienie marzenia z dzieciństwa ciągle nie daje spokoju. Będę gwiazdą rocka, jak Kurt Cobain! Będę, zobaczycie! Kiedy, jak nie teraz? Wyjmuję dwie zakurzone gitary, t-shirt z Nirvaną, odpalam sprzęt, odzyskuję głos. Śpiewam – to zapowiedź monodramu „Dream. Jak nie zostałem Kurtem Cobainem”. To też pana historia?
W moim scenariuszu ważne dla mnie tematy mieszają się z fikcją literacką. Chciałem stworzyć opowieść o artyście, który zgubił kontakt ze swym wewnętrznym ja, którego dręczą wątpliwości: Po co zajmować się sztuką? Dlaczego wybrałem sobie taki zawód? Nie tylko mój bohater czuł się wypalony… Ja też miałem wrażenie, że nie rozwijam się zawodowo. Że teatr się dla mnie skończył. Byłem wyczerpany. Wręcz stary. Na dodatek nic nie sprawiało mi przyjemności. W tej beznadziei nagle przypomniał mi się czas tuż po szkole teatralnej w Krakowie, gdzie studiowałem aktorstwo i reżyserię. Też zaczynałem od monodramów! Jeździłem z nimi na festiwale, nawet zdobywałem nagrody!
Co to za spektakle?
Jeden z nich to opowieść wzięta z życia, z mojego życia… Był inspirowany historią, która przydarzyła mi się na krakowskich Błoniach. Moją małą wtedy córeczkę, podczas wspólnego spaceru, zaatakował pies bez kagańca. Właścicielowi psa zwróciłem uwagę... I zaczęło się! Gdyby nie ludzie wokół pewnie roztrzaskałby mnie na kawałki. To zdarzenie to był dla mnie pretekst, by opowiedzieć o polskiej mentalności. Pełen absurdu, gier słownych, w zwariowanym rytmie, osobisty pamflet ojczyźniany. W „K” towarzyszyła mi muzyka na żywo w wykonaniu trio „Dziewcząt w wieku pomaturalnym”.

„Dream” to też monodram muzyczny, w którym gra pan i śpiewa hity Nirwany. Naprawdę nauczył się pan tak grać na gitarze w pół roku?
W czasach studenckich w Krakowie miałem swój zespół, nazywał się Janko Muzykant. Graliśmy piosenkę aktorską z lekkimi elementami rocka. Długo to nie trwało, dostałem propozycje reżyserskie i musiałem się na coś zdecydować. I tak minęło 15 lat. Bardzo mi tej muzyki brakowało… Wspominałem tamten czas jako trudny, a jednocześnie piękny. Zastanawiałem się, skąd miałem wtedy tyle sił, by zmobilizować ludzi, by grać monodramy, koncertować, jeździć na festiwale nocnymi pociągami, nie dosypiać, nie dojadać, żyć teatrem, a miałem już rodzinę, dziecko... Nie miałem natomiast pieniędzy…
Ale miał pan dwadzieścia lat.
I jakąś szaloną wiarę, że wszystko mi się uda, że wszystko przede mną. A teraz?
Co teraz?
Skończyłem 42 lata i pewnego dnia spytałem: Gdzie się podział tamten Jacek Bała? Co się z nim stało? W lustrze od pewnego czasu widziałem pozbawionego wiary i nadziei szarego człowieka. Teraz – inaczej niż wtedy w Krakowie - mam samochód, stałą pracę, jakieś oszczędności, tylko tamtej energii mi brakuje. Wszystko gdzieś uleciało... Tak pojawiła się potrzeba ratowania siebie. Byłem już bliski decyzji, by zmienić zawód! Może to jest ten moment? - myślałem. Tak więc ten gdyński monodram to kolaż doświadczeń. Zresztą to nie tylko moje doświadczenie, ten stan dotyczy całego pokolenia, koleżanek i kolegów ze studiów, aktorów i aktorek, którzy mieli inne wyobrażenie o pracy w teatrze, gdzie spotkali się z przemocą, pustką emocjonalną, gdzie dopadło ich wypalenie zawodowe i niespełnienie. Dlatego zrobiłem ten monodram, postanowiłem wrócić do korzeni, do młodzieńczych marzeń.

Do współpracy zaprosił pan młodego reżysera Patryka Warchoła, choć przecież sam jest pan reżyserem.
Potrzebowałem kontaktu z kimś, kto ma w sobie energię i zapał, jaki ja miałem przed laty. Kto wierzy w siebie i w moc sztuki. Patryk to ma! To jest coś tak pięknego i jasnego! Dzięki naszej relacji, spotkaniom na próbach poczułem, że najważniejsza dla mnie jest teraz satysfakcja z pracy, z bycia w tym tworzeniu z drugim, pełnym entuzjazmu człowiekiem. To jest najwspanialsze w robieniu teatru, a nie siedzenie sam jak kołek na tej scenie i majaczenie o artystycznych wizjach.
Skąd właściwie ten Cobain? Był pana idolem?
Jako 16-latek, ale i później, miałem obsesję na jego punkcie. Naprawdę chciałem nim być! Do tej pory, gdy go słyszę, mam ciarki na plecach. To artysta, który ukształtował mój gust muzyczny. Bardzo się z jego twórczością utożsamiam. Mój nauczyciel gitary mówi, że muzyka Cobaina wzięła się w dużej mierze z błędów harmonicznych. Profesjonalista nie wymyśliłby tak dziwnych, skomplikowanych, nie pasujących do siebie harmonii. Zestawiał z sobą akordy, które wielu teoretyków uznałaby za herezje! Dlatego to jest takie genialne. Bo było tak bardzo osobiste i autentyczne. Ten brud w muzyce, ta chropowatość… To wartość. Kiedy na lekcjach narzekałem, że to, co gram nie jest takie jakbym chciał, jak to sobie wyobrażałem, mój nauczyciel powiedział: Może nie jest, ale i tak jest świetne, bo zrobiłeś własną wersję tych piosenek, wersję, która jest bliska temu, co robił Cobain. Co tu kryć, gdy Nirwanę grają profesjonalni do bólu muzycy, to jest to nie do wytrzymania.
Zbyt ładne.
Ducha nie ma wcale. Ale to jest ta cienka granica… Bo grać Nirwanę bardzo źle też jest nie do przyjęcia. Wszystko tam się musi zgadzać, i akordy, i rytm i to coś nienazwane. Choć przecież na koncertach Cobain i fałszował, i mylił się. Ale jemu wolno było, bo to były jego błędy, jego muzyka, jego sprawa.
Odważnie podszedł pan do tematu. Cobain uważany jest za gitarzystę wszech czasów, ale i pana nauczyciel, Marcin Wądołowski to znany muzyk sesyjny, absolwent Akademii Muzycznej.
Kiedyś trochę rzępoliłem, do tego nieudana operacja, która sprawiła, że od dwudziestu lat nie mogę w pełni wyprostować ręki, co na starcie dyskwalifikowało mnie do gry na gitarze. Podczas grania odczuwałem ogromny ból. Dlatego zrezygnowałem z ćwiczeń. Ponownie rzuciłem się do gry dopiero z tej rozpaczy nad sobą, z tego wypalenia. Że może jeszcze raz, ten ostatni, warto spróbować. Kiedy pół roku temu poszedłem do szkoły muzycznej na lekcje gitary, powiedziałem, że planuję monodram. Skierowano mnie do master class! Co??? Struchlałem! Marcin Wądołowski, do którego trafiłem, gdy powiedziałem mu o problemach z ręką, poradził raczej wizytę u fizjoterapeuty… Ale zrobiliśmy kilka lekcji, zaczynając od stylu klasycznego. Łapa tak bolała, że myślałem, że padnę. A Marcin niewzruszony mówił tylko: Graj!
Paradoksalnie, przez tę prawidłową postawę, jaką kazał mi przyjąć podczas gry, ręka prawie przestała boleć, bo przestałem stawiać opór…

Kto pana uczył śpiewać?
W szkole teatralnej to była trauma, z powodu metod, które stosowała profesorka. To napięcie, ten stres powodował, że podczas śpiewania wciąż bolało mnie gardło. A o takich krzykach, jakie wydaję z siebie w tym spektaklu, nie było mowy. Gdybym raz tak wrzasnął, to bym nie mówił przez tydzień.
To, jak teraz śpiewam to też efekt przełamania lęku, pychy…
Pychy?
Wydawało mi się, że sam wszystkiego się nauczę. I z tą myślą szarpałem się dwadzieścia lat… Aż w końcu, przygotowując monodram, zapisałem się na lekcję śpiewu. W pół roku aktor z Teatru Muzycznego Maciej Podgórzak tak mi ustawił głos, że mogę z tym głosem robić niemal wszystko, co mi się podoba, choć wciąż przede mną mnóstwo pracy. Naprawdę, przygotowania do tego spektaklu to był czas pełen niespodzianek. Dziś wiem, że można się tylu rzeczy nauczyć bez względu na wiek, ważne jest, zacząć. Tylko trzeba mieć pasję. Ile ja godzin w ciągu tych ostatnich miesięcy spędziłem przy gitarze, to tylko moja żona wie, i córki. A i kot, który zwiewał, gdy tylko zabierałem się do grania... To proszenie o pomoc różnych ludzi, to moje otwarcie się na innych w ostatnim czasie było dla mnie czymś uzdrawiającym. Czuję ogromną wdzięczność do wielu życzliwych osób, które z takim zaangażowaniem dzieliły się ze mną swoim bezcennym doświadczeniem. Także wobec dyrektorek Teatru Miejskiego, Marty Miłoszewskiej i Katarzyny Renes, które zainteresowały się moim projektem i stworzyły dobrą przestrzeń dla jego powstania. Najbardziej cieszę się, że mając 42 lata zdecydowałem, by rzucić się w coś nowego. By zawalczyć o porzucone kiedyś marzenie.
I to w trudnym czasie.
W lęku, wypaleniu, w strachu przed podjęciem ryzyka, do którego zmobilizowało mnie stypendium, które musiałem zrealizować wiedząc, że nie umiem grać, ani śpiewać, że nie znam angielskiego, który w tym projekcie był niezbędny, że zwyczajnie nie mam sił, by się za to zabrać. Ale się zabrałem. I teraz te brawa, które dostaję za efekt tego niewyobrażalnego dla mnie wysiłku to jest tak wzruszające, że po nocach spać nie mogę, tylko analizuję, jak niemożliwe stało się możliwe…
Idąc na spektakl, nie oczekiwałam, że będzie pan jak Kurt Cobain. Że raczej ogra pan to aktorsko. Sam tytuł zapowiadał: Jak nie zostałem Kurtem Cobainem...
Oczywiście, w założeniu miała to być opowieść o dążeniu do bycia Nim. To próba z założenia nieudana, bo niemożliwa. Z góry skazana na porażkę. Wiadomo, że nigdy nie będę Cobainem. Tak samo jak Cobain nigdy nie byłby Jackiem Bałą. Tak czy siak, dobrze jest się poczuć Nim, przez chwilę. Moje marzenie jednak się spełniło. Na scenie. Podczas każdego spektaklu mocno czuję, że publiczność jest po mojej stronie, że razem przechodzimy przez te trudy. Że nie jestem sam.
























Napisz komentarz
Komentarze