Czy po ostatnim spotkaniu Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego ból głowy prezesa minął? Jak pan profesor myśli?
Nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą do rozmowy o bólach głowy prezesa. Ale rozumiem podtekst tego pytania.
Tak naprawdę pytam o to, czy to koniec serialu pod tytułem „wyjdą nie wyjdą, a może zostaną wypchnięci”? Chodzi o stowarzyszenie byłego premiera PiS i konflikt z prezesem tej partii.
Prezes, co prawda, stwierdził już po spotkaniu, że jest kompromis i porozumienie... ale to jednak, moim zdaniem, nie świadczy o końcu sprawy. I nadal powinniśmy rozważać to, co się dzieje w PiS w dwóch wariantach. Albo jest to dobra mina do złej gry, w stylu poklepujemy się, pokazujemy, że nadal się lubimy i że nic się nie stało. Ale z drugiej strony wiemy, że kluczowe problemy jak, na przykład, kwestia pozycji Mateusza Morawieckiego w tej partii, czy jego przyszłości politycznej, nie zniknęły.
Prezes Kaczyński mówi, że teraz w PiS są dwa płuca, cokolwiek to znaczy.
Sam pomysł ze stowarzyszeniem był ze strony Mateusza Morawieckiego i jego akolitów czytelnym komunikatem, skierowanym wobec prezesa i liderów Prawa Sprawiedliwości, że na obecną sytuację się nie zgadzają. Nie akceptują jej. To była nawet zawoalowana groźba, że jeśli się w partii nic nie zmieni, to oni zastanowią się, czy nie szukać innych rozwiązań. Może więc mamy dobrą minę do złej gry albo odwrotnie, ta gra już jest rozegrana. Pytanie tylko, kiedy nastąpi jej ostatni akord, czyli finalne rozejście się. Nie wiemy przecież, o czym rozmawiano podczas tego spotkania.
To kto tu jest wygranym, a kto przegranym?
Na razie obie strony demonstrują to, że nikt w tej sprawie nie przegrał. Prezes Jarosław Kaczyński może pokazać, że zdyscyplinował Mateusza Morawieckiego, który musiał stawić się na rozmowę i pewnie wysłuchać o tym, że nigdzie nie mają się wybierać. A były premier może nie rezygnować ze stowarzyszenia. Tyle, że będzie ono prowadzone wewnątrz struktur Prawa i Sprawiedliwości. Ale głębiej patrząc, można to uznać jednak za porażkę prezesa PiS. Bo Jarosław Kaczyński, mimo wyraźnej niechęci, musiał z Mateuszem Morawieckim rozmawiać i przystać na stowarzyszenie, chociaż wcześniej stawiał byłemu premierowi i politykom, którzy razem z nim je tworzą ultimatum. A ultimatum brzmiało groźnie - nie będzie stowarzyszenia, albo nie będzie dla was miejsc na listach wyborczych.
Czyli to wygrana Mateusza Morawieckiego?
Też nie całkowicie. Może teraz mówić - postawiliśmy na swoim i stowarzyszenie zostaje. Ale co to za inicjatywa, której przywódca musi się dogadywać z prezesem i dopraszać akceptacji na jej byt? Wygląda to słabo.
Tak na polityczny węch, to spotkanie i ustalenia na nim, są dowodem na to, że Jarosław Kaczyński słabnie?
Jeśli przyjmiemy wariant optymistyczny, to możemy interpretować finał spotkania jako rodzaj przebiegłości prezesa. Bo nie skończyło się ono rozłamem w PiS. Ale jak wiemy, procesy dekonstrukcyjne w polityce trwają dłużej.
I jak coś zaczęło pękać, to w końcu pęknie na dobre?
Zwykło się powtarzać, że polska scena polityczna jest zabetonowana. I nic już na niej politycznie nie urośnie. Nic bardziej mylnego. Po wyborach w 2023 roku, niemal we wszystkich partiach koalicji i opozycji następują mniejsze lub większe erozje. W środowisku Prawa i Sprawiedliwości to kolejna odsłona politycznych trzasków.
Mamy tam podział na „harcerzy” i „maślarzy”, którzy w mediach społecznościowych skaczą sobie do oczu.
Widzimy to także w Konfederacji, która nie jest jednolita i pęka. Ale obserwujemy to również w obecnej koalicji rządzącej, z której senator Wadim Tyszkiewicz stał się współzałożycielem świeżej partii politycznej o nazwie Nowa Polska, zarejestrowanej w listopadzie 2025 roku. Mamy do czynienia z podziałem i napięciami w lewicy. Widzimy rozpad Trzeciej Drogi i jej destrukcyjne zachowania. Na tym tle, jedynym środowiskiem, w którym występuje odwrotna tendencja, czyli poszerzanie i integracja, jest Koalicja Obywatelska. Na ile ona będzie trwała i skuteczna, to już inna sprawa.
Może dlatego też Koalicji Obywatelskiej rośnie w sondażach...
Pamiętajmy jednak, że to jest system naczyń połączonych. Jeśli Trzeciej Drodze a zwłaszcza Polsce 2050 notowania dramatycznie spadają, to w innym miejscu idą w górę. To są te przepływy elektoratów. Podobnie jest po opozycyjnej stronie. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość sondażowo słabnie, Konfederacja rośnie w siłę. Kiedy słabnie Konfederacja Sławomira Mentzena, to silniejsza staje się Konfederacja Korony Polskiej.
Mateusz Morawiecki jeszcze przed spotkaniem z prezesem tłumaczył, że walczy o wyborcze centrum. Jakie mityczne centrum ma na myśli?
Mateusz Morawiecki chce wyraźnie pokazać, że różni się od Przemysława Czarnka, którego prezes namaścił na przyszłego premiera. Jarosław Kaczyński wybrał Czarnka, licząc na odzyskanie wyborców, którzy do niedawna trwali przy jego partii, a teraz zerkają coraz pewniej w stronę Konfederacji. A ponieważ Morawiecki rozgrywa własną grę, to pokazuje, że chce i może łowić po prawej stronie, ale w centrum.
Cokolwiek to centrum znaczy.
Zwłaszcza, że twierdzenie, iż Mateusz Morawiecki to centrysta, pewnie u wielu wyborców wywołałoby gorzki śmiech. Stawiając na siebie, musi się jednak jakoś odróżniać. Bo w ten sposób przekazuje prezesowi prosty komunikat - tutaj jest przestrzeń dla mnie i moich ludzi oraz potencjalny elektorat. Zresztą pierwsze sondaże pokazały już, na co mógłby liczyć ten nowy gracz na scenie politycznej, jakim jest stowarzyszenie Rozwój Plus Morawieckiego.
Jeden z sondaży wskazał, że mógłby do Sejmu wprowadzić aż 14 posłów, gdyby stowarzyszenie wystartowało z własnej listy. To dużo czy mało?
Tu nie chodzi o to, że Mateusz Morawiecki mógłby liczyć przykładowo na 20-procentowe poparcie. Ale kilka procent dla niego, to dla Prawa i Sprawiedliwości duża strata i ryzykowna gra. Zwłaszcza, że Morawiecki ma poważne karty w ręku, jeśli chodzi o Prawo i Sprawiedliwość. Ponieważ pomysł z Przemysławem Czarnkiem, bardzo radykalnym politykiem, który miał odebrać wyborców Konfederacji, na razie nie przynosi efektów. Wręcz przeciwnie, PiS już dawno nie miał tak niskich notowań, jak ostatnio. W związku z tym Morawiecki mówi: nie tędy droga. Proponuję inne rozwiązanie. Obracamy się oczywiście w sferze mniemanologii stosowanej, ale być może to cofnięcie nogi przez prezesa Kaczyńskiego bierze się stąd, że zrozumiał, iż pomysł z Czarnkiem się nie udał.
A gdyby powiedział teraz Morawieckiemu do widzenia, to znalazłby się w bardzo trudnej sytuacji. Bo były premier pociągnąłby za sobą prawie 40 parlamentarzystów.
Ale dodajmy, że same dyskusje na temat tego, czy się lubimy czy nie, mają też charakter destrukcyjny. Bo elektorat widząc kłótnie i swary, nie patrzy na nie przychylnym okiem. Dystansuje się od politycznych „wojenek”.
Czy można sobie wyobrazić, że elektorat zapomni Mateuszowi Morawieckiego kilka lat rządów, którymi wstrząsały różne afery? Czy były premier mógłby sobie wymazać z czoła: jestem z PiS i nie odpowiadam za to, co ta partia przez osiem lat rządów zrobiła?
Musielibyśmy sobie zadać pytanie o to, jak głęboka i konsekwentna jest pamięć wyborców. I odpowiedzieć na nie, że wyborcy nie są bardzo pamiętliwi. Z zupełnie innej bajki możemy przywołać Jerzego Buzka, który jako premier miał bardzo złe notowania.
Odchodził w niesławie, można powiedzieć.
Oczywiście nie chciałbym porównywać Jerzego Buzka z Mateuszem Morawieckim, bo w tamtych czasach nie było aż takich afer. Chodzi o to, że dzisiejszy wizerunek polityka w oczach wyborców może się za pewien czas zmienić. Historia lubi się powtarzać. Mateusz Morawiecki też może liczyć na to, że część elektoratu zapomni i nastroje wobec niego się zmienią.
Można więc powiedzieć, ze wszystko przed nami. Zwłaszcza to, że Rozwój plus (nazwa stowarzyszenia Morawieckiego) może się zmienić na... rozpad plus.
Pytanie - czyj to będzie rozwój, a czyj rozpad w takiej sytuacji? Tak, mam wrażenie, że to jeszcze nie koniec tego serialu.
Trzaski dobiegają też ze strony koalicji rządzącej. Ministra Katarzyna Pełczyńska Nałęcz zdaje się rozsadzać rząd od środka. Do tego dochodzi wniosek o wotum nieufności wobec minister Pauliny Hennig-Kloski złożony przez PiS, który być może poprze ktoś z PSL czy Polski 2050. Co tu się dzieje?
Być może panie się nie lubią. Mają jakieś zadawnione albo świeże rany, ale z perspektywy wyborcy to zachowanie jest niezrozumiałe. O co wam tak naprawdę chodzi? - zastanawia się elektorat.
Jest takie powiedzenie - jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A ja dodałabym jeszcze, że o ambicje.
Załóżmy, że chodzi o ambicje. To nawet wielce prawdopodobne. Tylko co komu po tych ambicjach, jeśli podcina gałąź, na której siedzi, kopiąc tym samym polityczny grób dla swojego ugrupowania. Jaki to ma sens? Trzymając się wyłącznie takiej wyrachowanej socjotechnicznej praktyki, zadajmy sobie pytanie - co zyskujemy tym zachowaniem? Co zyskujemy w oglądzie, wizerunku, w postrzeganiu nas, w zachęceniu wyborców do tego, żeby nadal się nas trzymali. Zasada jest taka: mamy wrogów, sojuszników i neutralnych. Sojuszników chcemy utwierdzić w tym, że nadal warto być z nami, neutralnych pragniemy skierować ku temu, żeby się stali naszym sojusznikiem, a wrogów chcielibyśmy zneutralizować. Tymczasem takie awantury w polityce działają zupełnie odwrotnie. Sojusznicy się zniechęcają, bo nie rozumieją tych zachowań i politycznych gier. W związku z tym przechodzą na pozycje neutralne. Dystansują się. Neutralni z kolei mówią - no nie, to niepoważne. Mieli być razem, a się żrą, zamiast zajmować się rozwiązywaniem naszych problemów. I też się zniechęcają, nie głosując na takie ugrupowanie. A wrogowie jedynie utwierdzają się w swoim przekonaniu, że na tych polityków głosować na pewno nie warto. Takie zachowanie polityków jest socjotechnicznie absurdalne. I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Z punktu widzenia wyborcy guzik mnie obchodzi czy pani X lubi panią Y. Że nie rozumie, co jest wartością prymalną. Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym mocniej tego nie rozumiem. A co dopiero mniej uważny obserwator, do którego dochodzi tylko jeden komunikat - oni się cały czas żrą.
Czy premier Donald Tusk da sobie radę? Wiem, że to pytanie jest z serii zgaduj zgadula....
Wydaje się, że w koalicji rządzącej to jeszcze nie jest etap takich wewnętrznych destrukcji. Interesy, obawy, nadzieje są czymś, co trzyma tę koalicję razem. I gdyby ktoś dzisiaj z tej koalicji zagłosował w Sejmie przeciwko rządowi, to można by jedynie usprawiedliwić ten fakt pomrocznością jasną. Bo to byłoby strzelenie sobie nie tylko w kolano.























Napisz komentarz
Komentarze