Reklama Praca

Trójmorze jako plan B dla Europy? Prof. Grosse o bezpieczeństwie i integracji regionu

Gdyby Unia Europejska przeżywała coraz głębsze kryzysy, inicjatywa Trójmorza mogłaby stać się platformą umożliwiającą państwom regionu dalszą integrację i współpracę – mówi politolog, europeista i socjolog, prof. Tomasz Grzegorz Grosse.
Trójmorze jako plan B dla Europy? Prof. Grosse o bezpieczeństwie i integracji regionu
XI Szczyt Inicjatywy Trójmorza odbył się w dniach 28-29 kwietnia w Dubrowniku

Autor: Grzegorz Jakubowski | KPRP

W swojej ostatniej książce „Międzymorze. Geopolityka – Geoekonomia – Geokultura” optuje pan za powstaniem silnego związku krajów Europy Centralnej. Na ile funkcjonujące obecnie Trójmorze jest w stanie wypełnić te funkcje?

Na płaszczyźnie ideowej są to byty tożsame. Trójmorze obejmuje obszar między Morzem Czarnym, Adriatykiem i Bałtykiem. Dokładnie te same państwa Europy środkowo-wschodniej i bałkańskie występowały w historycznej idei Międzymorza, której rzecznikiem i pomysłodawcą był Józef Piłsudski, a w dwudziestoleciu międzywojennym postulowali ją również inni politycy, m.in. Władysław Sikorski czy Józef Beck, który określał ją mianem „Trzeciej Europy”. Inicjatywa Trójmorza jest zatem bardzo dobrym pomysłem, tyle że w dalszym ciągu pozostaje słabo zinstytucjonalizowana – nie ma nawet stałego sekretariatu. Trzeba ją także wzmocnić poprzez obudowanie odpowiednimi regulacjami ułatwiającymi państwom członkowskim koordynację programów. Dobrym pomysłem byłoby też powołanie cyklicznych spotkań, a nawet stałej rady ambasadorów przy inicjatywie Trójmorza.

Na wspomnianym obszarze leżą zarówno państwa członkowskie UE, jak i kraje spoza wspólnoty. To nie problem?

Inicjatywa Trójmorza została zawężona do państw członkowskich Unii Europejskiej po to, by nie tworzyć wrażenia, że stanowi wobec niej alternatywę, czego obawiały się niektóre państwa regionu. Powoduje to jednak pewne problemy – część państw bałkańskich, a także Ukraina nie mogą mieć pełnoprawnego członkostwa w inicjatywie, choć Ukraina bardzo by tego chciała. Wydaje mi się, że tę regułę warto byłoby zmienić i przyjąć Ukrainę do inicjatywy Trójmorza. Jest to ważne państwo z wielu względów i jak najbardziej wpisujące się w formułę Międzymorza. Polsce powinno bardzo zależeć na tym, by inicjatywa stawała się projektem coraz dojrzalszym i by otworzyć drzwi wszystkim państwom chcącym uczestniczyć w jej pracach.

Czy jednak tak rozumiane Trójmorze nie byłoby w jakimś sensie skazane na konfrontację z Unią, a przynajmniej z państwami „starej Unii”?

Takie obiekcje zawsze się pojawiały: że może się to nie spodobać Brukseli, Paryżowi albo Berlinowi. Zarówno państwa Europy Zachodniej, jak i niektóre państwa Europy Środkowej wyrażały zastrzeżenia, nie chcąc w żaden sposób antagonizować obu organizacji. Praktyka dowodzi jednak, że nie ma tu realnej konkurencji. Inicjatywa Trójmorza nie jest żadnym rywalem Unii Europejskiej ani zagrożeniem dla jej spójności. Obie organizacje pokazały, że mogą funkcjonować jednocześnie, zazębiając się ze sobą. Co więcej, inicjatywa Trójmorza może służyć temu, by państwa członkowskie koordynowały swoją politykę w ramach Unii Europejskiej – ustalały i uzgadniały stanowiska wobec różnych projektów legislacyjnych przygotowywanych w Brukseli. To działa wyłącznie na korzyść Europy Środkowej.

Istnieje też oczywiście możliwość, że gdyby Unia Europejska przeżywała coraz głębsze kryzysy, inicjatywa Trójmorza mogłaby stać się platformą umożliwiającą państwom regionu dalszą integrację i współpracę – zarówno w obszarach już dziś obecnych, takich jak logistyka, infrastruktura czy gospodarka cyfrowa, jak i w projektach energetycznych, którymi Trójmorze bardzo intensywnie się zajmuje. Coraz wyraźniej artykułowana jest też potrzeba współpracy w zakresie bezpieczeństwa i koordynacji w przemysłach zbrojeniowych. Wyraźnie wybrzmiało to na ostatnim szczycie inicjatywy, który miał miejsce w ub. tygodniu w Dubrowniku. Inicjatywa Trójmorza może pogłębić integrację w tym obszarze, co leży w jak najlepiej pojętym interesie wszystkich państw członkowskich, będących w znacznej części wschodnią flanką NATO.

Czy nie obawia się pan, że taki sojusz mógłby być łatwiej infiltrowany przez Rosję niż sama Unia Europejska? Niektóre kraje z tego regionu mniej lub bardziej otwarcie sympatyzują przecież z Rosją.

To ryzyko zawsze istnieje i dotyczy również Unii Europejskiej, a nawet NATO. Trudno mi jednak twierdzić, że Trójmorze jest bardziej narażone na infiltrację niż inne organizacje, które Kreml postrzega jako zagrożenie dla swoich interesów. Rosja jest ogromnym czynnikiem ryzyka i z pewnością patrzy na inicjatywę Trójmorza nieprzychylnie. Nie chciałaby, by w tym obszarze geograficznym, który od kilkuset lat uważa za swoją strefę wpływów, powstawała coraz silniejsza, niezależna od Kremla struktura. Każda taka inicjatywa będzie wystawiona na infiltrację i działania mające ją osłabić i rozbić. Trzeba się z tym mierzyć. Dotyczy to zresztą nie tylko Rosji, ale i Niemiec, które również nie byłyby zainteresowane wzmocnieniem Trójmorza – stanowi ono bowiem potencjalną platformę uniezależniania się od wpływów Berlina.

Wspominał pan, że koncepcja Trójmorza narodziła się w okresie międzywojennym. Wtedy miał to być bufor między Niemcami i sowiecką Rosją. Czy jednak w dzisiejszych realniach wymienianie jednym tchem obu tych państw nie jest przesadą? Zagrożenie ze strony Rosji wydaje się niepomiernie wyższe.

Zgadzam się z panem, tym bardziej że rosyjskie zagrożenie ma charakter militarny. Natomiast jeśli chodzi o Niemcy, mamy w stosunkach z nimi głęboką zależność ekonomiczną. Przynosi nam ona pewne korzyści, ale tak daleko posunięta zależność od jednego partnera rodzi też ryzyka – zarówno gospodarcze, jak i polityczne. O wiele korzystniejsze byłoby pogłębienie współpracy w obszarze Trójmorza czy Międzymorza i stopniowe zmniejszanie głębokiej zależności geoekonomicznej od Berlina.

Tomasz Grzegorz Grosse jest politologiem, europeistą i socjologiem, profesorem nauk społecznych. Pracuje na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego (fot. Facebook Tomasza Grosse)

To procesy, których nie można przeprowadzić z dnia na dzień, ale wzmocniona inicjatywa Trójmorza może je ułatwić. W Polsce toczy się dyskusja o strategii polityki zagranicznej i gospodarczej. Wyróżniłbym tu dwie opcje. Pierwsza – nazwijmy ją europejską lub niemiecką – jest w naszym dyskursie dominująca. Druga to opcja transatlantycka, która z jednej strony miała nas chronić przed imperializmem Moskwy, a z drugiej osłabiać zależność od Niemiec. Jej istotnym uzupełnieniem zawsze była integracja w Europie Środkowo-Wschodniej. Uważam, że model „jagielloński” łączący silny komponent współpracy w Europie Środkowo-Wschodniej z utrzymaniem więzów transatlantyckich jest korzystniejszy, bo daje nam lepsze opcje w zakresie autonomii, rozwoju geoekonomicznego i bezpieczeństwa. Wymaga jednak intensywnej pracy nad Trójmorzem i różnymi formami współpracy regionalnej, a także budowania silnych więzów na osi wertykalnej: od państw nordyckich i bałtyckich, przez wschodnią flankę, aż po Turcję – zarówno ekonomicznych, jak i w zakresie bezpieczeństwa. Tego nam brakuje. Nie namawiam do porzucenia Europy Zachodniej ani do wyjścia z Unii Europejskiej – mówię o dywersyfikacji działań i wzmocnieniu kierunku, który dotychczas był traktowany przez elity polityczne po macoszemu.

Wspomniał pan o możliwym kryzysie w Unii Europejskiej, a w książce napisał pan wręcz, że zakłada możliwość rozpadu Unii w obecnym kształcie. Co by to oznaczało i jakie warunki mogłyby do tego doprowadzić?

Dla nikogo nie jest chyba tajemnicą, że żyjemy w czasach permanentnego kryzysu Unii Europejskiej, a w zasadzie wielu nakładających się na siebie kryzysów, którymi nie potrafi ona skutecznie zarządzać, generując przy tym ogromne koszty. Unia ma rozmaite dysfunkcje, które powodują jej słabnięcie – najbardziej widoczne na arenie międzynarodowej i w sferze gospodarczej. Dystans dzielący ją od Chin, Stanów Zjednoczonych czy Indii nie maleje, lecz z roku na rok rośnie. Pytanie brzmi: czy te kryzysy zostaną przezwyciężone, czy też sytuacja będzie się utrzymywać, a z czasem pogłębiać? Dopóki Unia funkcjonuje, nie jestem zwolennikiem dokładania się do jej dezintegracji. Uważam jednak, że rozsądne jest myślenie o scenariuszu zabezpieczającym nas na wypadek, gdyby Unia nie wytrzymała kumulacji kryzysów. Inicjatywa Trójmorza może się rozwijać w ramach UE i pogłębiać integrację bez żadnej kolizji. Gdyby jednak coś bardzo negatywnego przytrafiło się Unii, mamy plan B: platformę do koordynacji działań w ramach regionu.

Pomysłem na wzmocnienie Unii wychodzącym z Brukseli jest centralizacja i dalsza federalizacja. Jak rozumiem, nie jest pan zwolennikiem tego kierunku. Dlaczego? Czy bardziej zwarty organizm nie rywalizowałby sprawniej z silniejszymi podmiotami na arenie międzynarodowej?

Twierdzenie, że centralizacja i federalizacja rozwiążą problemy UE i ułatwią zarządzanie kryzysami, jest moim zdaniem, iluzją. Proces centralizacji trwa od dłuższego czasu i nie prowadzi Unii do stanu skutecznego zarządzania gospodarką ani innymi obszarami. Paradoksalnie może on nawet utrudnić jej funkcjonowanie. Po pierwsze: dotychczasowe przywództwo – Francja i Niemcy – zostanie jeszcze bardziej wzmocnione, bez gwarancji, że między nimi nie będzie konfliktów. Po drugie: nie ma gwarancji trafności ich decyzji strategicznych, bo dotychczas, dysponując decydującym wpływem, Unia wyraźnie pokazywała, że nie potrafi wycofywać się z błędnych decyzji i ze szkodliwych polityk. Ci, którzy widzą w centralizacji remedium, nie dostrzegają, że ona te problemy zamaskowuje, a nie rozwiązuje. Wreszcie – z naszego punktu widzenia kluczowa jest jeszcze jedna kwestia: jeśli Unia jest zarządzana w znacznym stopniu przez interesy francuskie i niemieckie, nasza perspektywa jest pomijana, a koszty kryzysów coraz częściej przenoszone są na państwa mniej wpływowe, w tym środkowoeuropejskie. To właśnie dlatego warto wzmacniać inicjatywę Trójmorza – by silniej artykułować nasz punkt widzenia na polityki europejskie. Centralizacja uprzywilejowuje interesy Europy Zachodniej i nie sprawi, że tak zarządzana Unia będzie pochylać się nad naszymi problemami, skoro nie potrafi w pełni rozwiązywać nawet problemów francuskich i niemieckich.

Na koniec pytanie ponadregionalne, żeby nie powiedzieć globalne i nieco prowokacyjne: w obecnych czasach w stosunkach międzynarodowych coraz częściej dochodzi do głosu naga siła. Prawo międzynarodowe i instytucje, które powinny stać na straży jego przestrzegania, tracą na znaczeniu. Donald Trump otwarcie je lekceważy i delegitymizuje wartości liberalne. Czy w tym kontekście możemy jeszcze mówić o wspólnych wartościach Zachodu? A jeśli nie – to dlaczego w konflikcie amerykańsko-chińskim nie mielibyśmy zacząć kibicować Chińczykom?

To, o co pan pyta, jest w dużym stopniu prawdą – kwestia wspólnych wartości Zachodu staje się coraz bardziej iluzoryczna, a napięcia transatlantyckie coraz silniejsze. Okres głębokich zmian geopolitycznych, z którym mamy do czynienia, nie sprzyja pielęgnowaniu wartości – sprzyja brutalnej walce o interesy. To powoduje, że ci, którzy w Unii rozdają karty, czyli Europa Zachodnia, w pierwszym rzędzie będą dbać o własne interesy, przenosząc koszty na państwa mniej wpływowe, w tym środkowoeuropejskie.

Co do rywalizacji amerykańsko-chińskiej – sprawa nie jest rozstrzygnięta. Trump jest politykiem niestandardowym, ale jedno nie ulega wątpliwości: Ameryka pod jego rządami stara się przede wszystkim dbać o własne interesy. Robi to w sobie właściwym stylu i przy bardzo specyficznej retoryce, ale dokładnie to samo robią Chińczycy, Rosjanie, Francuzi i Niemcy. Spory francusko-niemieckie wynikają przecież właśnie z intensywnej obrony interesów narodowych i z prób wykorzystywania struktur unijnych do ich wzmacniania.

Tomasz Grzegorz Grosse „Międzymorze. Geopolityka – Geoekonomia – Geokultura”, wydawnictwo Zona Zero, Warszawa 2026

Zobaczymy, jak zakończy się rywalizacja sino-amerykańska. Trudno to dziś rozstrzygnąć. Stany Zjednoczone konsolidują swoje interesy i przeprowadzają rachunek własnego potencjału, a koszty tej rekonfiguracji już teraz przerzucają na sojuszników. Stawia to ogromne wyzwania przed polską dyplomacją, bo nasz największy sojusznik w zakresie bezpieczeństwa będzie podchodzić do zmian geopolitycznych bardzo brutalnie – również wobec własnych partnerów. To najlepiej świadczy o tym, że do kwestii bezpieczeństwa powinniśmy podchodzić wieloaspektowo i nie stawiać wyłącznie na Stany Zjednoczone. Niezależnie od tego, że Ameryka pozostaje ważnym partnerem, mając świadomość jej kondycji i prowadzonej gry globalnej, musimy wzmacniać relacje sojusznicze w szerszym kontekście – przede wszystkim na wschodniej flance, ale też w ramach Międzymorza. Musimy też dbać o własny potencjał, bo w obliczu destabilizacji ładu międzynarodowego relacje sojusznicze mogą być utrudnione.

Czy oznacza to, że powinniśmy zmienić front i postawić na Chiny? Moim zdaniem jest na to zdecydowanie za wcześnie. Powinniśmy jednak utrzymywać otwarte kanały komunikacyjne i zachować świadomość, że ta rozgrywka w perspektywie kilkunastu najbliższych lat może potoczyć się różnie.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
ReklamaPomorskie na pełnym baku! Ruszaj w drogę z Radiem Gdańsk
Reklama Festiwal Kultury Ocalonej 2026