Reklama

Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan

Znani i nieznani. Młodzi i starsi. Ci, którzy wciąż historię regionu tworzą i ci, którzy odeszli zostawiając tu swoje ślady. Mieszkańcy Pomorza otwierają przed nami rodzinne albumy, by opowiedzieć o swoich bliskich, ale i o własnych, nie zawsze prostych, drogach na Pomorze. Każda z fotografii to pretekst do opowieści. O ludziach i regionie. Tworzymy portret rodzinny Pomorzan. Oto 13 część naszej kolekcji – pisze Gabriela Pewińska-Jaśniewicz.
Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan
Zbigniew Chodorowski (z prawej), Park Oliwski lata 40.

Autor: archiwum rodzinne

Mariola Balińska

(fot. Tamara Wyrzykowska)

Absolwentka historii sztuki i biologii. Muzealniczka, wykładowczyni akademicka oraz autorka tekstów o sztuce. Kuratorka wystaw Muzeum Narodowego w Gdańsku i Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie.

Na Pomorze przybyła z Mazur, za którymi tęskni i do których wraca, ale dziś jej dom to Trójmiasto. To rodzina, artyści, z którymi się przyjaźni i spełnione marzenia. Jechała do Gdańska trochę przez Nowy Jork, to tam narodziły się przyjaźnie, które ukształtowały jej spojrzenie na sztukę, oraz wyznaczyły kierunki kuratorskich poszukiwań. Jest przekonana, że nie ma przypadków, a ścieżkę, którą podąża, wyznaczyło przeznaczenie.

Dom, w którym się urodziła, stoi nad jeziorem w Ełku. To widok z okna, które otwierała na marzenia… Powraca doń również poprzez projekty wystawiennicze, zwłaszcza za sprawą fotografii Jana Bułhaka. Jako kustoszka Kolekcji Fotografii Kresowej w Dziale Fotografii MNG była kuratorką wystaw „Vilna / Wilno / Vilnius” oraz „Wileńszczyzna w obrazach fotograficznych Jana Bułhaka oraz Stanisława Filiberta Fleury’ego. Fotografia wileńska na przełomie XIX i XX w.” prezentowanych w Bibliotece Polskiej w Paryżu i Gdańskiej Galerii Fotografii. Fotografia ta jest jej szczególnie bliska. Podkreśla: - Wartość sentymentalna tych zdjęć jest nie do przecenienia. 

Studia na dwóch kierunkach były wyzwaniem, lecz zdobyte kompetencje dziś otwierają ją na zagadnienia eksplorowane przez współczesnych artystów, takie jak bioart, zmiany klimatyczne czy relacja człowieka z naturą, naturą, która daje ukojenie i nadzieję w czasach napięć i globalnych kryzysów. Uważa, że sztuka jest narzędziem zmiany świata, a każdy projekt kuratorski powinien nieść refleksję nad współczesnością i docierać do szerokiego grona odbiorców.

Z równym szacunkiem podchodzi tak do dzieła, jak i do artysty. Mówi się, że ma dar „zaklinania rzeczywistości” poprzez sztukę właśnie. 

Józef Robert Baumann 

Do Sopotu przyjeżdża w roku 1959, tu po wypędzeniu z Wilna mieszka jego żona, córka i wnuk (fot. archiwum rodzinne)

Pochodził ze spolonizowanej rodziny niemieckiej. W 1530 r. ich rodzinny Offenburg skłaniał się ku luteranizmowi, ale rodzina Baumannów trwała przy katolicyzmie. Część z nich zginęła w wojnach religijnych, pozostali uciekli do katolickiej Austrii, 2 i pół wieku później ich potomkowie, jako urzędnicy - zaborcy trafili do Galicji i szybko stali się Polakami.

Józef Robert Baumann urodził się w roku 1897 w Rożniatowie. W 1914 r. wstąpił do Legionów. W 1916 włączono go do 12 pułku (austriackiego) artylerii ciężkiej i posłano na front włoski. Od roku 1918 znów był w wojsku polskim.

We wrześniu 1939 r. jego oddział został rozbity pod Iłżą. Wraca na Wileńszczyznę, gdzie ukrywa się pod fałszywym nazwiskiem. W 1941 r. aresztowany „za obrazę Związku Sowieckiego” (odmówił przyjęcia obywatelstwa ZSSR). Zesłany do Światłego Klucza w Kraju Ałtajskim. Zwolnionego z zesłania wcielono do Polskich Sił Zbrojnych w Buzułuku. W armii Andersa dowodził 4 pułkiem artylerii lekkiej. Przeszedł z nim cały szlak bojowy (m.in. walczył pod Monte Cassino). 

Odznaczony orderem Virtuti Militari, Krzyżem Niepodległości, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, złotym Krzyżem Zasługi z mieczami, złotym i srebrnym Krzyżem Zasługi, włoskim Croce al Valor Militare oraz brytyjskimi Gwiazdą za Wojnę 1939/45, Gwiazdą Italii i brytyjskim Medalem Wojennym.

Po wojnie zostaje we Włoszech w wojsku okupacyjnym. W 1947 r. rusza do Anglii i zaciąga się do Polskiego Korpusu Przysposobienia. Jako oficer korpusu był odpowiedzialny za zatrudnienie demobilizowanych żołnierzy w USA. W 1947 r. przenosi się do Kanady.

Do Sopotu przyjeżdża w roku 1959, tu po wypędzeniu z Wilna mieszka jego żona, córka i wnuk. Kupuje dom w stanie surowym i doprowadza go do użytku. W domu tym jego córka mieszka aż do śmierci w roku 2021.

Kres jego życia to rok 1970. Spoczywa na Cmentarzu Katolickim.

Zbigniew Chodorowski

Uprawiał akrobatykę sportową. Na zdjęciu: z Barbarą Czyżewską podczas treningu na AWF w Oliwie, lata 60. (fot. archiwum rodzinne)

Sportowiec, instruktor Polskiego Związku Narciarskiego, ratownik wodny, trener siatkówki (w latach 80. także w Iraku), budowlaniec, ceniony nauczyciel akademicki. Jego ojciec był przed wojną strażnikiem granicznym, do Gdańska ściągnęli go, bo perfect znał niemiecki. Gdy w sierpniu 1939 roku w Inowrocławiu rodzi się Zbigniew, jak najszybciej chce zobaczyć pierworodnego, prosi o urlop. Wyrusza pociągiem. Na stacji Szymankowo koledzy, kolejarze i celnicy, namawiają go, by jechał z nimi, pośpiesznym. 

- Ale ojciec nie zmienił decyzji, szczęśliwie, bo wszystkich jego kolegów z tamtego pociągu Niemcy zamordowali. Zbrodnia, do której doszło 1 września 1939 roku, jest uznawana za jeden z pierwszych aktów II wojny światowej. W pewnym sensie uratowałem ojcu życie... – mówi Zbigniew Chodorowski.

W Oliwie na Liczmańskiego mieszka 80 lat. Z rodzicami osiedlił się tu w maju 1945 roku.

W Oliwie chodził do przedszkola, tu kończył podstawówkę, już we Wrzeszczu - Technikum Budowlane. Absolwent AWF w Warszawie. Uprawiał m. in. siatkówkę, piłkę ręczną, akrobatykę sportową. Świetnie pływać nauczył się w Oliwie, tu też na dawnej skoczni wojskowej w Dolinie Radości odnosił pierwsze sukcesy w skokach narciarskich, miał ledwie 8 lat... (narty znalazł w piwnicy domu na Liczmańskiego w 1945 r.). W latach 50. był już mistrzem skoków narciarskich Wybrzeża, ale też Mistrzem Polski w akrobatyce. Wiele razy stawał na podium, w różnych dyscyplinach, raz nawet z swoim szwagrem Januszem Sidło, wielokrotnym mistrzem świata w rzucie oszczepem. 

Miłość do sportu zaszczepił córce. Absolwentka AWF pracę magisterską o sporcie na Wybrzeżu opatrzyła dedykacją: „Mojemu tacie, któremu zawdzięczam swoją pasję”. 

Mówi o sobie, że jest miłośnikiem Oliwy, sportu i historii. Najważniejsze dla niego zawsze były i są relacje z ludźmi. 

Maria Degutis z d. Leszczykówna 

W czasie wojny, wraz z siostrą męża pomagała sąsiadom, żydowskiej rodzinie Jaffe (fot. archiwum rodzinne)

Przychodzi na świat w 1909 roku w małej syberyjskiej osadzie Korolkowo, w rodzinie, której przodkowie trafili tu po powstaniu styczniowym. To dom patriotów, dzieci uczą się języka polskiego, poznają polską tradycję.

Wybucha I wojna światowa. Rewolucja Październikowa wstrząsa Rosją. Umierają rodzice Marii, ale i ona dotknięta ciężką chorobą, kona w gorączce. Na przekór całemu światu -zdrowieje. Ma 12 lat, gdy trafia do ochronki. Dwa lata później musi iść na swoje. Rusza do Moskwy. Chodzi od domu do domu w poszukiwaniu pracy. Tak trafia do Wiery i Jewgienija. Uczy się gotować, szyć, haftować. Jest mistrzynią w krochmaleniu i prasowaniu kołnierzyków oraz odpinanych mankietów. W domu gospodarzy są książki. Dziewczyna nad randki przedkłada lekturę Puszkina i Lermontowa. Mówi pięknym, literackim językiem, pracuje i odkłada pieniądze na powrót do Polski. Któregoś dnia Jewgienij oznajmia Marysi, że z żoną muszą się wyprowadzić, a jej radzi jechać do Polski, może to ostatnia szansa... Dziewczyna dostaje list polecający i rusza do Wilna, które we wspomnieniach rodziców było symbolem polskości. 

W Wilnie dostaje prace w pralni. Któregoś dnia pracodawcy zlecają jej usługiwanie do stołu podczas przyjęcia. Tak poznaje przyszłego męża, Franciszka Degutis. 

Ślub biorą w 1932 roku, na świat przychodzą córki: Teresa (1933 rok), Wiesława (1938) i Krystyna (1943). 

Po wybuchu II wojny, Franciszek trafia do obozu we Frankfurcie, Maria wraz z siostrą męża pomagają sąsiadom, żydowskiej rodzinie Jaffe. Jeździ na handel na Litwę, robi wszystko, by utrzymać rodzinę i Hanę Jaffe, dziewczynka pod jej skrzydłami doczeka końca wojny. 

W roku 1945 muszą – wraz z innymi - opuścić Wilno. Wszyscy jadą do Wrocławia, oni wolą Gdańsk. Niebawem Franciszek zostanie mistrzem cukierniczym. Do dziś wspomina się jego tort na imieniny żony, kawowy, zdobiony kremową konwalią…

Gedymin Grubba

Gedymin Grubba, lat 6 (na pierwszym planie) wraz z bratem, podczas koncertu na 4 ręce w Ognisku Muzycznym na Zaspie, lata 80. (fot. archiwum rodzinne)

Wybitny organista, kameralista, kompozytor i dyrygent urodził się w 1981 roku w Gdańsku, w rodzinie, gdzie kochało się muzykę, gdzie się muzykowało. Jako pięciolatek uczył się gry na pianinie w Osiedlowym Ognisku Muzycznym na Zaspie. Dwie dekady później zostaje absolwentem Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku w klasie organów prof. Romana Peruckiego i w klasie kompozycji prof. Eugeniusza Głowskiego. 

Uczestniczy w kursach mistrzowskich interpretacji muzyki organowej i improwizacji w kraju i za granicą. 

Od 1996 roku wykonał dwa i pół tysiąca koncertów w niemal całej Europie, Ameryce Północnej (Kanada, Meksyk, USA – 25 Stanów), Ameryce Południowej (Brazylia, Boliwia, Chile), Afryce Południowej, Azji (Japonia, Singapur, Hong Kong, Kazachstan, Kirgistan) oraz Australii i Nowej Zelandii. Rocznie gra blisko sto koncertów na całym świecie, od małych, wiejskich kościołów na Pomorzu po katedrę Notre-Dame w Paryżu. Nawet na Syberii!

Jest laureatem konkursów organowych i kompozytorskich.

W 1999 roku zainicjował Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej w Katedrze w Pelplinie, którego do dziś jest dyrektorem. To obecnie jedna z największych i najbardziej prestiżowych cyklicznych imprez kulturalnych tego typu w Europie, skupiająca artystów i słuchaczy z całego świata. Festiwal przyczynił się m.in. do rekonstrukcji unikatowych, XVII-wiecznych barokowych organów katedry, które zostały oddane do użytku w 2003 roku. 

Laureat wielu prestiżowych wyróżnień, m. in.: „Pro Ecclesia et Populo” czy „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. 

Kompozytor utworu poświęconego Beatyfikacji Jana Pawła II, a w 2014
Kanonizacji Papieża Polaka. Egzemplarze płyt i partytury zostały zawiezione do Watykanu. 

Krystyna Łubieńska

Łysa Góra w Sopocie, lta 60. (fot. archiwum prywatne)

Urodzona w Warszawie w roku 1932 aktorka na scenie Teatru Wybrzeże pojawiła się po raz pierwszy w roku 1958, od razu jako Piękna Helena w sztuce „Wojny Trojańskiej nie będzie”. W gdańskim teatrze była ponad pół wieku. W swoim dossier miała ponad 200 ról. Najchętniej wspominała Ofelię, którą zagrała w „Hamlecie” u Andrzeja Wajdy w 1960 roku. Zagrała tę rolę ponownie mając ...lat 81! W projekcie „Ofelie. Ikonografie szaleństwa”. 

Miała szczęście do wybitnych reżyserów, partnerowali jej znakomici aktorzy: Hübner, Cybulski, Kobiela, Maklakiewicz. 

Należała do aktorek wiecznie młodych. Nie obchodziła urodzin, nie liczyła lat. 

Długo świetnie wyglądała, zadziwiała energią i sprawnością fizyczną, nie dawała się czasowi. - Sport zawsze wzmacniał mojego ducha – mówiła. - To mi dało siłę i nieśmiertelność ciała. Trzymałam się słów mamy: „Masz kłopot - tysiąc metrów przepłyniesz i nie masz kłopotu”.  Całe życie się gimnastykowałam, pływałam. Ruch, narty, na punkcie sportu miałam fioła! Pływałam od dziecka do późnych lat. Gdy pojechałam do Ameryki promować film „Mój stary”, w którym zagrałam z Adolfem Dymszą, to pierwsze o co zapytałam wysiadłszy z samolotu to: - Czy jest tu jakieś jezioro? 

Sport, jak wyznała kiedyś, kochała bardziej niż teatr. Uwielbiała też naturę. Jej piękno było jej niezbędne do życia. Poza tym, mawiała, w tym zwariowanym świecie tylko przyroda może nas uratować.

Przyszła na świat w Warszawie, ale zapewniała, ponownie urodziła się w Sopocie, tak bardzo kochała to miasto, zwłaszcza swój piękny dom z ogrodem w jaśminach. Zamieszkała tu z mamą w połowie lat 60.

Wrażliwa na piękno słowa, kochała poezję i promowała młodych twórców. 

Jej ostatnia rola, którą zagrała mając 89 lat to Stara Aktorka w słuchowisku Radia Gdańsk „Pajace”.

Zmarła dwa lata później. Spoczywa w Sopocie. 

Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska

Beztroskie wakacje, lata 30. (fot. archiwum prywatne)

Z urodzenia Warszawianka. Żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka Powstania Warszawskiego. Kiedy Polska znalazła się pod okupacją, pomyślała: „Trzeba działać!”. Ale najpierw chciała zdać maturę. Przygotowuje się na tajnych kompletach. W 1942 roku przystępuje do egzaminu. Temat: „Ideały młodzieńcze Adama Mickiewicza i epopeja męczeńska młodzieży wileńskiej”. 

1 sierpnia 1944. Ma 20 lat. Jej konspiracyjny dowódca przyjeżdża pod dom, gdzie mieszka, na rowerze. Na ramie wiezie ją do powstania. Był w nas entuzjazm, radość! - wspominała po latach. 

Kiedy powstanie upadło mogła wyjść z miasta jako żołnierz z innymi powstańcami. Odmówiła, by zaopiekować się młodszą siostrą Janką, też uczestniczką zrywu. Wiezione do obozu pracy w Niemczech, uciekły z pociągu. Wspierały się całe życie.

Po wojnie cała rodzina zamieszkała w wielopokoleniowym domu w Sopocie. - Morze… Dla tych, którzy przyjechali tu ze spalonej Warszawy to było coś niewyobrażalnego – mówiła.

Aby Janka mogła skończyć medycynę, Elżbieta rzuciła studia i zaczęła pracę, najpierw jako sekretarka, potem w księgowości. Po śmierci ojca w roku 1947 to na niej spoczęło utrzymanie rodziny. 

- Wojna to była dla mnie ważna szkoła życia. Lekcja, którą warto było odrobić. W konspiracji nauczyłam się rzeczy, które przydają się i dziś. To punktualność, dyskrecja, dyscyplina, posłuszeństwo i odwaga. Nadal są aktualne – powtarzała młodym, dla których była autorytetem.

- Są chwile z naszej historii, które przypominają, że można przetrwać i najtrudniejszy czas. Takie myślenie wzmacnia psychikę. Dobrze też działa tężyzna fizyczna. Ona sprawia, że łatwiej jednoczyć się w poczuciu wspólnoty. Z całym światem – mówiła. 

Dożyła 101 lat. Była przekonana, że dobrą formę zawdzięczała nieustającej ciekawości świata i pogodzie ducha, wewnętrznej harmonii. Twierdziła, że życie jest wspaniałe.

Joanna Teresa Wcześny z d. Ingielewicz

Jest terapeutą osieroconych, dzieci i młodzieży. Rodziną Zaprzyjaźnioną dla sześcioletniego chłopca z Domu Dziecka (fot. archiwum rodzinne)


Ceniona specjalistka z zakresu pedagogiki specjalnej zajmująca się edukacją, rehabilitacją oraz wsparciem niewidomych, słabowidzących oraz osób z niepełnosprawnością intelektualną. Certyfikowany arteterapeuta, nauczyciel akademicki, członek Stowarzyszenia Arteterapeutów Polskich „Kajros”.

Urodziła się w Gdańsku. Rodzice: Weronika Ingielewicz z d. Żalis oraz Antoni Ingielewicz przybyli na Wybrzeże z Nowojelni na Kresach. Antoni był tam kolejarzem, odznaczonym przez Prezydenta Ignacego Mościckiego Brązowym Krzyżem Zasługi za wzorową pracę dla Polski.

Absolwentka Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, Uniwersytetu Gdańskiego, Instytutu Ericksonowskiego w Łodzi oraz Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Gdańsku na Wydziale Instrumentalnym.

W latach 70. i 80. twórczyni Teatru Poezji Niewidomych i Poradni Niewidomego Recytatora Polski Północnej oraz Ogólnopolskich Warsztatów Poetyckich Niewidomych.

Twierdzi, że praca z niewidomymi czy z osobami z innymi niepełnosprawnościami jest, wobec niedoskonałości tego świata, wyjątkową lekcją pokory, szacunku i uznania dla życia ze wszystkim, co nam zsyła. To także umiejętność świadomego odkrywania siebie. Dla drugiego Człowieka.

W Akademii Walki z Rakiem Fundacji Hospicyjnej w Gdańsku, prowadzi warsztaty z cyklu „Zatrzymaj się…”- uważa, że to czas twórczego myślenia, działania i bycia razem tu i teraz. Jest terapeutą osieroconych, dzieci i młodzieży, a także Rodziną Zaprzyjaźnioną dla sześcioletniego chłopca z Domu Dziecka.

Do życiowych sukcesów zalicza udaną relację z synem i wnukiem, wyzwania

zawodowe, których nie ma końca - nawet po 50 latach pracy - oraz satysfakcję ze spotkania wyjątkowych ludzi. Mówi: - Idąc przez życie, patrzę, słucham, czasem coś zapisuję. Zawsze troską obdarzam Człowieka.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

ReklamaZiaja kuracja peptdowa
Reklama
Reklama
Reklama