„Goło, ale wesoło” – głosił slogan popularny w Polsce, zwłaszcza w latach 80. ubiegłego wieku. Kreatywność Polaków nie znała wówczas granic, poczynając od farbowanej tetry, robotniczej flaneli, repasacji pończoch czy krempliny z przemytu.
Ta kreatywność brała się z konieczności. PRL-owska moda to moda... niedostatku. Nosiło się to, co było dostępne i co ewentualnie dało się przerobić. Mało kogo było stać na nowe ubrania, zwłaszcza te bardziej pożądane, jak dżinsy czy ortalionowe płaszcze przeciwdeszczowe, dlatego sięgano po fasony możliwe do wykonania w domu. W latach 70. pojawiły się np. modne spódnice bananowe, długie do ziemi, które można było samemu uszyć. Samodzielne szycie to także znak szczególny tamtych czasów. Ale to też powodowało, że stroje były unikalne.
Płaszcze ortalionowe były marzeniem modowym pokolenia moich rodziców w latach 60. Skąd to szaleństwo?
To była nowość technologiczna. Te płaszcze były całkowicie wodoodporne, w przeciwieństwie do modeli z woskowanej gabardyny, które niekiedy przepuszczały wodę. Poza tym były bardzo lekkie i w dodatku w różnych, żywszych kolorach. Posiadanie takiego płaszcza świadczyło o statusie społecznym, podkreślało światowość właściciela.
Nie zna życia ten, kto nie przymierzał spodni na bazarku za zasłonką - to pana słowa. A młodzi w PRL mieli marzenie - posiadać prawdziwe dżinsy z zagranicy. I polski rynek odpowiedział na to marzenie rodzimą produkcją spodni z materiału zwanego teksasem.
Przemysł PRL próbował, raczej nieudolnie, odpowiedzieć na to zapotrzebowanie, wypuszczając w późniejszych latach spodnie marki Odra. Jednak nie zdobyły one takiej akceptacji, jak te przywożone z zagranicy bądź kupowane w sklepach Pewexu za dolary lub bony dolarowe. Nikt tych „teksasów” nie chciał specjalnie kupować. Nie tylko dlatego, że miały zupełnie inny krój, niż oryginalne dżinsy. Ale się też dużo gorzej układały, bo nie były szyte w całości z bawełny, tylko miały domieszkę włókien sztucznych.
No i przede wszystkim nie miały zachodniej metki...
To prawda. Ale ciekawostką jest to, że dzisiaj spodnie marki Odra w dobrym stanie, są warte na rynku kolekcjonerskim około 700 złotych.
W socjalistycznej Polsce pojawił się pewien styl antyelegancji - czyli gumofilce, kufajki, waciaki. Widziało się je nawet na ulicach.
Paradoks polegał na tym, że to było dostępne, ale niewiele osób chciało w tym chodzić. Było cenione za pewną wytrzymałość. Teraz produkuje się ubrania tak, że szybko się zużywają i trzeba je wymieniać na nowe. Wtedy rzeczy były trudniejsze do zdarcia, chociaż buty się często rozklejały. Ale ludzie szukali ubiorów długotrwałych, bo nie wiedzieli, czy będą mieli pieniądze na nowe albo czy jakieś ubrania będą dostępne w sprzedaży. Gramatury tamtych materiałów, z których szyto stroje, były znacznie wyższe, niż dzisiaj. Wtedy taki płaszcz czy kurtka wytrzymywały całe dekady. Zresztą gumofilce też były produkowane tak, aby jak najdłużej wytrzymały, w przeciwieństwie do dzisiejszych kaloszy.
CZYTAJ TEŻ: Bursztyn w najróżniejszych odsłonach
W PRL pojawiła się również uniformizacja - mundury górników czy stoczniowców, w których mieli się pokazywać przy różnych ważnych okazjach.
Jednak dążenia do całkowitej uniformizacji nie powiodły się. Np. stroje młodzieżowych organizacji, wzorowanych na radzieckich pionierach, nie przyjęły się w Polsce na taką skalę jak w innych krajach (z wyjątkiem ubiorów socjalistycznych organizacji młodzieżowych, od lat 60. coraz rzadziej używanych). Ale władze się nie poddawały. Jednym z elementów uniformizacji były szkolne mundurki – granatowe (dla dziewczynek fartuszki, dla chłopców koszule), z odpinanymi białymi kołnierzykami, wykonane często ze sztucznego tworzywa. Na rękawy naszywano tarcze szkolne z numerem i patronem placówki. Co odważniejsi uczniowie przypinali je na agrafki, a szczególnie wyróżniający się mogli dodać czerwoną naszywkę z napisem „wzorowy uczeń”.
Ale mundury górnicze przyjęły się. Górnicy zawsze byli dumną i zwartą grupą zawodową. Ich wzorem, próbowano podnieść status społeczny i pozycję innych grup zawodowych. Pojawiły się np. propozycje mundurów galowych dla hutników. Na wystawie w ECS w Noc Muzeów będzie można obejrzeć mundur galowy stoczniowca. To może budzić zaskoczenie, bo on się nie utrwalił w zbiorowej pamięci.
ZOBACZ TAKŻE: Lato w Sopocie, gdy nie było jeszcze strojów kąpielowych. Jak się ubierano?
Osobną grupą, która sama się w pewnym sensie zuniformizowała, byli bikiniarze.
Bikiniarzy nie było dużo. Ale przeglądając kroniki filmowe i artykuły z tamtych czasów, można dostrzec strach władzy przed bikiniarzami, która traktowała ich jak zagrożenie. Bikiniarzy fascynowała kultura amerykańska, która w latach 50. była absolutnym złem. To przecież Adam Ważyk pisał, że „po coca coli błogo, różowo…”, dodając, jakie te Stany są złe. A tu nagle wykwitła grupa mocno w Amerykę wpatrzona, próbująca przeszczepić te wzorce na polski rynek. Władza ludowa obawiała się tego, że bikiniarze będą się rozprzestrzeniać. Że nie zechcą być zetempowcami i słuchać Bieruta, tylko będą słuchać jazzu i czytać Leopolda Tyrmanda. Starano się tych młodych ludzi zwalczać na wszelkie sposoby, wyśmiewając i piętnując.
Bikiniarz to kolorowe skarpetki, ale nie tylko.
To także wąskie, krótkie, kończące się nad kostką spodnie, tak żeby te kolorowe skarpetki były widoczne. W Polsce wtedy noszono spodnie klasyczne - dłuższe zakrywające piętę buta i szersze. Bikiniarze nosili też buty na grubej podeszwie, zwanej słoniną. Fryzura musiała być dłuższa z tyłu, tzw. plezera, i wypomadowana, czasem schowana pod kapeluszem nazywanym „naleśnikiem”. Sznytu dodawały kolorowe krawaty, ręcznie malowane. Bo miały wzory, których w PRL nie można było dostać. To były albo palmy - nawiązujące do amerykańskich prób jądrowych na atolu Bikini, albo pin up girls.
Mniej więcej dekadę później, po bikiniarzach, pojawili się hipisi.
Ich też dużo nie było. Ale się wyróżniali. Nosili długie włosy, koraliki i inne ozdoby, a także kolorowe stroje. Propaganda komunistyczna zareagowała na nich podobnie jak na bikiniarzy - świętym oburzeniem. Były przypadki zmuszania młodych ludzi do obcinania włosów. Kamil Sipowicz w książce „Hipisi w PRL-u” napisał, że było ich kilkuset w Polsce. Ale wyróżniali się, bo byli głośni i kolorowi i mocno kłuli w oczy w dekadzie Gomułki.
W epoce gierkowskiej te nastroje nieco zelżały. Nie było tego polowania na inność.
To już była zupełnie inna rzeczywistość, z ABBĄ w telewizji, z koncertującym w Polsce zespołem Boney M. Polacy zaczęli też częściej wyjeżdżać za granicę i przywozić modowe nowinki. Do konserwatywnej Polski Ludowej trafiły nawet mini spódniczki. Ale to nie trwało długo. Bo już w połowie lat 70., kiedy pojawił się kryzys ekonomiczny, ludzi nie było stać na te bardziej luksusowe rzeczy. I znowu w narodzie obudziła się żyłka do kreacji - robienie na drutach, na szydełku było niemal na porządku dziennym. Wystarczyło spruć stary sweter i wydziergać nowy.
Paczki z Zachodu to był przez cały PRL przedmiot pożądania.
Oryginalne dżinsy czy T-shirty Levis’a pochodziły właśnie z paczek. W serialu „Zmiennicy” jeden z bohaterów chodzi cały czas w koszulce z napisem Levis. To pokazuje, jak młodzi takich rzeczy pożądali. I one pochodziły albo z paczek, albo - jak w przypadku Trójmiasta - także od marynarzy. Rodziny marynarzy miały dostęp do bardziej luksusowych przedmiotów, np. zegarków. Stąd w Gdyni jest osiedle potocznie zwane Zegarkowem. A potem doszły zachodnie stroje. Pojawił się też skomplikowany system wymiany handlowej, nie tylko z krajami zachodnimi. Polacy w Związku Radzieckim wymieniali rzeczy na złoto, po czym jechali na Węgry albo dalej na południe, żeby towar wymienić na kryształy, po to aby ostatecznie przywieźć bardzo modny kożuch turecki lub tureckie swetry, które wtedy były także przedmiotem pożądania.
PRZECZYTAJ TEŻ: W co kiedyś ubierano się na Kaszubach? Muzeum szuka eksponatów na wystawę
Bardzo tamta moda różniła się od dzisiejszej?
Oczywiście. Z jednej strony łatwiej było się wyróżnić w szarej rzeczywistości i przy ograniczonym dostępie do modnych ubrań. Z drugiej strony skompletowanie oryginalnych rzeczy wymagało niemałego zachodu, nomen omen.
Dzisiaj mamy wszystko niemal na wyciągnięcie ręki i to często za niewielkie pieniądze. Różne, światowe platformy odzieżowe wprowadzają po kilka tysięcy modeli tygodniowo. To niesamowite tempo. A w Polsce Ludowej albo się szło do krawca, co także i teraz jest sporym wydatkiem, albo kupowało to, co było w sklepach i przerabiało. A że ubiory były trudniej dostępne i przez to droższe, bardziej się o nie dbało. Dzisiaj, jeśli zniszczymy kurtkę, to niemal natychmiast kupujemy nową. Jak w PRL taka kurtka się zniszczyła, to znaleźć kolejną od ręki było problemem, nie mówiąc o tym, że nie zawsze przeciętnego Polaka od razu stać na taki zakup.
Wtedy nawet poprzez przeróbki próbowano wycisnąć z jednej rzeczy, ile się da. A dzisiaj zamienia się ją od razu na coś nowego.
Wystawa „Historia pewnej mody” będzie dostępna podczas Nocy Muzeów (16 maja) w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Tam więcej będzie można się dowiedzieć i przede wszystkim zobaczyć, jak radzono sobie w dobie wszechobecnych niedoborów. Co do mody wnieśli młodzi? Jak manifestował się w stroju opór wobec systemu? Tymi i wieloma innymi ciekawostkami dzieli się dr Grzegorz Piotrowski z ECS, socjolog z działu naukowego ECS.
























Napisz komentarz
Komentarze