Patryk Gochniewski: Emocje już trochę opadły?
Krzysztof Sarnek: Zdecydowanie tak. Od bodaj dziewięciu lat nie mieliśmy takiej trasy po Polsce, zwłaszcza po czterech latach przerwy od wspólnego grania. Specjalnie na tę trasę przygotowaliśmy nową produkcję audio-wizualną. Oczekiwania były duże, w związku z czym też niepewność jak wypadniemy, i jaki będzie odbiór tego wśród słuchaczy. Na szczęście występy te udowodniły nam, że nadal czujemy te iskrę, czujemy podobny vibe i to wciąż rezonuje z naszymi słuchaczami.
To kolejny raz, kiedy z wami rozmawiam i jest was mniej…
K.S.: Tak się potoczyły nasze losy, że z różnych życiowych przyczyn kolejno ubywało członków zespołu. Tym razem był to Krzysztof Zaczyński, który jest jednym ze współtwórców zespołu i był w nim od zawsze. Rozstanie z nim było bardzo trudną decyzją dla nas wszystkich, ale niestety tak w życiu bywa, że aby pewne rzeczy mogły trwać dalej, to potrzebne są zmiany. Krzyśkowi za te wszystkie lata serdecznie dziękujemy.
Mówi się, że nic nie dzieje się bez przyczyny i że jak spadać to z wysokiego konia. W waszym przypadku chyba te powiedzenia są prawdziwe.
K.S.: Coś w tym jest. Nasze losy zawsze były trochę nietypowe, czasem wręcz burzliwe, były wzloty, ale i upadki. Stąd też pewnie perturbacje personalne, przez które przechodziliśmy przez te wszystkie lata. Wierzymy, że te doświadczenia uczyniły nas silniejszymi ludźmi, bardziej świadomymi muzykami, co będziemy w stanie przekuć na aspekt twórczy i stworzymy coś, co będzie naturalna kontynuacja drogi przez nas obranej.
Piotr Gierzyński: Zgodzę się co do pierwszej części - los pokazał, że rzeczy nie dzieją się bez przyczyny. Gdy patrzysz w przeszłość z myślą, co mogłeś zrobić inaczej, lepiej, to znajdujesz wiele rozgałęzień którymi mogłem pójść i które, jak się wydaje, dałyby lepszą kontynuację tej historii, ale gdy spojrzysz na miejsce w którym jesteś, na splot tych wszystkich nici to odnosisz wrażenie, że ta mozaika jest pełna i taka, jaką być miała. Nie czuję jednak, żeby określenie „spadania z wysokiego konia” było adekwatne. Może dlatego, że jak jesteś w czymś wewnątrz, jak już siedzisz na tym koniu, to nigdy nie widzisz jaki on jest. Dla nas nigdy nie był ani wysoki, ani niski. Nie widzieliśmy jak rośnie lub się kurczy, to po prostu była droga. Idziesz nią nie dlatego, że na horyzoncie jest nagroda. Idziesz, bo to twoja droga.

Czy w tym wszystkim macie w sobie jakiś rodzaj żalu? Że oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością?
K.S.: Może to zabrzmi dziwnie, ale ja zawsze wierzyłem w powrót zespołu pomimo różnych okoliczności, które sugerowały, że to już koniec i pora ruszyć z czymś nowym. U mnie bardziej zamiast żalu tliła się nadzieja, że warto być cierpliwym i przeczekać trudne czasy, bo nigdy tak naprawdę nie wiadomo co przyniesie jutro i czym nas przyszłość zaskoczy.
P.G.: Staram się żal zamieniać we wdzięczność. Jest we mnie bardzo dużo wdzięczności.
Był rok 2017 - chyba peak waszej działalności. Trasa po Europie i spore plany. Musieliście to jednak wszystko pozmieniać. Wróciliście po czterech latach. Później kolejny przestój, teraz znowu powrót. Spoiwo ostatecznie się… spoiło?
K.S.: Tamten rok był pod wieloma względami przełomowy, byliśmy rozpędzeni dzięki graniu wielu koncertów w Polsce i za granicą, w tym na wielu uznanych festiwalach, ale jak to w przypadku takich długich podróży bywa, powstało sporo napięć i trudności. Konsekwencją czego na początku 2019 Simona oraz Paweł oficjalnie opuścili zespół, z kolei na dobre dołączył do niego Patryk Piątkowski i wtedy to prace nad drugim albumem bardzo mocno ruszyły do przodu, w dużej mierze dzięki niemu. Wniósł niesamowicie dużo nowej i świeżej energii w proces twórczy. W trakcie prac nad albumem trwała pandemia, która mocno tylko skomplikowała sytuacje...
P.G.: To jest bardzo humanizujące doświadczenie, ten zaklęty krąg marsz-upadek-rana-blizna-wniosek-marsz. Choć czasami chciałbym, żeby było inaczej, to koniec końców jestem wdzięczny, że tak jest. W każdej iteracji tego zespołu Spoiwo się zespajało i rozspajało pod wpływem wydarzeń i jedyne, co możemy zrobić, to eliminować te czynniki, na które mamy wpływ. Życzyłbym wszystkim, aby jak najdłużej zostało spojone.
Te blisko dziesięć lat temu powiedzieliście, że działacie z żelazną dyscypliną. To jednak nie przełożyło się na rozwój, ponieważ pojawiły się turbulencje. Wydaje się jednak, że tej dyscypliny nie zarzuciliście, skoro ponownie wstajecie z desek. I to w spektakularnym stylu.
K.S.: Ja bym powiedział, że właśnie dopiero teraz w naszym „drugim wcieleniu” obiecaliśmy sobie, że będziemy pracowali z taką dyscypliną i uczciwością jakiej trochę brakowało w przeszłości. Jestem pewny, że teraz przynosi to owoce w postaci jakości występów, które weszły na nowy poziom. Atmosfera wewnątrz nas jest bardzo zdrowa i przyjazna. Mimo że dwóch z nas już ma 40 lat, to mamy chyba ten sam entuzjazm do działania co wtedy, gdy zaczynaliśmy mając nieco ponad 20 lat.
P.G.: Patrząc na to jak działamy dziś, zastąpiłbym tamto słowo „uporem”. My po prostu uporem torowaliśmy sobie drogę. Nie uporem toksycznym, hegemonicznym, a uporem opartym na wierze. Jeśli już mamy rozpatrywać sprawy w kontekście „rozwoju”, to nie zgodzę się z tym, że nie przełożyło się to. Gdyby tak było to nie mówilibyśmy tu o trasie po Europie (i kolejnych w następnych latach), o OFF Festiwalu czy wielu innych festiwalach zagranicznych i zainteresowaniu z zewnątrz. Małą łopatką, w rękach rozmarzonych dzieciaków kopaliśmy tę drogę, ale droga ma to do siebie, że im dłużej nią idziesz, tym więcej czeka na ciebie niebezpieczeństw. To są te turbulencje. Bardzo trudno ich uniknąć, szczególnie kiedy zakładasz swój pierwszy zespół jako nastolatek, nie masz innych doświadczeń, nie wiesz, jak by mogło być albo jak powinno to wyglądać i jak to się zmieni po latach. Które z tych rzeczy, które na początku są drobne, staną się brzemieniem nie do udźwignięcia. Jak praca, życie osobiste, usposobienie mentalne, choroby i wszystkie te rzeczy po drodze mogą wpłynąć na to, co robisz. Ale tak jak mówisz, najważniejsze jest to, że wstajemy z desek i, jak czuję, silniejsi niż wcześniej.
Jak długo trwały przygotowania do obecnego powrotu na scenę?
K.S.: Pierwszą próbę w tym składzie zrobiliśmy w okolicach świąt Bożego Narodzenia 2024 roku, a pierwszy bojowy test nastąpił pod koniec sierpnia 2025 na festiwalu Dwie wieże w malowniczym miasteczku Gubin graniczącym z Niemcami. Prawdziwy sprawdzian przyszedł jednak w październiku 2025, gdzie przyszło nam zagrać przed własną publicznością w gdańskim Żaku. Paradoksalnie większy stres towarzyszył nam przed tym drugim występem.
Wracacie z „Martial Hearts”, płytą wydaną przed pięcioma laty. Dziś w muzyce to jest absurdalnie długi czas. Na horyzoncie majaczy się kolejne wydawnictwo czy jeszcze trochę na nie poczekamy?
K.S.: Podczas trasy w marcu premierę miały dwa nowe utwory, które nie mają jeszcze tytułów, i wciąż są w procesie tworzenia aranżacji, ale przygotowujemy pewną niespodziankę, której efekty powinny się pojawić wkrótce. Ponadto obecnie skupiamy się na próbach, aby eksplorować nowe brzmienia i formy ekspresji, ale można powiedzieć że nowa muzyka Spoiwa pojawia się na horyzoncie.
Odnoszę wrażenie, że mimo zmniejszenia składu, wcale nie jest was mniej. Wręcz przeciwnie - wyszło wam to wszystko na dobre. Muzyka brzmi potężnie jak nigdy wcześniej.
K.S.: Dziękuję, taką opinie słyszeliśmy już wielokrotnie podczas trasy. Cieszy nas to, że ludzie to dostrzegają i mają pozytywny odbiór naszego spektaklu. Tu przede wszystkim duże słowa uznania dla Mateusza Reinerta, który od czasu naszego comebacku pełni rolę naszego realizatora dźwięku oraz światła i wywiązuje się z tej roli znakomicie. Świetnie wkomponował się w nasz team wnosząc do niego dużo pozytywnej energii. Po raz kolejny chciałbym też wspomnieć Patryka, któremu zawdzięczamy to, że nasze utwory na żywo zyskały wartość dodaną i brzmią jeszcze lepiej niż na płycie. To dzięki jego umiejętnościom, wiedzy i cierpliwości oraz dziesiątkom godzin spędzonych w „bebechach” tych utworów brzmienie jest bardziej monumentalne, jak trafnie to zauważyłeś. Ja oraz Piotrek również wykonaliśmy rzetelną pracę, aby nasza gra była na wyższym poziomie niż kiedykolwiek wcześniej i myślę, że mogę uczciwie przyznać, że udaje się zrealizować to co sobie założyliśmy.
P.G.: Bardzo się obawialiśmy tego powrotu w mniejszym składzie i dokonaliśmy wielu starań, żeby to był powrót godny, zadośćuczyniający tej płycie, zespołowi i wszystkim, którzy go współtworzyli. Jak się dość szybko okazało obawa była bezzasadna. Tak jak Krzychu mówi, usłyszeliśmy wielokrotnie, że w ogóle tego nie czuć, w dodatku sporo osób podkreślało, że ich zdaniem to najlepiej brzmiąca, najdojrzalsza i w ogóle najlepsza wersja tego zespołu. Takie słowa bardzo nas wzmacniają, dają poczucie spełnienia tego celu i dalszą motywację. Tu również pełna zgoda z Krzychem - ogromna w tym zasługa Patryka, który niestrudzenie, a czasami wręcz obsesyjnie dąży do perfekcji i Mateusza, który naszą wizję przekuwa w czyn.

Ponowne wyjście na scenę zakończyło się rewelacyjnym przyjęciem na Sea You, dostaliście nawet nagrodę publiczności. Jednak zanim wróciliście do Gdańska, odwiedziliście kilka innych miast - jak tam was przywitano?
K.S.: W każdym z tych sześciu miast spotkaliśmy się z serdecznością i życzliwością, zarówno ze strony obsługi klubów, w których graliśmy, jak i muzyków zespołów towarzyszących czy wreszcie publiczności. Poznaliśmy sporo nowych świetnych ludzi, dla których to było pierwsze spotkanie z nami, jak również spotkaliśmy sporo dawno nie widzianych twarzy, za którymi bardzo tęskniliśmy przez te wszystkie lata. W każdym z miejsc grało się nam bardzo fajnie i cała trasa przebiegła prawie bez większych problemów. No, może oprócz tego, że dopadła mnie pechowo choroba na samym starcie trasy.
Wspominam o tej nagrodzie, ponieważ waży ona bardzo dużo. Dzięki niej trafiacie do line-upu Inside Seaside. Znam was i wiem, że zaraz mi odpowiecie, że nie myślicie o tym, że wszystko w swoim czasie, aczkolwiek muszę - czy jest choć promil nadziei, że to będzie najważniejszy punkt zwrotny w waszej karierze? Jednak występ obok takich marek jak Editors czy Maruja może zaowocować czymś wielkim.
K.S.: Myślę, że może być to jeden z najważniejszych momentów w naszej całej „karierze”. Z pewnością jest to szansa, by zostać dostrzeżonym przez szeroka publikę i ludzi z branży muzycznej w Polsce. Występ obok gwiazd światowej sławy jest zawsze bardzo ekscytujący i wyzwala w nas tę pozytywną adrenalinę i radochę, co w moim odczuciu działa na naszą korzyść, bo lubimy wyzwania i ten dreszcz emocji, który towarzyszy graniu na takich eventach organizowanych z rozmachem. Wierzę, że koncert na Inside Seaside otworzy nam nowe perspektywy na granie koncertów tego formatu nie tylko w Polsce, ale i zagranicą.
P.G.: Waży ona bardzo dużo, to prawda, tym bardziej że nigdzie nie wspomnieliśmy o tym, że taki konkurs będzie, nikogo nie zachęcaliśmy do głosowania. Naszym celem było opowiedzieć swoją historię muzyką, podać siebie na dłoni, z nikim się nie ścigać, z nikim nie rywalizować. W ogóle o tym nie myśleliśmy i nawet nie zakładaliśmy, że coś takiego może nas spotkać. Była tam masa wspaniałych zespołów, świetnych koncertów, zespołów z większą publiką. Gdy zadzwonił do mnie jeden z organizatorów z tą informacją szczerze mu powiedziałem, że pomylił zespoły, a jak zaprzeczył, to odparłem, żeby jeszcze raz policzył głosy bo to niemożliwe. Czasami jednak rzeczy niemożliwe wcale takimi nie są. Koncert na Inside to dla nas fantastyczna kontynuacja tej drogi, ale nadal - drogi. Bycie w zespole, a już na pewno niszowym, jak nasz, to nie jest historia wielkich zwrotów i spektakularnych momentów. Nie spełniamy kryteriów zespołu, którego jeden koncert może wyciągnąć go z niszy kilka pięter wyżej. Nie ma dla nas drogi na skróty - może prócz soundtracku do wziętej gry, serialu lub filmu. Ja wiem, że to kolejny ważny przystanek podróży. Zawsze jednak jest nadzieja, że ktoś cię zobaczy, zaproponuje coś, że dzięki temu odblokujesz jakąś opcję. Nauczyłem się, żeby na to po prostu nie liczyć i cieszyć się, jeśli się wydarzy.
Spoiwo w tej odsłonie będzie kontynuować drogę rozpoczętą na „Martial Hearts” czy znowu zaskoczy czymś nowym?
K.S.: Sami jesteśmy ciekawi dokąd nas zaprowadzi nasza wyobraźnia. Nasza trójka zawsze cechowała się tym, że słuchamy na co dzień trochę różnej muzyki i zawsze w Spoiwie było widać wypadkową naszych osobowości odmiennych gustów. Możliwe, że nowa muzyką będzie niejako naturalną kontynuacją tego co dotychczas stworzyliśmy, ale niewykluczone, że powstanie coś, co zaskoczy nie tylko naszych fanów, ale i nas samych.
Przez te blisko dziesięć lat od ówczesnej europejskiej trasy zmieniło się wiele. Rynek, wiadomo, ale też i wy. Jesteście już dojrzałymi ludźmi i zapewne inaczej patrzycie na przyszłość swoją i zespołu.
K.S.: Zmienił się i to bardzo, tak samo jak i my. Na pewno jesteśmy bardziej świadomymi osobami, jak i muzykami, których trudne perypetie nauczyły pokory i szacunku. Świadomi swojego wieku oraz stażu zespołu podchodzimy do tematu bardziej profesjonalnie i z większym zaangażowaniem niż kiedyś. Była mowa o dyscyplinie, jest ona obecna i respektowana dużo bardziej niż kiedykolwiek niż wcześniej. Co do widoku na przyszłość… patrzymy w tym samym kierunku i bardzo poważnie i priorytetowo poświęcamy swój czas zespołowi, aby ten nieustannie szedł do przodu.
P.G.: Jak to ze zmianami bywa, często znacząco zmienia się cała nadbudowa, a istotna wcale, bądź niewiele. W zależności od tego pod jakim kątem spojrzysz na sprawę, mogę powiedzieć, że zmieniło się wszystko albo niewiele. Jeśli chodzi o rynek, to jest to temat rzeka, ale raczej pogłębia się jego kapitalistyczny charakter - jest coraz silniejszy wobec słabych i coraz słabszy wobec silnych. Koszty organizacji koncertów i tras wzrosły astronomicznie, ceny biletów wraz z nimi. Małych klubów nadal jest garstka, są coraz droższe. Nie zmieniło się to, że jeśli jest to twoja pasja, to będziesz ją dźwigał, tyle że wyższym kosztem. Podobnie z nami. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy innymi ludźmi, a w innych sytuacjach, widzę po prostu tę zgraję dzieciaków niezmienionych od lat. Jeśli chodzi o moje cele to na pewno doszło do przewartościowania. Chciałbym, żeby to trwało. Chciałbym, żeby to było. Nic więcej mi nie potrzeba niż ponownej możliwości bycia w tym.
Pytam o to w kontekście tego, że już trochę wielkiego grania liznęliście. Łącznie z Off Festivalem. Wciąż jednak nie po drodze wam z wytwórniami, a to jednak mogłoby być pomocne. Trochę przychylniej patrzycie dziś w ich stronę niż jeszcze kilka lat temu?
K.S.: To nie tak, że nie było nam po drodze, a raczej fakt, że do tej pory nie dostaliśmy w przeszłości oferty, która byłaby dla nas szczególnie satysfakcjonująca na wielu poziomach. Z drugiej strony zawsze bliska nam była idea DYI, która w zasadzie do dziś nam przyświeca, i do wszystkiego co osiągnęliśmy, doszliśmy sami. Często bardzo żmudną pracą po godzinach, o czym bardzo dużo miałby do powodzenia Piotr, trochę z konieczności manager naszego zespołu. Co do tematu wytwórni nie wykluczamy współpracy z którąś w przyszłości, o ile ta współpraca opierała by się na uczciwych i transparentnych zasadach dla obu stron.
P.G.: Wydaje mi się, że to nie jest tak, że nam nie było po drodze z wytwórniami. Staraliśmy się słuchać innych zespołów i czerpać z ich doświadczeń i na każdym kroku słyszałeś narzekania na wytwórnie. Szukam w myślach przykładów zespołów, które wypowiadały się inaczej i może gdzieś odnalazłbym maksymalnie kilka. Wniosek z ich wypowiedzi był prosty - albo dostaniesz się do istotnej, co nie oznacza od razu, że wielkiej, prężnie działającej, raczej zawężonej gatunkowo wytwórni albo możesz działać sam i na to samo wyjdzie, a może i lepiej. My nie mieliśmy chyba żadnej propozycji takiej wytwórni, więc po prostu wydawaliśmy sami. Jeśli taka propozycja się pojawi, to bardzo możliwe, że do takiej współpracy dojdzie.
No dobra, powrót mamy za sobą. Do Inside Seaside jeszcze trochę. Co w międzyczasie? Jakie plany ma Spoiwo?
K.S.: Na horyzoncie jest pewien bardzo duży i ważny festiwal zagraniczny, który jest już niemal przyklepany, ale jeszcze pozostają do spełnienia pewne kryteria formalne, mam nadzieję, że wkrótce będzie ogłoszenie. By zaspokoić ciekawość dodam, że jeżeli do tego dojdzie, będzie to nasz największy koncert w karierze pod względem produkcji, ilości publiki oraz skali wydarzenia. Do tego czasu spędzamy czas na sali prób i dłubiemy w dźwiękach, bo potrzeba tworzenia nowego jest w nas bardzo silna!
Na koniec zapytam dokładnie o to samo, co dawno temu, ponieważ ciekaw jestem jak zmieniła się wasza perspektywa. Czym dla was jest dzisiaj Spoiwo?
K.S.: Przygodą życia, która ukształtowała mnie jako człowieka i chcę, aby to trwało tak długo dopóki jestem w stanie stukać w bębny na poziomie takim, na jaki ten zespół zasługuje. Cokolwiek w moim życiu się nie wydarzy, chcę by ta przygoda trwała najdłużej jak to tylko możliwe.
P.G.: Zauważyłem, że rozumiem rzeczy dla siebie ważne i czym dla mnie były dopiero po czasie. Nie wiem czym jest dla mnie dzisiaj Spoiwo, a to znaczy, że jest czymś bardzo ważnym i czymś, co potrzebuje jeszcze czasu, żeby mi o sobie powiedzieć.


Napisz komentarz
Komentarze