Gdynia i jej bliźniacza jednostka Gdańsk powstały w drugiej połowie lat 20. w gdańskiej stoczni na zamówienie Żeglugi Polskiej. Przez kolejne lata woziły wycieczkowiczów po Zatoce Gdańskiej. Pod koniec sierpnia 1939 oba statki zmobilizowała Marynarka Wojenna.
– Miały być okrętami-bazami dla kutrów rybackich, które też zostały zmobilizowane, a które stacjonowały przede wszystkim w Jastarni, w Kuźnicy i w Gdyni. 2 września obie jednostki stały w Zatoce Puckiej. Gdynia bardziej na północ, na południe od Jastarni, a Gdańsk pod Mechelinkami. Tego dnia Niemcy przeprowadzili atak sztukasami. Bomba przełamała Gdynię, która zatonęła, według relacji część rufowa stała pionowo – opowiada Tomasz Zwara z Baltictechu.

Zginęło kilkadziesiąt osób z załogi – według różnych źródeł od 25 do 35. Ciężko ranny został dowódca, kapitan Stanisław Kosko, jedna z ważniejszych postaci polskiej floty handlowej okresu międzywojennego. Był absolwentem pierwszych roczników Szkoły Morskiej w Tczewie, w 1934–35 uczestniczył w rejsie dookoła świata Daru Pomorza, a od 1937 kierował Państwową Szkołą Morską w Gdyni. Zmarł w gdyńskim szpitalu 8 września 1939.
Usunięty, ale nie do końca
W odróżnieniu od niszczyciela Wicher i stawiacza min Gryf, zatopionych dzień później w porcie na Helu, wraku Gdyni Niemcy w czasie wojny nie podnieśli. Zrobiono to dopiero po wojnie. Na liście wraków przeznaczonych do usunięcia, sporządzonej przez Urząd Morski prawdopodobnie w latach 50., Gdynia figuruje z dość dokładną pozycją i głębokością 16 metrów. W dokumentach Polskiego Ratownictwa Okrętowego wrak odnotowano potem jako podniesiony i pocięty na złom. Formalnie więc przestał istnieć. Ale ówczesne „usuwanie” wyglądało inaczej, niż mogłoby się wydawać.
– Wraków na wodach przybrzeżnych było wtedy dużo i w zdecydowanej większości rozcinano je pod wodą materiałami wybuchowymi. Wyrwane elementy podnoszono dźwigiem i ładowano na barkę złomową. W wielu przypadkach zostawała dennica, czyli stępka z samym dnem jednostki. Okręt, który zatonął, najczęściej osiadał w mule, a nawet jeśli dno było twarde, to w ciągu kilku lat prądy powodowały, że obsypywał się piaskiem jak zaspa w zimie. Jeśli usunięto wszystko, co wystawało ponad dno, uznawano, że temat jest zamknięty – tłumaczy Zwara.
Wrak, który wołał
Trop pojawił się przypadkiem. Dwa lata temu, nurkując w pobliżu, Zwara znalazł na dnie mosiężną osłonę lampy z grawerunkiem „…ynia”.
– Trochę mówię, że ten wrak nas wołał. Wtedy zaczęła się kwerenda dokumentacyjna. Odświeżyłem sobie listę wraków do usunięcia i sprawdziliśmy pozycję. Okazało się, że Marynarka Wojenna czy Urząd Morski naniosły ją też na współczesną mapę morską, z dokładnością mniej więcej do stu metrów. No i popłynęliśmy.
Na dnie nurkowie zobaczyli usypisko szczątków – blach, mechanizmów, elementów instalacji elektrycznej – wystające miejscami na metr, półtora ponad dno. W centralnym miejscu leży drewniane koło sterowe o średnicy blisko dwóch metrów, wciąż przymocowane do postumentu z mechanizmem przenoszącym ruch na ster i do sporego fragmentu pokładu. To nie koło ze sterówki, które było mniejsze, ale drugie, prawdopodobnie awaryjne, umieszczone na śródokręciu.
– Pewnie pełniło też trochę funkcję atrakcji turystycznej. Turyści, którzy płynęli na pokładzie, mogli sobie to koło obejrzeć, dotknąć i zrobić przy nim zdjęcie. I takie właśnie zdjęcie pojawiło się po naszym ogłoszeniu – któryś z internautów zamieścił fotografię trzech osób, wyglądających na turystów, przy dokładnie tym kole. Jak się spojrzy na zdjęcia, które myśmy zrobili pod wodą, to jest to samo koło – mówi Zwara.
Tożsamość wraku potwierdził też właz pokładowy z polskim napisem – jak pamięta nurek, dotyczącym inspekcji wody pitnej. Takie opisy umieszczano na okrętach, żeby załoga się nie pomyliła. Jednostek z polskimi napisami nie zatonęło na Bałtyku wiele.
Koło do muzeum
Znalezisko zostało zgłoszone. Urząd Morski w Gdyni prawdopodobnie zamknie miejsce dla nurków, żeby zabezpieczyć szczątki. Muzeum Marynarki Wojennej chciałoby wydobyć koło sterowe i pokazać je publiczności. Podobnie było z wrakiem bombowca Lancaster, który Baltictech odnalazł niedawno w pobliżu gdyńskiego portu.
– Po dwóch nurkowaniach wiemy, że wydobycie koła oznacza, że trzeba je wyciągnąć razem z całą podstawą, a może i z fragmentem konstrukcji nadbudówki. Trzeba to zrobić z głową, żeby koła nie zniszczyć. Drewno w Bałtyku zachowuje się bardzo dobrze, ale jest nasączone wodą, miękkie i delikatne. To już nie jest ten sam przedmiot co nowe koło, świeżo od wytwórcy – podkreśla Zwara.
O historii ORP Gdynia, jej bliźniaczki ORP Gdańsk i kapitana Kosko będzie można posłuchać w poniedziałek, 26 października, o 17.00 w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. Wstęp wolny.



Napisz komentarz
Komentarze