Reklama

Bałtyk już nie jest bramą. Jest placem budowy i jednocześnie morzem frontowym

Rekordowe przeładunki w portach, farmy wiatrowe, elektrownia jądrowa – i jednocześnie zagłuszany GPS, sabotażyści do wynajęcia oraz rosyjska enklawa za miedzą.
Bałtyk już nie jest bramą. Jest placem budowy i jednocześnie morzem frontowym
Uczestnicy panelu Morze, które łączy, od lewej: Tomasz Sawczuk, Piotr Gorzeliński, Martina Quick, Paweł Wojtunik, Leszek Bonna i Alan Aleksandrowicz

Podczas Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie przedstawiciele portów, samorządu, Orlenu i szwedzkiej dyplomacji rozmawiali o tym, jak współpraca bałtycka może napędzać rozwój Europy. Najciekawsze okazało się to, co mówili na temat ryzyka.

Panel „Morze, które łączy” prowadził Tomasz Sawczuk z Polityki Insight, która dzień wcześniej opublikowała raport o potencjale gospodarczym północnych regionów Polski. To właśnie tu kumulują się inwestycje o znaczeniu strategicznym. Zdaniem wielu analityków, ale tez polityków, oznacza to, że gospodarczy środek ciężkości Polski przesuwa się nad morze.

Śląsk ustąpi Bałtykowi

Leszek Bonna, wicemarszałek województwa pomorskiego, swoje wystąpienie zaczął właśnie od zaakcentowania zmiany perspektywy. 

– Bałtyk przestał być bramą do świata. Stał się jednym z jego ważnych obszarów gospodarczych – mówił. – Po wejściu Szwecji i Finlandii do NATO basen Morza Bałtyckiego jest natowski, z wyjątkiem Rosji. Porty Gdańska i Gdyni zrobiły z regionu centrum logistyczne, morskie farmy wiatrowe i elektrownia jądrowa zmieniają jego geografię energetyczną. Wszyscy będziemy świadkami rewolucji przemysłowej na Pomorzu – zapowiedział, dodając, że nową infrastrukturę trzeba nie tylko zbudować, ale i chronić.

Paweł Wojtunik, wiceprezes Orlenu ds. bezpieczeństwa i ryzyka, a wcześniej m.in. szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego (2009-15), ujął to obrazowo: – Mówiąc o bezpieczeństwie energetycznym, o prądzie, częściej będzie nam się w przyszłości kojarzył Bałtyk niż Śląsk. 

Opowiedział też, jak w ostatnich dwóch dekadach zmieniła się agenda bałtyckiej współpracy. W latach 2006–07, jako przedstawiciel Komendy Głównej Policji, koordynował prace grupy państw Morza Bałtyckiego ds. bezpieczeństwa. 

– Rozmawialiśmy wówczas o ograniczeniu przemytu do państw skandynawskich produkowanych w Polsce narkotyków, o środowisku i przestępczości zorganizowanej – wspominał. Tymczasem na zainicjowanym przez Orlen we wrześniu tego roku Baltic Energy Forum mówiło się już o liniach przesyłowych i bezpieczeństwie energetycznym.

Według Wojtunika nawet Norwegowie czy Kanadyjczycy, mający ogromne doświadczenie w budowie infrastruktury morskiej, nigdy nie budowali jej w warunkach permanentnego zagrożenia atakiem ze strony innego państwa, jak to ma miejsce na naszym akwenie.

Port jako hub bezpieczeństwa

Alan Aleksandrowicz, wiceprezes Zarządu Morskiego Portu Gdańsk, przypomniał szacunki, według których pakiet inwestycji energetycznych na północy: elektrownia jądrowa, elektrownie gazowe, offshore i sieci przesyłowe – sięga 600 mld zł. I to bez ok. 10 mld zł inwestycji samego portu. Porty, przekonywał, nie są już miejscami stricte transportowymi, tylko hubami bezpieczeństwa: energetycznego, wojskowego i żywnościowego – dla ok. 100-milionowego rynku obejmującego Polskę, wschodnie Niemcy, Czechy, Słowację, zachodnią Ukrainę i północne Węgry.

– Gdańsk już przekroczył 80 mln ton przeładunków, a do końca roku może dojść do 85–86 mln ton – najwięcej w historii. Pod jednym warunkiem: że nie pojawi się kolejny „czarny łabędź”, na przykład zmasowane ataki Huti na infrastrukturę naftową Arabii Saudyjskiej. Połowa ropy przeładowywanej w Gdańsku pochodzi bowiem właśnie stamtąd. Z analizy przygotowanej przez port wynika, że w 2024 jego działalność przyniosła budżetowi ponad 44 mld zł z VAT, akcyzy i cła.

Prezes Aleksandrowicz zaznaczył jednak jednak, że skala inwestycji to wyzwanie nie tylko kadrowe, ale i społeczne: mieszkańcy będą potrzebowali mieszkań, szkół i opieki zdrowotnej.

Infrastruktura ociężała, zmiany błyskawiczne

Piotr Gorzeński, prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia, swoje wystąpienie zaczął od odwołania się do książki amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera „Szok przyszłości” z 1970. Toffler opisał w niej stan dezorientacji ludzi i instytucji, które nie nadążają za zbyt szybkimi zmianami.

– Z takim zjawiskiem mamy w mojej ocenie do czynienia teraz. Oczywiście nie zwalnia nas to z obowiązku działania. Jest to jednak działanie obarczone dużą dozą niepewności – mówił Gorzeński.

Dziesięć lat temu polskie porty przeładowywały 70 mln ton, w ubiegłym roku – blisko 130 mln. 

– Infrastruktura portowa z natury jest ociężała, buduje się ją latami, a musi za tym wszystkim nadążyć – mówił. Skoro przyszłości nie da się przewidzieć, jedyną rozsądną odpowiedzią, choć defensywną, jest uniwersalność portu: gotowość na każdą ewentualność.

Gdynia właśnie zakończyła projekt za 1,3 mld zł: tor podejściowy pogłębiono do 17 m, kanały wewnętrzne do 16 m, a nowa obrotnica o średnicy 480 m pozwala manewrować statkami o długości 400 m. Pierwszy taki kontenerowiec już zawinął do portu, ale z poprawy dostępu skorzystają też masowce – Gdynia pozostaje największym portem zbożowym na Bałtyku. Port wspólnie z PERN rozbudowuje terminal paliwowy z 3 do 6 mln ton rocznie, wkrótce otworzy terminal intermodalny sfinansowany z funduszy na mobilność wojskową, zdolny do przeładunku ładunków o masie 120 ton, a docelowo chce wyjść w morze – budując port zewnętrzny na sztucznej wyspie, bo od strony lądu otacza go miasto.

Gorzeński przyznał, że w Gdyni każdą inwestycję rozważa się dziś od razu pod kątem podwójnego zastosowania. 

– Już na etapie projektowania, jeśli wymagane są pewne zmiany, wprowadzamy je tak, aby infrastruktura mogła służyć także obronności – mówił.

Kluczowym słowem jest dla niego „alternatywa”. Dlatego tak ważne są Droga Czerwona i modernizacja linii kolejowej nr 201, dawnej magistrali węglowej, które uniezależnią Gdynię od połączenia współdzielonego z Gdańskiem. 

– Jeżeli nie ma się alternatywy, to żaden logistyk nie śpi spokojnie – przekonywał. – Redundancja kosztuje, ale jesteśmy w takim czasie, że musimy te koszty ponosić.

Szwedzki sojusznik 

Ambasadorka Szwecji Martina Quick podkreślała, że relacje polsko-szwedzkie rozwinęły się w ostatnich latach wyjątkowo szybko, Przypieczętowało je partnerstwo strategiczne podpisane w 2024, a w czerwcu 2026, podczas konsultacji międzyrządowych, premierzy obu krajów zainaugurowali Pakt dla Morza Bałtyckiego, który ma tę współpracę jeszcze pogłębić. Współpraca obronna to według niej znacznie więcej niż kupowanie i sprzedawanie sprzętu: chodzi o współprodukcję, także w Polsce, stosowanie tych samych systemów po obu stronach Bałtyku i transfer technologii. Szwecja, która od pół wieku korzysta z energetyki jądrowej, a po latach przerwy znów planuje budowę nowych reaktorów, widzi pole do współpracy przy polskiej transformacji energetycznej. 

– Tu jeden plus jeden to dużo więcej niż dwa – mówiła.

Nawiązał do tego Piotr Gorzeński, przypominając, że Gdynię od 30 lat łączą promy z Karlskroną – bazą szwedzkiej marynarki wojennej, gdzie mają powstać okręty podwodne dla Polski w programie Orka. Statki ro-ro Finnlines, łączące Gdynię z fińskim Hanko, pływają już dalej – do Beneluksu, Wielkiej Brytanii, a nawet do Bilbao.

Wspólnota interesów, ale konkurencja zostaje

Alan Aleksandrowicz przypomniał, że program inwestycyjny północy nie powstałby bez technologii i dostawców z innych państw bałtyckich. Gdy zaczynała się budowa polskich farm wiatrowych, Polska nie miała żadnego terminalu instalacyjnego – pierwsze operacje prowadzono z Bornholmu. Recepta? 

– Jasno rozdzielić to, co nas łączy, od tego, gdzie musimy konkurować. Takie są żelazne prawa rynku – mówił wiceprezes gdańskiego portu, który przewodniczy Baltic Ports Organization zrzeszającej ponad 40 portów regionu (rosyjskie wykluczono). Porty Trójmiasta i Kłajpedy określa się dziś jako „frontline ports”, najbardziej narażone na ryzyko. Wspólnie szukają m.in. sposobów na ciągłe zakłócanie sygnału GPS, który – jak przypomniał Aleksandrowicz – służy nie tylko do określania położenia, ale i czasu.

Zakłócenia odczuwa też Gdynia. 

– Wprowadzanie 400-metrowych jednostek, precyzja ich manewrowania wymaga doskonałych systemów nawigacyjnych, które w wypadku ataków na GPS są w znacznej mierze ograniczone – mówił Piotr Gorzeński.

Aleksandrowicz upomniał się też o wsparcie dla żeglugi ro-ro i ropax, także jako infrastruktury podwójnego zastosowania. Bałtyccy przewoźnicy zmagają się z rosnącymi kosztami, brakiem pracowników i opłatami za emisje w ramach ETS, a ich biznes jest znacznie mniej dochodowy niż połączenia między portami azjatyckimi. Kiedyś takie inicjatywy wspierano w ramach programu autostrad morskich. Teraz, jego zdaniem, to wsparcie znowu jest potrzebne.

„Aż się prosi, żeby coś tutaj zrobić”

Najbardziej niepokojąco brzmiał Paweł Wojtunik. Przestrzegał przed patriotyczną euforią w stylu „polski wiatr z polskiego morza zasili polskie domy”. 

– Moją rekomendacją byłoby zrozumienie, dlaczego ten boom występuje teraz i jakie niesie ryzyka – mówił. Popularność Bałtyku wynika po części z utraty funkcjonalności Morza Czarnego. Przez polskie wybrzeże płyną też paliwa i towary dla walczącej Ukrainy – Orlen jest największym dostawcą paliw, ropy i gazu dla tego kraju. Do tego bliskość obwodu królewieckiego. – Z punktu widzenia Rosjan aż się prosi, żeby coś tutaj zrobić, bo jest niedaleko – mówił.

Wojtunik zwrócił uwagę, że bezpieczeństwo to także to, co czują zwykli ludzie. 

– Dziś dron wyrzucony o tej porze roku na plażę w Polsce jest atrakcją turystyczną. W lipcu może spowodować zamknięcie działalności turystycznej w całym regionie – ostrzegał, przywołując zaminowane plaże w Odessie i drony wyrzucane na brzeg w Bułgarii. Zdradził też, że w Morskim Oddziale Straży Granicznej powstaje centrum bezpieczeństwa morskiego, obejmujące całe wybrzeże. W trybie 24/7, razem z marynarką wojenną, Strażą Graniczną, policją i służbami specjalnymi, sytuację wokół infrastruktury krytycznej będą tam monitorować również ludzie Orlenu i jeszcze jednej strategicznej spółki.

Zapytany o największe zagrożenia, mówił o powrocie Rosjan do metod sprzed epoki cyfrowej. Firmy coraz lepiej radzą sobie z zabezpieczeniami informatycznymi, ale kabli, linii przesyłowych, rurociągów i torów – „miękkich miejsc” – nie da się pilnować na okrągło. 

– Kiedyś mówiliśmy o terroryzmie i szpiegostwie. Teraz mówimy o sabotażu, o jednorazowych dywersantach opłacanych przez Rosję – tłumaczył.

Jako przykład podał Ukrainę, gdzie pracownika jednej z instytucji zaszantażowano zdjęciami jego dzieci przebywających na terenach okupowanych, by ten wprowadził do systemów państwowych złośliwe oprogramowanie, blokując je na dwa miesiące. Wspomniał też o uszkodzeniu we włoskich Alpach masztu linii energetycznej zasilającej pompy rurociągu naftowego TAL – takie zdarzenia mogą wywołać reakcję łańcuchową zakończoną blackoutem.

Leszek Bonna do zagrożeń dopisał zmiany klimatyczne – przypominając nawałnicę z 2017, w której na Pomorzu zginęły dwie harcerki – a także wciąż nieuprzątnięte z dna Bałtyku pozostałości po II wojnie światowej. Niedoboru kadr natomiast się nie obawia, wskazując m.in. na Związek Uczelni Fahrenheita, jak miejsce kształcenia wysoko wykwalifikowanych pracowników. 

Na koniec padła jeszcze jedna przestroga: by różne ekstremizmy nie zepchnęły regionu i całej Unii z obranego kursu.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama SWP Strategia 2035
Reklama
Reklama SWP Strategia 2035
Reklama