Co jakiś czas słyszymy o katastrofach ekologicznych spowodowanych przez tonące tankowce czy wycieki z platform wiertniczych. Czy takie ryzyko występuje także na Bałtyku?
Oczywiście, że tak. Niektóre źródła mówią o tym, że 15 proc. światowego transportu jest skupione w regionie Morza Bałtyckiego. Na wykładach nawet mówię: „gdzie drwa robią, tam wióry lecą”. Możliwości poważnego wypadku na Morzu Bałtyckim związanego z transportem morskim należy spodziewać się raz na 3-4 lata.
Nie przypominam sobie, by w ostatnich latach doszło na Bałtyku do katastrofy morskiej…
Należy traktować w kategorii cudu, że nic takiego się nie dzieje. Chociaż ryzyko jest bardzo duże.
Dlaczego się nam udaje?
Na to nikt nie potrafi odpowiedzieć. Może dlatego, że intensywny transport na Morzu Bałtyckim sprawia, że ludzie bardziej uważają? Działania prewencyjne zawsze są, choć nie można mówić o stuprocentowej skuteczności. Zawsze przysłowiowa cegła może spaść na głowę. Te cztery lata to wartość uśredniona. Można oczekiwać, że rachunek prawdopodobieństwa musi się kiedyś spełnić, więc niewykluczone, że będziemy mieli za chwilę serię takich wypadków.
Jakie byłyby skutki katastrofy?
Trzeba wziąć pod uwagę to, że Morze Bałtyckie jest akwenem zamkniętym i bardziej przypomina jezioro niż morze. Z tego powodu potężny wyciek na pewno miałby dużo poważniejsze negatywne skutki niż gdyby ta sama ilość tej samej substancji wydostała się na środku Oceanu Spokojnego.
Mieliśmy już taki wyciek?
Największy wypadek, jaki w ogóle zdarzył się na Morzu Bałtyckim, zanotowano w listopadzie 1981 roku. Tankowiec Globe Asimi wychodzący z portu w Kłajpedzie rozbił się podczas sztormu. Wydostało się z niego 16 tysięcy ton ropy. Dla porównania, w największym wypadku na świecie, kiedy to 10 mil morskich od wybrzeży Tobago w 1979 roku tankowiec Atlantic Empress zderzył się podczas burzy z Aegean Captain, do morza wydostało się 287 tysięcy ton ropy! W tym drugim przypadku wybuchł pożar i większość uwolnionej ropy się wypaliła. W efekcie, skutki wycieku dla środowiska były mniejsze.
Nie przypominam sobie informacji o katastrofie z 1981 roku w pobliżu Kłajpedy…
W sumie ani o jednym, ani o drugim wypadku niewiele się mówi. Do wykładów potrzebowałam zdjęć z wypadku na Morzu Bałtyckim i miałam wielki problem, żeby je zdobyć. Studenci w końcu gdzieś je wyszukali.
Trzeba pamiętać, że statek wychodził z portu w Kłajpedzie, która wtedy należała do Związku Radzieckiego. Przypuszczam, że wszystko było po prostu trzymane w wielkiej tajemnicy.
W latach 80. XX wieku na brzegu w Gdyni znajdowano martwe ryby z wyżartymi tkankami. Tłumaczono nam wówczas, że to przez ścieki komunalne spływające do zatoki z Trójmiasta. To mogły być skutki tamtej katastrofy?
Niewykluczone, zwłaszcza że skutki dużego wycieku tego typu mogą utrzymywać się nawet przez kilkadziesiąt lat. Sama też pamiętam z dzieciństwa, że w 1982, może 1983 roku obowiązywał na plaży w Gdyni zakaz kąpieli. A kąpiąc się w otwartym morzu na Półwyspie Helskim, w okolicach Chałup, wychodziłam z wody z nogami brudnymi od ropy. Jednak dziś nikt nie odpowie na pytanie, czy to była rzeczywiście ropa z Globe Asimi.
Trzeba też wspomnieć o innej pladze, czyli nielegalnych zrzutach zaolejonej wody ze statków. Dziś, na szczęście, odkąd zintensyfikowano loty patrolowe, jest to już nie tak poważny problem. Chociaż nadal takie zrzuty się zdarzają.
Dlaczego załogi statków robią coś takiego?
Ze specyficznie pojętej oszczędności. Oczywiście, mogą w porcie oddać zaolejoną wodę, ale za to trzeba zapłacić, zajmuje to także więcej czasu. Wolą więc ryzykować, choć jak złapią ich, też zapłacą karę.
Wracając do ryzyka, nie jest ono związane tylko z transportem ropy naftowej. Drogą morską przewożone są też inne towary niebezpieczne. I zapewne kolejnym małym cudem jest, że od lat 90. XX wieku większe wycieki innych substancji chemicznych niż ropopochodne się nie zdarzyły.
W połowie XX wieku Bałtyk stał się składowiskiem m.in. wyjątkowo niebezpiecznego iperytu. Raczej się tego nie pozbędziemy, prawda?
Mamy do czynienia z ukrytym zagrożeniem. Po II wojnie światowej do Morza Bałtyckiego wrzucono około 40 000 ton amunicji chemicznej. Szacuje się, że zawierała około 15 000 ton bojowych środków chemicznych, a liczba ta nie uwzględnia rozcieńczenia i degradacji, do których doszło.
Bywało, że sztorm wyrzucał na plaże skrzynie z iperytem, a dzieci zaciekawione znaleziskiem otwierały je. Narażeni byli także rybacy, notowano liczne przypadki poparzeń.

Dalej stanowi ryzyko?
Najczęściej iperyt, zwłaszcza po silnych sztormach, trafia na plaże środkowego i wschodniego Wybrzeża, w okolice: Kołobrzegu, Darłowa, Ustki, Łeby, Helu.
Na plaży iperytu nie da się bezpiecznie w 100 procentach odróżnić od bursztynu, który miewa podobny kolor. Trzeba więc zwracać uwagę na sygnały ostrzegawcze. Iperyt jest nienaturalnie miękki i lepki, z czasem zaczyna się rozpływać. Ma chemiczny zapach z nutą czosnku, musztardy. Jest bardzo gładki, bez pęknięć, wygląda jak bryłka zatopiona w parafinie, bywa tłusty w dotyku. Po kilku godzinach od jego dotknięcia pojawiają się pęcherze.
Broń chemiczna nadal spoczywa na dnie Morza Bałtyckiego. Obecnie zardzewiałe, metalowe skrzynie wraz z ich zawartością zostały przykryte grubą warstwą mułu. A my zachowujemy się jak struś, który chowa głowę w piasek, uważając, że skoro czegoś nie widzimy, to tego nie ma. Tymczasem substancje niebezpieczne z zatopionej broni chemicznej powoli uwalniają się z dna morskiego, przedostając się do toni wodnej. Szczególnie ryzykowna jest jakakolwiek ingerencja człowieka w dno morskie.
Dlaczego?
Nie mówię już o broni, ale także o zanieczyszczeniach, które nie rozpuszczają się w wodzie i opadają na dno. Jakakolwiek praca przy dnie morskim, tak jak było przy budowie gazociągów Nord Stream, oddziałuje na żyjące w wodzie zwierzęta, rośliny. Rura Nord Stream przebiega skosem przez Morze Bałtyckie, od północnego wschodu na południowy zachód. Jeśli natrafiała na jakieś wypiętrzenie w dnie morskim, trzeba było je rozkopać. Jeżeli napotkała na „dolinę”, trzeba było podsypać materiał, żeby nie „wisiała” w toni wodnej. Warto też wspomnieć o skutkach wycieku gazu wskutek aktu dywersyjnego w 2022 roku.
Zresztą, podobnie jak to było przy budowie gazociągów Nord Stream, ingerujemy w dno podczas budowy morskich farm wiatrowych. Tu też trzeba najpierw zamontować fundament turbiny wiatrowej w dnie morskim. Potem zjadamy rybę z Morza Bałtyckiego i w ten pośredni sposób trafiają do naszego organizmu niebezpieczne substancje. Więc nie trzeba mieć bezpośredniego kontaktu z Morzem Bałtyckim, aby na własnej skórze odczuć skutki jego zanieczyszczenia.
Jak się przed tym ochronić?
Korzystanie z dobrodziejstw Morza Bałtyckiego przypomina wchodzenie w przestrzeń osobistą drugiego człowieka. Morze Bałtyckie, jeżeli poczuje zbyt duży kontakt, nie może się od nas odsunąć, powiedzieć „stop”. Trzeba więc w jego imieniu wystąpić i działać prewencyjnie.
W 2005 roku Morze Bałtyckie otrzymało status PSSA, czyli Obszaru Morskiego Szczególnie Wrażliwego. Pozwala to na wprowadzanie specjalnych środków bezpieczeństwa i ograniczeń w żegludze, w celu ochrony ekosystemu. Są to, np.: obowiązkowe trasy statków, obszary zakazane dla żeglugi, obowiązkowe systemy meldunkowe statków, ograniczenia dotyczące zrzutów zanieczyszczeń, jakość paliwa – mniej zasiarczonego – używanego przez jednostki żeglugi.
Mamy też odpowiednik pogotowia ratunkowego lub inaczej straży pożarnej działającej na morzu. Jest to Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa przygotowana do prowadzenia ewentualnych akcji ratowniczych. Jeśli w tzw. polskiej strefie odpowiedzialności za ratownictwo wydarzy się bardzo poważny wypadek, do akcji wkroczą służby ratownicze pozostałych państw obszaru Morza Bałtyckiego, chociażby najbliżsi nam Duńczycy czy Szwedzi, którzy mogą pomóc podczas prowadzenia takiej akcji ratowniczej. Tak samo jak my z kolei możemy pomóc im, zgodnie z obowiązującą na morzu zasadą, że jak się coś złego dzieje, to wszystkie ręce na pokład.
Czy istnieje ryzyko, że Bałtyk stanie się morzem martwym?
Zawsze jest jakieś ryzyko, ale śmierć Morza Bałtyckiego trudno sobie wyobrazić. Pamiętajmy, że Morze Bałtyckie trochę samo sobie radzi. Każdy potężny sztorm jest dla niego odnową. Większe falowanie porywa z powietrza tlen, który następnie rozpuszcza się w wodzie i powoduje lepsze natlenienie. Woda się odświeża. Także wlewy z Morza Północnego są korzystne.
Z drugiej strony, wąskie i pokręcone Cieśniny Duńskie ograniczają napływ świeżych wód z Morza Północnego, więc trzeba czekać mniej więcej 25-40 lat, żeby cała woda w Morzu Bałtyckim się wymieniła.
Ostatni czas jest dla naszego morza korzystny. Doszło do ewenementu – przeważający nad Morzem Bałtyckim wiatr zachodni został zastąpiony przez wiatr ze wschodu. Doprowadziło to do wypchnięcia z Morza Bałtyckiego wody w stronę Morza Północnego. Po raz pierwszy od ponad 140 lat, czyli od kiedy prowadzone są badania, obniżył się tak mocno poziom wody w Morzu Bałtyckim.
Jak mocno?
Poziom średnio spadł o rekordowe 67 centymetrów. I teraz powoli się wyrównuje. Do Morza Bałtyckiego wraca woda o większym zasoleniu, typowym dla akwenów słonowodnych. W Morzu Bałtyckim mamy średnie zasolenie 7,5 promila, natomiast w Morzu Północnym jest to ponad 30 promili. Taki duży wlew wód z Morza Północnego oznacza też więcej drogocennego tlenu, którego deficyt jest kolejnym poważnym problemem tego morza. Natomiast woda po wyprowadzeniu do Morza Północnego naszych bałtyckich zanieczyszczeń jest świeżo oczyszczona.
I choć zanieczyszczenia nie zniknęły w ujęciu globalnym, ich punktowe stężenie jest mniejsze. Wszyscy – zwierzęta morskie, ludzie i ptaki – bardzo się z tego cieszymy. Dobrze więc byłoby zakończyć naszą rozmowę zaproszeniem nad Morze Bałtyckie, gdzie latem woda będzie korzystniejsza zarówno dla kąpiących się, jak i korzystających ze sportów wodnych.
Co naprawdę kryje się w wodach Bałtyku u bram Gdyni?
Dr hab. Magdalena Bogalecka, prof. Uniwersytetu Morskiego w Gdyni jest chemikiem z wykształcenia, doktorem nauk ekonomicznych w zakresie towaroznawstwa oraz doktorem habilitowanym nauk inżynieryjno-technicznych w dyscyplinie inżynieria lądowa i transport. Kieruje Katedrą Jakości Produktów Przemysłowych i Chemii na Wydziale Zarządzania i Nauk o Jakości UMG.
- Prelekcji prof. Magdaleny Bogaleckiej „Bałtyk – nasze morze. Co naprawdę kryje się w wodach u bram Gdyni?” będzie można wysłuchać w czwartek, 9 kwietnia w Auli Wydziału Nawigacyjnego Uniwersytetu Morskiego w Gdyni (Al. Jana Pawła II 3) o godz. 18 w ramach w ramach całorocznego cyklu wykładów „Gdynia! Wybór na dziś. Miasto na jutro” realizowanych z okazji 100-lecia tego miasta.























Napisz komentarz
Komentarze