Po wskazaniu kilku nagannych przykładów ruszyła nagonka. Na to zapotrzebowanie społeczne szybko zareagowały populistyczne Związki Zawodowe Solidarność proponując maksymalne stawki i miesięczne limity zarobków. Naczelna Izba Lekarska zaproponowała powiązanie maksymalnej pensji ze średnią krajową, a nie sztywnym mnożnikiem. Uaktywnił się także były premier Morawiecki, który grzmiał, że muszą być wyeliminowane kominy płacowe i zaproponował maksymalną stawkę, pięciokrotność minimalnego wynagrodzenia za dyżur. Ostatnio lansowany jest pomysł ustalenia maksymalnych zarobków lekarzy na poziomie szesnastokrotnej płacy minimalnej. Dla zainteresowanych może to być zbyt ograniczający poziom zarobków, a dla innych osób „kosmicznym” wynagrodzeniem.
CZYTAJ TEŻ: Nawet 574 tys. zł w dwa miesiące. Resort zdrowia szykuje limity wynagrodzeń lekarzy
Leczenie skutków a nie przyczyn jest zawsze pokusą szybkiego, na skróty, załatwienia problemu, szczególnie wówczas kiedy jest on społecznie wrażliwy. Czytając o różnych pomysłach ustawowo-administracyjnego ograniczania zarobków lekarzy pomyślałem, że może to być fajny sposób na galopujące wynagrodzenia np. piłkarzy czy artystów. Wydamy dekret i koniec z kominami płacowymi.
Od dłuższego czasu obserwowano, że przeszacowane są wyceny procedur wysokospecjalistycznych wykonywanych przez szpitale uniwersyteckie i o wysokim stopniu referencyjności, a znacząco zaniżone wyceny procedur medycznych wykonywanych głównie przez szpitale powiatowe. Pojawiły się więc duże zyski w szpitalach specjalistycznych oraz kominy płacowe, a w szpitalach powiatowych straty. Nie wiadomo dlaczego nie podjęto skutecznych działań i nie skorygowano tych wycen, likwidując przyczynę nadmiarowych zysków i kominów płacowych. Można też było przewidzieć, że pojawią się lekarze biznesmeni, którzy wykorzystując tę sytuację założą spółki świadczące w szpitalach powiatowych np. wysokospecjalistyczne, dobrze wycenione, usługi neurochirurgiczne. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie chęć jeszcze większych zarobków i w rozliczeniach wskazywanie procedur lepiej wycenionych niż faktycznie wykonane. Podobnie sytuacja wygląda w szeregu przypadków rozliczania kontraktów, zarówno tych indywidualnych z lekarzami jak i podmiotów leczniczych z NFZ. Zawiodła organizacja całego systemu zdrowia i kontrolna rola Narodowego Funduszu Zdrowia.
Na kanwie tej sytuacji nie warto nawet wspominać o pilnej potrzebie naprawy całego systemu ochrony zdrowia ponieważ politycy, ze strachu o swoje notowania przedwyborcze, nawet nie podejmują takich prób. Może jednak - przykładowo - warto przyjrzeć się gwałtownie rosnącym opłatom za wizyty w prywatnych gabinetach lekarskich, gdzie za kilkuminutową poradę płaci się kilkaset złotych. Obecnie wiele osób, od lat korzystających z tej formy pomocy medycznej, rezygnuje z płatnych wizyt prywatnych i zapisuje się do lekarza w uspołecznionej ochronie zdrowia, nie bacząc na wskazywany, nawet dramatycznie odległy termin. Nie wprowadzono również zapowiadanych obowiązkowych imiennych rejestrów i kart leczenia pacjentów w prywatnych gabinetach. A w szeregu kontrowersyjnych przypadkach taki system rejestracji mógłby wiele wyjaśnić. Podobnie nie doczekały się powszechnego wdrożenia tzw. elektroniczne „Karty Sośnierza” sprzed ok. 20 lat, które miały zawierać wszystkie informacje o chorobach pacjenta, jego wizytach u lekarzy (wszystkich!) oraz zapisywanych lekach. Dlatego też nie wierzę w możliwość wprowadzenia innych, nawet najbardziej rozsądnych propozycji, chociażby w zakresie wielozatrudnienia i kontroli łącznego czasu pracy lekarzy we wszystkich podmiotach wraz z praktyką prywatną.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź pozostawiam naszym Czytelnikom.



Napisz komentarz
Komentarze