Reklama

Atmosfera Sierpnia udzielała się wszystkim, nawet dzieciom. Był to czas baśniowy

Sierpień 1980 roku na Wybrzeżu i dla mnie był momentem przełomowym. Napisy na murach, strajki były bardziej fascynujące niż zabawy lalkami – mówi Monika Milewska, pisarka, autorka sztuk, poetka i antropolog historii
Atmosfera Sierpnia udzielała się wszystkim, nawet dzieciom. Był to czas baśniowy
1981 rok. I Krajowy Zjazd Solidarności w Hali Olivia. - Wrażenie zrobiła na mnie prezentowana tam wtedy wystawa „Mali kronikarze” - wspomina Monika Milewska

Autor: Wojciech Milewski

Historia wkroczyła w twoje życie w sierpniu 1980 roku. Miałaś osiem lat.

To moje pierwsze, świadome spotkanie z historią. Historią, która potem stała się moją pasją i przedmiotem moich badań naukowych. Sierpień 1980 roku na Wybrzeżu i dla mnie był momentem przełomowym. W te gorące, pełne emocji dni byłam pod stocznią, doświadczyłam tej niezwykłej atmosfery. A nawet przyłożyłam się do zwycięstwa, wrzucając do skarbony z datkami na jedzenie dla strajkujących 50-złotowy banknot. (śmiech)

Nie byłoby cię wtedy pod stocznią, gdyby nie twoi rodzice.

To w domach uczono wtedy postaw patriotycznych. To najbliżsi pokazywali dzieciom, po której stronie stać, o co w tym sporze o Polskę chodzi. Ja miałam szczęście, że żyłam w domu, w którym nie bano się mówić o polityce przy dziecku. Pamiętam podekscytowanie rodziców, radość z wolności, która nagle stała się udziałem Polaków. 

 To ojciec załatwił jej przepustkę na I Krajowy Zjazd Solidarności w Hali Olivia  (Fot. Wojciech Milewski)

Karnawał Solidarności zawrócił w twojej dziecięcej głowie.

Ulotki, napisy na murach, zakazane piosenki, strajki, marsze głodowe kobiet i dzieci były bardziej fascynujące niż zabawy lalkami. Te szesnaście miesięcy to było coś najcenniejszego, co przydarzyło mi się w życiu. Tak to oceniałam z perspektywy stanu wojennego. Nie zauważyłam braku „Teleranka", boleśnie odczułam natomiast brak wolności. Dziś, po 46 latach też tak to oceniam. Dla mnie Karnawał Solidarności to była podarowana mi wiosna, taka, o jakiej pisze Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. Czas, który zaważył na moim widzeniu świata. Ale i na zainteresowaniu tematem rewolucji. Moje późniejsze próby odczytywania historii zawsze były obarczone ideą karnawału Sierpnia'80, naszego radosnego, pełnego nadziei czasu. Tak na to patrzyłam, gdy w wieku lat 16 zajęłam się zgłębianiem mechanizmów rewolucji francuskiej. Emocje, które mną targały w dzieciństwie, przeniosłam na to, co mogli odczuwać Francuzi w roku 1789. Te dwa porządki historyczne przeplatały się we mnie. Moje podejście do historii zawsze było przesycone emocjami.

W sierpniu 1980 roku, twój ojciec, fotograf Wojciech Milewski jest w centrum wydarzeń.

Tata z miejsca stał się kronikarzem Sierpnia. Jego zdjęcia to ważny dokument epoki. Fotografie, które przedstawiały napisy na stoczniowych murach zapamiętałam, jako ośmiolatka, szczególnie. Uczyłam się uchwyconych w kadrze wywrotowych wierszyków, nawet tych niecenzuralnych, sprośnych, ale i zabawnych. Na przykład: „Nie ma mięsa, masła, zginęła słonina. Trzeba będzie z głodu żreć dzieło Lenina".

To ojciec załatwił ci przepustkę na I Krajowy Zjazd Solidarności w Hali Olivii.

Na zdjęciach taty widzę mnóstwo dzieci zgromadzonych wokół tamtych wydarzeń. Jestem przekonana, że wiele z nich, podobnie, jak ja, rozumiało, co się dzieje. Wrażenie zrobiła na mnie prezentowana wtedy w Olivii wystawa „Mali kronikarze”, na której zaprezentowano prace moich rówieśników z sopockiej Szkoły Podstawowej nr 8. Zachęcone przez legendarnego nauczyciela Józefa Golca dzieci próbowały narysować otaczającą je rzeczywistość. Ekspozycja była potem prezentowana w tak prestiżowych miejscach jak Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, Kościół św. Krzyża w Warszawie, pokazywano ją nawet w Paryżu: w Galerii Pierre Cardin, kościele polskim czy Towarzystwie Historyczno-Literackim oraz wielu innych miejscach.

Co przedstawiały te prace?

Na przykład niepoliczalny tłum, na którego tle widnieje transparent z napisem: „Liczmy na siebie!". Na innym rysunku znów tłum i hasło: „Jest nas 10 milionów!". Albo: kolejka do sklepu i słowa - „Za czym kolejka ta stoi? Po starość". To była prawdziwa polska szkoła plakatu! Prace poruszały bardzo poważne tematy. Zresztą wtedy, w niektórych środowiskach, nawet podwórkowe zabawy miały charakter polityczny. Małoletni kuzyni mojej koleżanki rekonstruowali na przykład, za pomocą resoraków, jak doszło do uprowadzenia i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Tę wystawę w Hali Olivia zapamiętałam na całe życie, bo był to przekaz skierowany do mnie, dziewięcioletniej wówczas dziewczynki. Pozwolił mi uwierzyć, że moi rówieśnicy – jak ja – są zaangażowani w to, co się dzieje na ulicach polskich miast i w świadomości milionów Polaków. Ówczesny świat był dla mnie cudownie prosty, bo czarno-biały: tamci - źli i my, którzy jesteśmy jednością, którzy przeciwstawiamy się władzy, którzy jesteśmy solidarni, bez wad. Atmosfera Sierpnia udzielała się wszystkim, nawet dzieciom.  Trudno się dziwić, był to wszak czas baśniowy. To w baśniach przecież tak wyraźnie rysuje się podział na dobro i zło, to bajki mają szczęśliwe zakończenia, tak jak sierpniowy strajk.

Westerplatte, 29 sierpnia 1981, Monika Milewska z prawej (Fot. Wojciech Milewski)

W domu rozmawiałaś z rodzicami o tym, co się dzieje?

Oczywiście. W 1981 roku zabrali mnie do kina na „Człowieka z żelaza”. Chodziłam potem po Gdańsku i śpiewałam „Janek Wiśniewski padł". To była wtedy dla mnie bardzo ważna piosenka. Mój świat. Byłam dzieckiem bardzo zamkniętym, nie pamiętam, bym o moich przeżyciach rozmawiała z rówieśnikami. Takie tematy poruszałam tylko w gronie dorosłych. W stanie wojennym zaczęłam pisać kabarety polityczne. Wystawiałam je w formule teatru kukiełkowego prezentując przed uczestnikami solidarnościowego podziemia, którzy bywali u nas w domu. Oczywiście, ta moja twórczość była szalenie naiwna, ale czułam, że w jakiś sposób łączy mnie z dorosłymi, że to moje dziecięce działanie to jest misja.

Jak wyglądały te przedstawienia?

Na szczęście – dla publiczności – były to krótkie formy satyryczne, do których angażowałam pacynki – moje dziecięce rękawiczki z buźką. Oczywiście, nagradzano mnie wielkimi brawami, przecież nikt nie powiedziałby dziecku, że Pietrzak jest lepszy…  Zresztą mocno wierzyłam w swoje pisarskie powołanie, snułam nawet plany wielkiej powieści z historią Solidarności w tle. Powieści nie napisałam, ale w wieku lat 12 prowadziłam już własną, podziemną działalność wydawniczą.

Co wydawałaś?

Tomiki swoich posierpniowych, patriotycznych wierszy. Nie cieszyły się jednak dużą poczytnością, ponieważ ukazywały się w nakładzie jednego czy dwóch egzemplarzy, które samodzielnie sklejałam z kartek wyrwanych z zeszytu. Jednak – co szalenie ważne – poza cenzurą. I z dedykacją dla mamy.

Niektóre z nich ukażą się drukiem we wrześniu.

Z okazji mojego, przypadającego na rok 2026,  40-lecia debiutu poetyckiego. Debiutowałam, co prawda, na antenie telewizji reżimowej, ale już po bojkocie, co było wtedy dla mnie bardzo istotne. W 1986 roku, mając lat 13, wystąpiłam w telewizyjnym programie „Z potrzeby serca”, audycji dla twórców-amatorów, przy – jak to szybko obliczyłam – wielomilionowej publiczności. Zresztą w tym czasie byłam już autorką pokaźnej ilości wierszy, scenariuszy i poematów. W tym roku zdecydowałam się pokazać, jak wyglądały te moje pierwsze, posierpniowe próby poetyckie. Ukażą się w tomie „Czas zawsze się spieszył" w Wydawnictwie Duży Format.

Jak po latach oceniasz te wiersze?

Są, oczywiście, pełne patosu, ale pod tym względem nie różnią się od wierszy, które wtedy pisali dorośli. Rewolucja francuska zwana jest „czasem wielkich liter", Polska roku 1980 to też był czas wysokiego C, nawet o zwykłych sprawach mówiono w sposób nieco egzaltowany. To zresztą sposób przekazu charakterystyczny dla trudnych momentów w dziejach narodu, dla każdej rewolucji. Wystarczy przypomnieć, co działo się w poezji w czasie kolejnych przełomów w Ukrainie. A ja w latach 80. czytałam dużo prasy podziemnej, ulotki, gazetki, słuchałam nałogowo kaset z I Przeglądu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki”, który odbył się w Hali Olivia w rocznicę Sierpnia, słuchałam Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego... Czytałam książki z drugiego obiegu. To był język mi bliski. Świadomie naśladowałam ten styl. Niech te moje dziecięce wiersze zostaną więc uznane za świadectwo tamtej epoki. Zresztą od 1980 roku mieliśmy parę momentów w naszej historii, gdy wzrastał w nas patos. Oby było go jak najmniej, bo jego obecność oznacza, że na świecie nie dzieje się dobrze.

Co dziś zostało w tobie z tamtego czasu? Wiersze?

Nie wiem, czy dziś poezja ma taką siłę, by pozwolić odżyć tamtym chwilom. Dziś młode pokolenia chyba nie potrafią wczuć się w to, co wtedy przeżywaliśmy. A byliśmy naprawdę szczęśliwi. Czuliśmy siłę, która – wydawało się – potrafi przenosić góry. Ja miałam już osiem lat, gdy spotkałam się z wielką historią, ale były i młodsze dzieci. Ostatnio w ECS usłyszałam świadectwo Zuzanny, która w roku 1980 miała lat zaledwie pięć. Razem z mamą nosiła stoczniowcom paczki z żywnością, idąc wiele kilometrów pieszo, bo komunikacja strajkowała. Opowiadała, jak pomagała pakować, często deficytowe, produkty, jakie to było dla niej przeżycie. Powiedziała też, że to doświadczenie nauczyło ją czegoś ważnego na resztę życia. Solidarność sama też lubiła przybierać twarz dziecka. Na plakacie symbolizującym pierwszą rocznicę Sierpnia przedstawiono raczkującą wciąż Solidarność jako dziecko (synka gdańskiego poety Antoniego Pawlaka), które stawia pierwsze kroki. Warto też przypomnieć słynne marsze głodowe na ulicach polskich miast w latach 80.

Pisałaś o nich w książce „Ślepa kuchnia”.

Zdjęcia protestujących w Łodzi kobiet z dziećmi obiegły cały świat. Hasła na transparentach to na przykład: „Słońce w Polsce przestanie świecić, gdy głodne będą wszystkie dzieci” albo „Dzieci – przyszłość narodu umrą z głodu”. Kilka lat później podczas strajków majowych w 1988 roku dzieci przynosiły stoczniowcom nie tylko jedzenie, ale także listy. Paryska „Kultura” relacjonowała: „Strajk jest biedniutki, jedynie prowiantu – dzięki ofiarności Gdańszczan i poświęceniu wyrostków – nie brakuje”. Dzieci były wtedy siłą polityczną. To temat mojej kolejnej książki. Mówiłyśmy, jak Solidarność przeciągała najmłodszych na swoją stronę, ale piszę też o tym, jak propaganda komunistyczna próbowała stworzyć z dziecka nowego człowieka. Ta walka o duszę dziecka odbywała się na różnych planach. Może dlatego że traktowano je jako „tabula rasa”, niezapisaną kartę, którą można wypełnić własną treścią.


tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama
Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama