Tym razem bank z nagrodami nie został rozbity "Przez ścianę", ale film Macieja Sobieszczańskiego otrzymał najważniejszą, festiwalową nagrodę - Złote Lwy. Zasłużenie. Rzadko się zdarza na tym festiwalu, że werdykt dotyczący tej najważniejszej nagrody - łączył, tak jak tym razem, jury, dziennikarzy i publiczność.
Sobieszczański odbierając nagrodę mówił:
- Robiąc ten film, zadaliśmy sobie podstawowe pytanie, co nam daje nadzieję, jeżeli sytuacja jest beznadziejna, jeżeli świat jest przeciwko nam. I znaleźliśmy tę odpowiedź. Szukaliśmy jej w dość niekonwencjonalnym miejscu i w niekonwencjonalny sposób. Nam i naszym bohaterom tę nadzieję daje ogromna miłość. To nie jest film o relacji, to nie jest film o tym, że jeden człowiek pokochał drugiego. Ten film jest o tym, że miłość musi się gdzieś w nas urodzić. I że dopiero kiedy się urodzi, możemy ją przenieść na drugiego człowieka, naród, społeczeństwo, ogród – podsumował Sobieszczański, odbierając Złote Lwy.
Ten film opowiadający o wielkiej miłości w ponurych, stalinowskich czasach jest porażający i jednocześnie wzruszający. Za świetne zdjęcia do niego nagrodzono Jolantę Dylewską. Niestety Maria Dębska, która mistrzowsko zagrała nie dostała nagrody za rolę kobiecą. Ale po gali mówiła nam, że ta rola pozwoliła jej uwierzyć w miłość.
Skoro są zwycięzcy to muszą być pokonani. W pewnym sensie jest nim Paweł Pawlikowski, którego "Ojczyzna" była typowana na czarnego konia festiwalu. Od pierwszego dnia, w kuluarach suflowano, że Złote Lwy pójdą w ręce tego reżysera. Ale jury przyznało Pawlikowskiego nagrode jedynie za reżyserię. Film wyróżniono też za scenografię.
Po gali reżyser zachowywał się jak rozżalona primadonna i jednym udzielał wywiadów, innym nie. Cóż, być może Oscar zmienia człowieka.
Srebrne Lwy otrzymał film Łukasza Rondudy "Powiedz mi co czujesz". Reżyser ma już na swoim koncie Złote Lwy, które otrzymał przed kilkoma laty. Jego film to opowieść o młodych ludziach, którzy mierzą się z traumami z dzieciństwa. Występujący w nim Jan Sałasiński otrzymał nagrodę za profesjonalny debiut aktorski.
"Hot Spot" Agnieszki Smoczyńskiej (też wcześniejsze laureatki Złotych Lwów można uznac za najbardziej "pojechany" obraz wśród filmów konkursowych. Nie sądzono więc, że jurorzy pod przewodnictwem klasyka kina Krzysztofa Zanussiego dostrzegą go. Tymczasem "Hoty Spot" otrzymał aż cztery nagrody. Film wyróżniono za kostiumy, muzykę i dźwięk. Dostał też Złoty Pazur.
Drugim filmem z czterema nagrodami na koncie jest "Dobry chłopiec" Jana Komasy, o którym na festiwalu mówiono niewiele. Może tez dlatego, że film miał już swoja kinową premierę kilka miesięcy wcześniej. Jury film doceniło za scenariusz i montaż. A odtwórca głównej roli (doskonały) Brytyjczyk Anson Boon wygrał w kategorii najlepszy aktor festiwalu. W ten sposób już drugi rok pod rząd tę kategorię wygrywa nie polski aktor. w ubiegłym laureatem został Idan Weiss ("Franz Kafka")
Za to nagrody za role kobiece zdobyły aktorki z jednego filmu - "Exotic". Pierwszoplanowa poszła w ręce Jaśminy Polak, a drugoplanowa do Moniki Frajczyk, która oglądaliśmy też w "Dobrym chłopcu" Jana Komasy.
Jacek Koman otrzymał nagrodę za role drugoplanową w filmie "Nasza rewolucja" o wielkiej miłości Jacka i Grażyny Kuroniów. Ten film Piotra Domalewskiego, który na swoim koncie ma już dwie statuetki Złotych Lwów (jedną za ubiegłorocznych "Ministrantów") tym razem został przez jury prawie niedostrzeżony.
Trzymaliśmy kciuki za gdyńską, młodą aktorkę Julię Totoszko, która brawurowo zagrała w dwóch filmach, prezentowanych na festiwalach: Fluidy i "Miłe kobiety". I to za ten drugi otrzymała nagrodę za wyjątkowy wkład artystyczny.
Julii nie było na gali (występ w teatrze), ale nagrodę w jej imieniu odbierała mama - aktorka Marta Smuk od lat związana z Teatrem Muzycznym w Gdyni.
Szafirowymi Lwami nagrodą w konkursie Perspektywy nagrodzony film Filipa Bojarskiego "Czarna godzina". To kameralny komediodramat ze szczyptą musicalu, opowiadający o dwóch, kochających się, młodych nauczycielkach - Adzie i Ewie, które po stracie mieszkania wyruszają w miejską odyseję i mierzą się z serią współczesnych przeszkód, z upokarzającymi castingami mieszkaniowymi na czele.
Podczas gali powinna być przyznana jeszcze jedna nagroda, pozaregulaminowa - dla prowadzącego rozdanie nagród festiwalu. Od czasów Macieja Stuhra nie było nikogo tak błyskotliwego i z taką energią. I wreszcie pojawił się on... Michał Sikorski (znany m.in. z serialu "1670"), który brawurowo przeprowadził widownię w Teatrze Muzycznym przez prawie trzygodzinną imprezę.



Napisz komentarz
Komentarze