Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Prof. Dudek: w perspektywie kolejnej kadencji relacje Polski z unią mogą się jeszcze pogorszyć

Przez najbliższe lata będziemy egzystować na obrzeżach Unii Europejskiej. Każda kolejna transza funduszy unijnych, będzie poprzedzona awanturami, sporami, działaniami mniej czy bardziej pozornymi. Nie dojdzie do Polexitu, ale dopóki PiS będzie rządzić, nie należy spodziewać się zakończenia istniejącego sporu - mówi prof. Antoni Dudek, politolog, historyk, publicysta z UKSW w Warszawie. Dodaje, że stosunki pomiędzy Warszawą a Brukselą mogą ulec dalszemu pogorszeniu, po kolejnych wyborach parlamentarnych i ewentualnym zawiązaniu koalicji Prawa i Sprawiedliwości z Konfederacją.
(fot. Sławomir Kasper | IPN)

Po Brexicie, część komentatorów widziała Polskę w roli kraju, który może wejść w buty Wielkiej Brytanii i w nieodległej przyszłość dołączyć do grona głównych decydentów "27". Marnujemy tę szansę czy może nasze nadzieje były na wyrost?

One częściowo były na wyrost, ale na pewno fiasko tej wizji wzmocniła polityka Prawa i Sprawiedliwości. Rząd uwikłał się w konflikt z Brukselą wokół nieudanej reformy wymiaru sprawiedliwości i niezależnie od oceny jej praworządności, fundamentalny cel jaki jej przyświecał, a więc usprawnienie działalności sądów, zakończył się po sześciu latach spektakularnym fiaskiem. Z całą pewnością ta gra z Brukselą nie jest warta świeczki. Z drugiej strony, można zadać pytanie, czy gdyby nasz rząd był euroentuzjastyczny, doprowadziłby to do zajęcia przez Polskę miejsca Wielkiej Brytanii? Myślę, że nie. Nie ten potencjał, nie to doświadczenie, nie te kadry. Oczywiście myślę o polityce Donalda Tuska, którą oceniam dość krytycznie w tym względzie. Przychylam się do opinii środowiska PiS, że niewiele wynikało z naszej pozycji w unii za czasów Platformy, a w sprawach europejskich, finalnie robiono to czego oczekiwał Berlin.

Problem z polską polityką zagraniczną polega na tym, że nie potrafimy znaleźć w niej złotego środka. Albo mamy rządy uważające, że Zachód ma rację i trzeba odtwarzać wszystkie zachodnie pomysły, albo rządzą nami politycy, którzy twierdzą, że Zachód chce nas skolonizować. Każda próba znalezienia złotego środka jest atakowana z dwóch stron: albo jako nazbyt eurosceptyczna, albo jako nazbyt euroentuzjastyczna.

Kolejny problem polityki zagranicznej wiąże się z tym, że już dawno padła ofiarą polityki wewnętrznej. Na razie mamy do czynienia z sytuacją katastrofalną, w której konflikt wewnętrzny w Polsce przenoszony jest na arenę międzynarodową. To rzutuje nie tylko na relacje w Unii Europejskiej, ale także na relacje z USA, nie mówiąc już o tych z Rosją.

Trójmorze stanęło na etapie górnolotnych zapowiedzi

Politycy PiS tłumaczą, że zaognienie stosunków z UE to tak naprawdę początek debaty zainicjowanej przez Polskę, na temat tego w jakim kierunku unia powinna ewoluować. Ma pan przekonanie do siły sprawczej, która spowoduje że unia zwróci się ku ścieżce zaproponowanej przez Zjednoczoną Prawicę?

Gdyby Polska była w stanie zbudować blok dziesięciu państw unijnych w ramach Trójmorza, odwołujący się do wspólnego punktu widzenia i interesów, to może bym tak uważał. Natomiast, jedyne co udało się PiS-owi zrobić to pewne przedsięwzięcia infrastrukturalne na czele z Via Carpatią. I na tym koniec. Konflikt o Turów, pokazał, że opowieści o rosnącym znaczeniu międzynarodowym Polski są z waty. Nigdy pomiędzy krajami Trójmorza nie powinno dojść do sytuacji wynoszenia spraw przed TSUE. Dlatego uważam, że to była brutalna weryfikacja narracji rządzących, o tym, że taki blok państw jest budowany. W rzeczywistości, mamy za sojuszników wyłącznie Węgrów, ale to tylko dlatego, że Orban potrzebuje kogoś, kto będzie blokować sankcje. Jednak nawet tu trudno mówić o pełnej zgodności, patrząc chociażby na politykę Węgier w stosunku do Rosji.

Jak w takim razie będą wyglądać relacje Polski z unią w ciągu najbliższych lat?

Prognozuję, że przez najbliższe lata będziemy egzystować na obrzeżach Unii Europejskiej. Nie dojdzie do Polexitu, ale dopóki PiS będzie rządzić, nie należy spodziewać się zakończenia istniejącego sporu.

To będzie chroniczny konflikt unii z krajem, który nie chce z niej wyjść, ale jednocześnie nie zgadza się z przyjmowaniem obowiązujących reguł gry. Wiele zależy od tego, jak daleko posuną się sankcje finansowe. Przez sześć lat ze strony unijnych dyplomatów słyszeliśmy wyłącznie słowa. Teraz, gdy zablokowano fundusze dla sejmików, które przyjęły uchwały anty-LGBT, oraz zawisła sprawa zaliczki na Krajowy Plan Odbudowy, unia przeszła od słów do czynów.

Pytanie, na ile będzie konsekwentna oraz jak zareaguje na to polski rząd. Odwołanie wspomnianych uchwał przez Sejmiki, pokazuje, że PiS woli nie ryzykować pozbawienia się środków unijnych. 

Teraz jednak mamy nowy test w postaci Izby Dyscyplinarnej SN, która według zapowiedzi rządzących ma zostać zlikwidowana.

Tak, ale właściwie nie wiadomo, kiedy to nastąpi i co powstanie w jej zastępstwie. To są najbliższe potyczki pomiędzy Polską a unią. Później jeszcze czeka nas wyrok TSUE dotyczący powiązania funduszy z praworządnością... Być może taka sytuacja będzie trwać dopóki będzie rządzić PiS. Każda kolejna transza funduszy unijnych, będzie poprzedzona awanturami, sporami, działaniami mniej czy bardziej pozornymi. Z unii nie zostaniemy usunięci, ale też nie sądzę, by rząd PiS chciał nas z tej unii wyprowadzić. Myślę, że rząd zdaje sobie sprawę z prounijnego nastawienia większości Polaków. Oczywiście można sobie wyobrazić, że rząd będzie próbować to zmienić. Tego nie można wykluczyć. Jednak to na pewno nie nastąpi na przestrzeni roku czy dwóch lat, ewentualnie w perspektywie kolejnej kadencji.

Konfederacja byłaby trudnym koalicjantem dla PiS

Nowy rozdział w relacjach z unią może zostać otwarty po wyborach. Nie mam na myśli przejęcia władzy przez opozycję, ale koalicję PiS z Konfederacją. Przy takim układzie politycznym próżno byłoby spodziewać się ocieplenia stosunków pomiędzy Warszawą a Brukselą.

Z całą pewnością należałoby spodziewać się nasilenia eurosceptycznych działań w polityce rządu, bo oczywiście Konfederacja forsowałaby albo Polexit, albo zasadnicze renegocjowanie traktatów, czyli w praktyce częściowe wyjście ze wszystkich struktur politycznych unii, z jednoczesnym pozostaniem w europejskich obszarze gospodarczym. Myślę, że rząd PiS-u i Konfederacji zmierzałby w tym kierunku. Czy taki powstanie - tego nie wiemy. Na pewno na dziś jest możliwy. Właściwie od dwóch lat nie ma takiego sondażu, który dawałby PiS-owi samodzielną większość. Z drugiej strony większość sondaży pokazuje, że PiS będzie mieć największy klub w przyszłym Sejmie. Biorąc pod uwagę, że będzie mieć też swojego prezydenta, łatwo domyślić się, że misja tworzenia rządu zostanie powierzona politykowi PiS. Przy takim scenariuszu Polskę czeka proces znacznie dłuższego pobytu na obrzeżach Unii Europejskiej. 

Ewentualna koalicja PiS-u z Konfederacją to także realizacja tych postulatów, których Zjednoczona Prawica, z różnych względów nie chciała wciągać na światło dzienne, np. w zakresie dalszego zaostrzenia prawa aborcyjnego?

Co do prawa aborcyjnego, chyba nawet w Konfederacji znajdzie się już niewielu zwolenników jego dalszego zaostrzania. Myślę, że dla PiS to nie byłby łatwy koalicjant. W Konfederacji ścierają się bardzo różne poglądy, z silnym skrzydłem wolnościowym, które domaga się znacznie mniejszej niż preferuje PiS, ingerencji państwa w gospodarkę. Jest pytanie, jak Konfederacja zareagowałaby na plany PiS-u w sprawie np. recentralizacji kraju, poprzez ograniczanie roli samorządów.

Polski Ład, który z jednej strony służy sfinansowaniu projektów społecznych mających zapewnić PiS-owi trzecią kadencję, z drugiej, wprowadzony jest kosztem samorządów. W kolejnej fazie zostaną one oskarżone, że nie radzą sobie ze szkolnictwem czy ze służbą zdrowia, a w związku z tym trzeba wrócić do modelu znanego sprzed reformy z 1999 r., gdy wszystko finansował budżet państwa. Logiczną, dalszą konsekwencją, jest likwidowanie takich instytucji jak sejmiki wojewódzkie.

PiS ma w swoim programie radykalne zwiększenie roli wojewody, czyli de facto powrotu do modelu znanego z PRL-u, gdzie wojewoda kieruje administracją rządową w terenie, a samorząd jest jedynie ciałem opiniodawczo-doradczym na wzór rad narodowych. Pytanie czy Konfederacja poparłaby takie rozwiązania.

Wracając do unii... Na agendzie znajdują się obecnie trudne sprawy związane z konkurencyjnością gospodarczą, ale także klimatem czy uchodźcami. Najbliższe lata nie będą dla brukselskich dyplomatów usłane różami. 

Unię Europejską czeka gigantyczny problem z polityką klimatyczną, bezpośrednio powiązany ze stanem gospodarki. Jeżeli przyjęta polityka pn. "Fit for 55" jest precyzyjnie policzona z ekonomicznego punktu widzenia, to gospodarka unijna, mino bagażu walki z CO2, utrzyma konkurencyjność światową. W innym wypadku zacznie wpadać w tarapaty, a to może spowodować żądania zmian. Mamy wielu polityków, takich jak Marine Le Pen we Francji czy Matteo Salvini we Włoszech, którzy już przebierają nogami, by w jakiś sposób zdemontować projekt unijny. Niezależnie od tego, co będzie dziać się w naszym kraju, unię czeka poważny kryzys, dlatego, że nie wyciągnięto wniosków z największej klęski projektu europejskiego w jego historii, a więc Brexitu. Należy liczyć się z tym, że w najbliższych latach będzie on poddawany kolejnym, poważnym wstrząsom.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama