Droga do ziemskiego Raju? Idzie się wprost na wschodzące słońce

Uciekłam z dzisiejszego świata, z jego przygnębiającej atmosfery, z kultury wszechobecnej pogardy, by ruszyć w daleką podróż, zza biurka – mówi Marzena Burczycka-Woźniak, autorka książki „Midrasze, czyli podróżowanie myśli”
Droga do ziemskiego Raju? Idzie się wprost na wschodzące słońce
„Midrasze, czyli podróżowanie myśli” to książka gdynianki Marzeny Burczyckiej-Woźniak, dziennikarki i pisarki

Autor: Beata Kwaśniewska

„Czas pomiędzy początkiem a końcem, na różne sposoby rozumianą Alfą i nie wiedzieć jaką Omegą, człowiek wypełnia sobie snując opowieści. Niektóre z nich są midraszami”… – pisze pani we wstępie książki. Czym są midrasze? 

Może najpierw spróbuję odpowiedzieć na pytanie − czym midrasz nie jest… Na pewno nie można go zaliczyć do nowożytnych form pisarskich typu opowiadanie, powieść, nowela czy esej. Midrasz jako gatunek literacki ma swoją odrębną, długą historię i określoną genezę, która wiąże się ściśle z potrzebami żydowskiej religijności. Powstawał w pierwszych wiekach naszej ery− najpierw jako midrasz mówiony, następnie spisany − by służyć wyjaśnianiu tego co zakryte, co Jahwe ukrył w tekstach Tory, objawiając je Mojżeszowi. Hebrajskie słowo midrasz − rodzaj literatury rabinicznej – ma u swoich podstaw czynność dociekania, szukania, interpretowania, śledzenia powiązań i wzajemnych uwikłań bosko-ludzkiej rzeczywistości. W naszych czasach to słowo nie jest popularne, mało kto w ogóle je zna. 

Bywa, niektórzy poeci…

Bo też midrasz zafunkcjonować może także w oderwaniu od Ksiąg Mojżeszowych, jako metoda. Nie będzie wtedy do końca sobą, to oczywiste, ale odsłoni się jego badawczy potencjał, badawcza tradycja, jakiś wewnętrzny przymus ścigania prawdy, bez względu na to, jak tę prawdę postrzegają inni w danej chwili dziejowej, w danej kulturze.

Ilustracje z książki (Autor: Beata Kwaśniewska)

Dlaczego powstała ta książka?

To nie tyle książka, co raczej książeczka niewielkich rozmiarów. Praca nad nią potrzebna mi była do nauki. 

Do nauki?

Tak, uciekłam z dzisiejszego świata, z jego przygnębiającej atmosfery, z kultury wszechobecnej pogardy, by ruszyć w daleką „midraszową” podróż, podróż zza biurka. 

Uciec dokąd? 

W stronę przekazów darowanych nam przez starożytność, poczynając od dokonań tajemniczych „czarnogłowych” Sumerów, to IV – II tysiąclecie przed Chrystusem. Moje podróżowanie myśli trwało kilka lat. Niejedno dane mi było głębiej zrozumieć i po swojemu, czasem trochę żartobliwie nazwać; niejedno obce oswoić… A tam, gdzie już wiedza – w dzisiejszym znaczeniu tego słowa − nie sięga, na przykład przy opisie poszukiwania Ogrodu Rajskiego, w innych tradycjach − Krainy Wiecznej Szczęśliwości, wychodziła mi naprzeciw obwarowana mityczną poetyckością wyobraźnia. 

Jaka droga otworzyła się przed panią?

Pozwolę sobie przytoczyć próbkę tego opisu: „ Droga do ziemskiego Raju, zwanego też Edenem (nie jest on tożsamy z którymś z siedmiu Nieb), zdaje się być prosta: idzie się tyle, ile trzeba, wprost na wschodzące słońce, pod prąd lubiącej obfite wylewy Chiddekel-Tigry, ku jej źródłom. Nie wolno zbłądzić na któryś z krańców Ziemi będącej – jak to się wiedziało – płaską i kolistą, a osadzoną w szczerej pustce na słupach. Po pierwsze nietrudno tam o wypadek, po drugie zaś zwieść mogą błądzącego kresowi odmieńcy, jak również brzydko wykrzywione flora i fauna udające, że są tym, czego on szuka, czyli Ogrodem Rajskim − najbardziej centralnym centrum stworzonego świata. Inną przeszkodą w drodze mogłaby być nagła zmiana klimatu. Jedna solidniejsza susza zlizałaby do czysta wodę z koryt rzecznych. Wówczas to kraina szczęśliwości mlekiem i miodem płynąca, odgraniczona od innych jakby niewidzialnym murem, zeschnie się, spłowieje i skurczy; wyparują jej imponderabilia, aż wreszcie zassie ją piasek mezopotamskiej pustyni”… 

Ilustracje z książki (Autor: Beata Kwaśniewska)

Wertuje pani w myślach pradawne przekazy w poszukiwaniu olśnień? „Myślę, że one dziś, a może zawsze, były niezbędne do szczęśliwego życia… Tak jak w ogóle duchowość” – czytamy.

To zdumiewające, że mimo upływu tysiącleci − gatunek homo sapiens liczy sobie 300 tysięcy lat − przy wszystkich cywilizacyjnych różnicach dusza człowieka wciąż głodna jest tego samego. Nasi mentalni pobratymcy sprzed tysięcy lat zadawali te same pytania, co my dzisiaj...

Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? − kiedy te pytania zaczynają nas obchodzić? I jaka jest odpowiedź? 

We wstępie do książki zwróciłam uwagę na to, że kosmicznie rozpędzony postęp nauk przybliżył nam przeszłość na wyciągnięcie ręki. Zdumiewać przy tym może jej – mimo upływu tysiącleci – mentalne do nas podobieństwo, tożsamość duchowych potrzeb.

Życie, miłość, śmierć. Z nich najważniejsza jest miłość?

Dzisiaj chyba nie mamy co do tego wątpliwości. Problemem może być coś innego – po czym poznać, że miłość jest prawdziwa? Swego czasu dziś już nieżyjący biblista biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga wskazał jako kryterium: Prawdziwą miłość poznaje się „po Chrystusie”. Spytałam go o sens tych słów. Chrystus – usłyszałam − niejako sobą definiuje miłość; miłość definiuje Chrystusa. A już po szczegóły udać się możemy do św. Pawła, do jego Hymnu, który kończy się słowami: „Miłość nigdy nie ustaje”.

Dla kogo jest ta książka? Czy metoda à la midrasz przydatna jest do rozumienia dzisiejszego świata? Na co komu midrasze w erze – dajmy na to − smartfonów?

Smartfony – jak wszelkie inne technikalia − nie wykluczają duchowości, w żadnym razie. Zresztą postawiłam sobie w trakcie mojego „podróżowania” lekko bezczelne pytanie o duszę – moją, twoją, ludzką; o jej charakterystykę. I doszłam do czegoś w rodzaju poetyzującej, bo przecież nie naukowej, nie teologicznej, „midraszowej”, osobistej definicji: „Wszystkim przedwiecznym, rudymentarnym potencjom, elementarnym aktywnościom, znanym i nieznanym z imion arcymocom; wiekuistym bogom, aniołom i szatanom, stwórcom i ich stworzycielom, a także potężniejszym od nich (razem wziętych) ich rozgromicielom, otóż wszystkim im pomyślanym przez człowieka chodzi o jedno: o jego duszę mianowicie. O to „coś” − niewidoczne i długo nienazwane, zaś w niedookreślonych ewolucyjnie, jeszcze preedeńskich czasach wręcz nieobecne. Dusza tymczasem (już jako wcielona) zna swoją cenę, przy której bledną: srebro i złoto, perły i diamenty, trony i korony. Wolna jest przy tym, transparentna i neutralna. Ani dobra, ani zła. Nie spoufali się z człowiekiem, niekoniecznie ostrzeże go przed złem, nie zawsze popchnie ku dobru. Ukaże się raz czy drugi w biały dzień, acz tylko na chwilę. Nie zapomni człowiekowi, że frymarczy nią, pakty podpisuje. Otrzepawszy ręce, będzie obserwować. Po śmierci, owszem, może i załka nad trumną, głównie jednak odetchnie z ulgą. Sąd nad duszą człowieka odbywa się już po śmierci tegoż. Jako rozumniejszą od ciała odpytuje się ją obszernie z bilansu życiowego, po czym przepuszcza (lub nie) wyżej. Dusza uczy się tam nowych dla siebie rzeczy oraz utrwala wiedzę już posiadaną. Nade wszystko jednak ćwiczy się intensywnie w najtrudniejszym dla niej zadaniu: mianowicie w sposobach odróżniania dobra od zła”.

Ilustracje z książki (Autor: Beata Kwaśniewska)

Książkę dopełnia krótki cykl medytacji poświęconych starożytności greckiej – rodzaj podsumowania? Ukłonu? 

Trzeba wciąż przypominać czym jest grunt, na którym stoimy z naszymi smartfonami w ręku, między innymi tę Grecję, w której rozkwitały niegdyś tysięcznymi barwami mity, pojawiły się zalążki obiektywnego poznania i pierwociny najlepszych na świecie rządów; gdzie sądy procedowały z użyciem sumienia, myślenie korzystało z dobrodziejstw rozumu, miłość z dobrodziejstw serca… A zatem, bądź pozdrowiona, starożytna Grecjo, poszukiwaczko prawdy i piękna, córo postępu! 

Midrasz na Wielki Piątek?

Może taki: „Od urodzenia po śmierć – jedna jest miara dla wszystkich, jedna droga i jeden jej kierunek wskazany przez nieznającą litości strzałkę czasu. Zawrócić nikt jeszcze nie zawrócił, kierunku nie zmienił, z martwych ku życiu się nie cofnął. Jednakowoż mity i religie w to nie wierzą, a obecny w ludzkim postrzeganiu nieznośny wprost reżim przemijania proponują zrównoważyć ideą zmartwychwstania. Pociecha to niemała dla strapionego własną nicością człowieka. Jakżeż on bowiem – z tym swoim wyrokiem śmierci – ma żyć? Na co komu budzić się rano i zasypiać nocą; martwić się o jedzenie i zdrowie, zabiegać o pieniądze. Na co mu mieć żonę i przymnażać sobie z nią dzieci, ciesząc się przy tym jak kto głupi…?”.

***

Marzena Burczycka-Woźniak 

Dziennikarka i pisarka zamieszkała w Gdyni. Autorka „Reportażu stamtąd nie będzie” (cykl wywiadów z bpem Janem Bernardem Szlagą), wyd. „W drodze” (nagroda Media książce); książkowego reportażu śledczego „Prawda i prawo”, wyd. Bernardinum oraz MIT (nagroda im. Stefana Żeromskiego przyznana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w 2008 roku); bestselleru czytelniczego lat dziewięćdziesiątych – wydanego razem z mężem Tadeuszem cyklu książek Ojca Jana Grande przepisy na zdrowe życie; książki „Źródło. Opowieści o ojcach pustyni”. 

(fot. Tadeusz Woźniak)
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze