I znów ruszasz w daleką drogę.
Już we wtorek, 19 maja. Od pewnego czasu robię rozgrzewkę po Gdańsku i okolicach. Ludzie mnie pytają, co to za challenge ta podróż? I czy ten elektryczny skuter dla niepełnosprawnych zamierzam władować do samolotu? A ja na to, że nie, jadę normalnie, najpierw przez kaszubskie lasy, z błogosławieństwem od taty w Węsiorach, potem lasy szczecińskie, i dalej: Niemcy, Holandia, Belgia, Francja, na finał Crawley w Wielkiej Brytanii. Jadę, dla siebie, dla przygody, dla przyjaciółki Kasi, która walczy z ciężką chorobą, ale przede wszystkim po to, by mobilizować do wyzwań inne osoby z niepełnosprawnością, by schowali kompleksy do kieszeni, by aktywnie spędzali czas i spełniali marzenia.
Ty starasz się spełniać.
Wciąż podwyższam sobie poprzeczkę. Polskę zjechałem wzdłuż i wszerz. Kiedyś zamarzyłem, by sfotografować z drona figurę Chrystusa w Świebodzinie i zrobiłem to. Poszło gładko, nawet pogoda mi sprzyjała… Pomyślałem, jednak to prawda, że wystarczy chcieć. Po pierwszej, spontanicznej podróży do Krakowa w 2021 roku pomyślałem, by pojechać do Słowenii, gdzie byłem w latach 90., jeszcze w pełni sprawny człowiek.
Dlaczego chciałeś tam wrócić?
Żeby na rynku w Koper pomachać polską flagą. Żeby fajnie się poczuć, uświadomić sobie, że mimo iż moja niepełnosprawność wszystko zmieniła, to jednak nie zmieniła nic. Lub prawie nic. Ale wtedy, ze względów technicznych, nic nie wyszło z tego wyjazdu. Może niewystarczająco chciałem? No i niedawno wymyśliłem tę podróż do Crawley. Ponad 2 tysiące kilometrów, siedem przepraw promowych, o barierze językowej nie wspomnę. Kilka niemieckich zwrotów pamiętam z „Czterech pancernych”. (śmiech) Powtarzam angielski. Wziąłem na ambit. Taka wyprawa to nie jest tylko pakowanie plecaka-przyczepki, to przede wszystkim burza w głowie. I nastawienie się na bycie sam na sam ze sobą przez ponad miesiąc. To trud, ale i satysfakcja, że można. Choć, oczywiście, wyznam ci, że człowiek chciałby być zdrowy i podróżować, tak jak wszyscy, a nie wciąż innym, a zwłaszcza sobie coś udowadniać.
Może wtedy to nie byłoby tak ekscytujące?
Na pewno nie poznałbym tak niezwykłych ludzi, do których mógłbym wracać jak do rodzinnego domu. Obcy ludzie dawali mi nocleg, obiad i jeszcze prowiant na drogę. Bo, co trzeba podkreślić, podczas tej podróży, nie nocuję po hotelach.
A gdzie?
Gdzie się da. To zawsze jest niepewność. Zwłaszcza że, o ile w Polsce można rozlokować się na dziko, za granicą jest to niemożliwe. Przeglądałem, szukając na ten temat informacji, czy możliwe jest rozbicie namiotu na przykład w lesie przy wydmach w Belgii i dowiedziałem się, że owszem, jest to możliwe, tylko że o 4 rano może mnie przywitać policja konna...
Malowniczo.
Ale znalazłem w internecie strony, na których ludzie zapraszają na nocleg do swoich ogrodów, bywa i bezpłatnie, albo za symboliczną kwotę. Dzielą się miejscem, bo sami z takich ofert, podróżując, korzystają. Świadomość istnienia takiej możliwości, dała mi pewien spokój.
Czego się obawiasz najbardziej?
Wiele spraw budzi mój niepokój. Ale najbardziej to, żeby nie obudzić się w namiocie zziębniętym. Można być głodnym, niewyspanym, ale gdy przemarzniesz, to od razu dopada cię myśl, by wycofać się z wyprawy. Człowiek chciałby już tylko być we własnym łóżku. Dlatego, trzeba bardzo uważać, i jak tylko złapie mnie deszcz, jak najszybciej przebrać się w suche ciuchy.

Rafał Borowski (fot. archiwum prywatne)
Droga, którą sobie wybrałeś, co to z trasa?
Sam ją sobie wymyśliłem ślęcząc nad mapami. Chciałem jechać wzdłuż wybrzeża, niesamowite widoki. Dziś wiem, że to wytyczanie trasy nie zawsze ma sens. Droga zmienia się w zależności od okoliczności. Gdy na przykład ktoś mnie nieoczekiwanie zaprosi na nocleg i jeszcze organizuje kolejny, u znajomych. – Tam już na ciebie czekają – słyszę. Dla tego czekania, dla śniadania w miłym towarzystwie warto zmienić trasę, czasem nawet nadrobić kilometrów. Poza tym, jak wiem, że mam u kogoś zabukowane miejsce, nie śpieszę się, jadę na luzie, zachwycam się przyrodą, fotografuję krajobrazy, zabytki. Chociaż…
Chociaż, co?
Gdy nie wiem, gdzie będę spał, też bywa ekscytujące. Każdy dzień przynosi innych ludzi, inne miejsca, inne doświadczenie. Gdybym nie wyruszył, gdybym siedział w domu, nie przeżyłbym tego wszystkiego. Zresztą może nie droga jest ważna, a cel?
Jaki to cel?
Od 15. roku życia jestem fanem Roberta Smitha i The Cure. W Crawley słynny wokalista wychował się i tu zaczęła się jego muzyczna kariera. Miasteczko żyje legendą, czasem, gdy w brudnej, małej mieścinie zagrał z chłopakami pierwszy koncert. Minęło 40 lat i oni dalej grają, 3 lipca będą na Openerze w Gdyni! Ale ja zamierzam spotkać się z nimi w Anglii.
Masz umówione spotkanie z The Cure?!
(śmiech) Może uda mi się zrobić wspólną fotkę na fejsa? Dlatego wszystko musiałem sobie ze szczegółami rozpracować, tak by 22 czerwca spotkać się z nimi na trasie, gdy będą wracać promem z wyspy Isle of Wight. Tam, 21 czerwca, w niedzielę grają na festiwalu ostatni, jako headliner, by zmierzać na koncert 24 czerwca w Cardiff w Walii. Będę warował w porcie. (śmiech)
Jest pewna fotografia z 1976 roku, chłopaki z The Cure przy drogowskazie. Jeśli uda mi się zrobić zdjęcie w tym samym miejscu, byłoby to wzruszające. Muszę tylko je odnaleźć. Od dawna jestem na grupach fanów Cure, niedawno nawet zgłosiła się do mnie pewna pani, która zaoferowała, że oprowadzi mnie po muzeum, gdzie jest wystawa poświęcona The Cure. W Crawley zaprosili mnie też do lokalnego radia, chcą, bym opowiedział o mojej wyprawie, o wsparciu, którego potrzebuje Kasia. Wszystko zrelacjonuję na FB, filmy, rolki, zdjęcia. Znów będę obładowany jak wielbłąd: dron, namiot, aparat, kamera. No i ten skuter, strach iść do sklepu, żeby mi go nie ukradli. Taka wyprawa potrafi być ekscytująca, ale i męcząca.

Jak życie.
Podczas mojej ostatniej podróży, trzy lata temu, nie czułem zmęczenia. Spałem po 4-5 godzin. Krótko, ale intensywnie. Budzę się, a tu gęgawy na polu spowitym mgłą… Dla takiego widoku warto w ogóle nie spać. Natura, jej fascynujące piękno, harmonia, to daje w trudnych chwilach największą siłę. Nie tylko w czasie podróży.
Co właściwie spowodowało, że wyruszyłeś w nieznane po raz pierwszy?
Nagle dotarło do mnie, że podróżowanie po Gdańsku to za mało. Spontanicznie kupiłem śpiwór, materac i w drogę, przed siebie. Ledwo obwieściłem swój plan i pierwsze co usłyszałem to: „A co będzie, jak złapiesz gumę?”. Pomyślałem wtedy, że przy takim podejściu nie tylko do podróży, ale i do życia, to najlepiej w ogóle nic nie robić.
Złapałeś gumę?
Przez setki kilometrów wszystko szło gładko, ledwo przyjechałem do Gdańska, od razu. (śmiech) Najważniejsze to mieć świadomość, że zawsze znajdą się na trasie pomocni ludzie. Naprawdę, zawsze. Po tej pierwszej wyprawie wciągnęło mnie. Potem wciągnęło innych. Dzięki moim filmom z podróży zamieszczanym w sieci pewien mieszkaniec Sanoka zdecydował się jechać ze mną. Ruszyliśmy w tę podróż razem, ale po pewnym czasie musieliśmy się rozstać, zdałem sobie sprawę z tego, że taką drogę trzeba odbyć w pojedynkę. Że, by coś przeżyć, zobaczyć, trzeba zrobić to po swojemu. Spotkałem po drodze pewnego 80-letniego pana, który jechał z rowerem z Żywca do Malborka, potwierdził moje słowa: „Panie, samemu jest najlepiej. Jedziesz jak chcesz, w swoim tempie, odpoczywasz, gdy czujesz się zmęczony, jesz, gdy jesteś głodny”. Jest się zdanym na siebie na dobre, choć i na złe też. Ale sens ma tylko taka droga. Nie mogę się już doczekać, gdy zobaczę flamingi w rezerwacie w Nadrenii Północnej w Niemczech, gdy wjadę na ścieżkę rowerową wzdłuż drogi N57 w Holandii. Przepiękna, z dziewięciokilometrową tamą. Dużo zobaczę, ale i wiele nie zobaczę. Choć może to będzie przetarcie szlaków na przyszłość?
Dziś tego typu wyprawy, gdzie masz w kieszeni telefon komórkowy, to zupełnie coś innego niż kiedyś.
Nie wiem, co lepsze. Tamte podróże to była jednak prawdziwa przygoda. Dziś można jechać przed siebie spontanicznie, właściwie bez żadnych przygotowań. Gadam tak, a przygotowuję się do tego wyjazdu od kilku miesięcy. (śmiech) Wciąż się stresuję, że o czymś zapomniałem. Wszystko można kupić po drodze, a i tak człowiek bierze, co mu w ręce wpadnie, bo a nuż się przyda. Wcale się nie przydawało. Najbardziej przydają się worki na suche ciuchy. Przemarzniesz, to koniec. Wracasz do domu. Ten lęk, by zabezpieczyć się na wszelką ewentualność jest we mnie od 2015 roku, gdy amputowano mi nogę. Póki proteza i kręgosłup jako tako działa, to jeszcze można być w miarę wesołym. Ale świadomość, że ten komfort może się kiedyś skończyć też czasem dopada. Wiele lat temu uprawiałem sport, kolarstwo, biegi, dziś też czasem chciałbym się tak naprawdę rozpędzić. Ktoś mi powiedział, wiesz ilu ludzi zdrowych nie wsiadłoby ani na skuter, ani na rower, komu by się chciało?! Ja wsiadam, chcę, robię to, bo nie mogę robić czegoś innego. Czy gdybym był w pełni sprawny ruszyłbym w taki rajd? Może tylko grałbym sobie na gitarze?
Gitara jedzie z tobą?
Jak śpiewać Cure bez gitary? Mam nadzieję, że może, gdy zorganizuję w plenerze jakiś piknik, inni dołączą do śpiewania? To będzie międzynarodowy postój integracyjny. Omijam wielkie miasta. Wolę wiejskie zacisza, boczne drogi. Pamiętam jak kiedyś wracałem od pewnym miłych ludzi, którzy zaprosili mnie na nocleg. Dostałem prowiant, ogromne ilości jedzenia. Nie chciałem, bo nie wiedziałem, jak to wszystko władować do przyczepki. To tylko usłyszałem: „Ale grzybki, ogórki, musi pan”! Potem, pod jakimś przydrożnym krzyżem jadłem kiełbasę zagryzając tymi grzybkami, ogórkami, żeby było jak najmniej dźwigania. Miło to wspominam. Cieszę się też na nocną podróż. Jedziesz przez te wioseczki, jest cisza, tylko szum silniczka, światełka miast migają w oddali, kotek biegnie dróżką… Dachy się kłaniają, drzewa mówią dobranoc… Ale nie chce się spać. Spać to można później, w byle polu.
Rozmarzyłeś się.
Dziś taka wyprawa jak moja to – jakby tak pomyśleć – nic tak znowu ekscytującego. Ludzie robią różne, dziwne rzeczy. Chciałbym wyruszyć kiedyś bez telefonu, bez internetu, bez kamery i drona. Po prostu sobie jechać i o niczym nie myśleć. To byłoby coś! Ale czy się odważę?
Przed tobą 35 dni podróży.
To maksimum. Jeszcze nie zdarzyło się, bym w tym czasie zwątpił, bym chciał zrezygnować. Ale gdy minie te 35 dni, to bardzo będę chciał wracać do domu. Zawsze tak jest.





















![Nie takie diabły straszne. Wybrzeże pewnie pokonało Landshut Devils [zobacz zdjęcia] Nie takie diabły straszne. Wybrzeże pewnie pokonało Landshut Devils [zobacz zdjęcia]](https://static2.zawszepomorze.pl/data/articles/sm-16x9-nie-takie-diably-straszne-wybrzeze-pewnie-pokonalo-landshut-devils-1778952083.jpg)


Napisz komentarz
Komentarze