Punktem zbornym jest punkt informacyjny Polskich Elektrowni Jądrowych (PEJ) w Choczewie. Dziennikarze z Trójmiasta są przed czasem, więc czekamy na Warszawiaków – ich autokar wyjechał ze stolicy o szóstej rano. W sumie zbierze się nas około trzydziestu osób. Czas wypełnia wydawanie sprzętu: kaski, rękawice, okulary ochronne, ciężkie buty. Do tego pizza z miejscowej pizzerii.
– To nasz local content – mówią gospodarze z uśmiechem.
Uśmiech uśmiechem, ale w Bechtelu zapewniają, że to nie żart. Local content, czyli udział krajowych, a najlepiej miejscowych firm w inwestycji, zaczyna się właśnie od takich drobnych zamówień, a kończy na umowach za setki milionów złotych, które podpisało już kilka polskich firm. Rząd i PEJ mówią o aspiracji na poziomie około 40 proc. Od tego, ile z blisko 200 mld zł zostanie w Polsce, a ile na Pomorzu, w dużej mierze zależy, czy mieszkańcy uznają tę elektrownię za swoją.
Przed wyjazdem krótka instrukcja. Nie wolno filmować ani fotografować z drona. Nie wolno pokazywać niczego, co wiąże się z ochroną terenu: bram, ogrodzenia. Pracowników można filmować tylko tak, by nie dało się ich rozpoznać – wyjątkiem są prezesi. Dwoma busami ruszamy na teren przyszłej budowy, przez gospodarzy konsekwentnie nazywany z angielska „site’em”. Angielszczyzna rządzi tu zresztą niepodzielnie. Na koniec, gdy przyszedł czas na zwrot identyfikatorów ochroniarze poproszą o oddanie badge’ów.
Wyspa jądrowa na pustyni
Pierwsze wrażenie: to jest dużo większe, niż mogło się wydawać z wizualizacji PEJ. Po wycince lasu – w pierwszej fazie prac usunięto go z około 330 ha, w dodatku na obszarze Natura 2000, co wywołało protesty ekologów – został niemal pustynny krajobraz, po którym wiatr przegania tumany piasku. Okulary nie są dla ozdoby: instruktor uprzedza, że zdarzają się tu burze piaskowe.
Sama wyspa jądrowa, czyli miejsce trzech reaktorów, zajmie około 40 ha, cały teren elektrowni – około 340 ha. Z ziemi sterczą niebieskie rury – studnie po pierwszej fazie badań geologicznych. Tu i ówdzie pracują wiertnice odgrodzone żółto-czarnym łańcuchem.
Do modułowego centrum biurowego prowadzi droga z betonowych płyt. Biuro stoi mniej więcej tam, gdzie ma powstać reaktor numer 2. Na zachód od niego stanie numer 1, na wschód – numer 3. W części dla kadry kierowniczej na drzwiach same amerykańskie nazwiska. Bechtel, który z Westinghouse’em tworzy konsorcjum budujące elektrownię, od 5 sierpnia formalnie odpowiada za ten teren. Leszek Hołda, prezes Bechtel Polska, podkreśla jednak, że firma zatrudnia już 150 polskich inżynierów, w Gdańsku i tutaj.
Wciąż nie budowa
W sali konferencyjnej czekają na nas prezes PEJ Marek Woszczyk i wiceprezes Michał Olszewski, Leszek Hołda oraz Artur Popko, prezes Budimeksu, który na zlecenie Bechtela wykonuje roboty ziemne.
Prezes Woszczyk zaczyna od rozróżnienia, które jest tu ważniejsze, niż mogłoby się wydawać.
– Wciąż jesteśmy w fazie przygotowań, to wyraźnie chcę podkreślić. Nie jesteśmy jeszcze w fazie budowy. Niemniej ta faza przygotowań jest na tyle zaawansowana i tak na bieżąco zarządzana, abyśmy trzymali się harmonogramu, który po aktualizacji programu polskiej energetyki jądrowej stał się dokumentem rządowym.
PEJ zapowiadał, że do 30 października złoży do wojewody pomorskiej wniosek o zgodę na tzw. wstępne roboty budowlane – nową instytucję, wprowadzoną nowelizacją specustawy jądrowej, coś pomiędzy pracami przygotowawczymi a budową. Zgoda ma przyjść w 2027 i pozwoli m.in. na głębokie wykopy pod fundamenty reaktorów. W 2028 inwestor chce mieć zezwolenie prezesa Państwowej Agencji Atomistyki i pozwolenie na budowę, a jeszcze w tym samym roku wylać pierwszy beton jądrowy. Pierwszy blok ma rozpocząć komercyjną pracę w 2036.
Dzień wcześniej na Politechnice Gdańskiej ktoś zapytał Woszczyka, czy ten harmonogram nie jest za mało ambitny.
– Powiedziałem, że wolę mieć harmonogram realistyczny. Oczywiście w Chinach można zbudować blok w pięć i pół roku, a nawet zejść poniżej pięciu lat, licząc od pierwszego betonu jądrowego do uruchomienia komercyjnego. Ale my nie budujemy pięćdziesięciu jednostek jednocześnie, jak w Chinach, więc nie mamy powtarzalności. Budujemy pierwszą jednostkę po czterdziestu latach przerwy, więc lepiej uwzględniać w harmonogramie pewne niepewności.
I dodaje coś, co nieczęsto słyszy się od szefów wielkich inwestycji: – Nie zaklinamy przyszłości i nie opowiadamy nikomu, a przede wszystkim samym sobie, że nad tym harmonogramem nie ciążą żadne ryzyka. Łatwiej byłoby wymienić te, których tu nie ma, niż te, które są.
Trzy bloki AP1000 o łącznej mocy prawie 3,8 GW mają produkować około 30 TWh rocznie – nieco więcej, niż dziś zużywają wszystkie polskie gospodarstwa domowe. To około 15 proc. krajowego zużycia prądu.
Bez krawata
Prezes Hołda przekonuje, że słowo „przygotowania” nie powinno nikogo zmylić. Kontrakty Bechtela z polskimi firmami to już ponad miliard złotych, dla wielu z nich to największe zlecenia w historii. Unihouse zbuduje modułowe miasteczko dla tysiąca pracowników – a to dopiero dziesiąta część potrzeb, bo w szczycie budowy ma tu pracować ponad dziesięć tysięcy ludzi.
– Wymagania formalne są tu bardzo rozbudowane, niestandardowe w porównaniu z tym, do czego są przyzwyczajeni polscy podwykonawcy. Budujemy obiekt o charakterze jądrowym, więc jakość wykonania musi być na najwyższym poziomie. Tu nie ma ocen innych niż piątka, ten test trzeba zawsze napisać na maksa. Nie ma drogi na skróty ani poprawek, bo nie możemy sobie na to pozwolić.
Prezes Budimeksu przyjechał pod krawatem. Kiedy jednak zorientował się, że koledzy z PEJ i Bechtela są wyraźnie na luzie, zdjął krawat i rozpiął górny guzik koszuli. Umiejętność dostosowania się do warunków na budowie to w końcu cecha, której wykonawca robót ziemnych potrzebuje najbardziej.
A warunki są specyficzne. Budimex ma przemieścić ponad 7 mln m³ ziemi. Artur Popko tłumaczy skalę: na typowym, kilkunastokilometrowym odcinku drogi ekspresowej to około pół miliona. W Polsce robót ziemnych takiej wielkości były tylko trzy: zbiornik przeciwpowodziowy Racibórz Dolny, inwestycja dla KGHM i właśnie Lubiatowo.
– Jesteśmy bardzo blisko plaży, więc materiał jest równoziarnisty. Dosyć dużym wyzwaniem jest jego zagęszczenie i osiągnięcie odpowiedniej jakości. Przez ostatni miesiąc prowadziliśmy odcinki próbne po to, żeby dopracować metodę zagęszczania – wyjaśnia prezes Popko.
Właściwe prace ziemne ruszyły w poniedziałek, od nasypu pod stację transformatorową 110 kV. Do połowy przyszłego roku Budimex chce przygotować grunt pod wszystkie trzy bloki, przerzucając ponad 30 tys. m³ dziennie.
Park maszyn
Po konferencji jedziemy do parku maszynowego. Stoją tu rzędem ogromne wywrotki. Według Budimeksu na terenie pracuje już ponad 40 jednostek sprzętu – wozidła, koparki, spycharki i walce – a docelowo ma ich być ponad sto.
Tu jest czas na nagrania. Pytam prezesa Bechtel Polska, ile osób pracuje teraz na terenie.
– W zależności od realizowanych zadań, obecnie dziennie na site’cie jest od 300 do 400 osób. To głównie inżynierowie i technicy. Duża część korzysta z lokalnej bazy kwaterunkowej, z bazy turystycznej, która tu jest. Część pracowników, szczególnie z firm lokalnych, dojeżdża chociażby z Trójmiasta – mówi „Zawsze Pomorze” Leszek Hołda.
Pytam też Artura Popkę, co dla Budimeksu oznacza wejście na ten teren.
– Przygotowywaliśmy się do tej inwestycji prawie dwa lata, szczególnie koncentrując się na pozyskaniu kompetencji związanych z budową elektrowni atomowej. Bardzo istotne było zdobycie i wdrożenie certyfikatu ISO 19443. To certyfikat, który pozwala realizować tak skomplikowane i złożone prace, i to był dla nas kluczowy element, który umożliwił nam wejście na ten teren. Jestem przekonany, że te kompetencje wykorzystamy nie tylko przy tej elektrowni, ale też przy kolejnych tego rodzaju inwestycjach – zapewnia prezes Budimeksu.
Co z tego będą mieli mieszkańcy
Najważniejsza dla okolicy jest infrastruktura towarzysząca. Rozmawiamy o tym z wiceprezesem PEJ Michałem Olszewskim. Program wart prawie 5 mld zł jest finansowany z budżetu państwa. Obejmuje 26 km nowej drogi krajowej nr 69 od węzła Łęczyce na S6 i ponad 150 km linii kolejowych. Pierwszy etap drogi ma być gotowy w maju lub czerwcu przyszłego roku, odcinek do drogi wojewódzkiej nr 213 – w 2028. Wtedy ciężarówki zjadą z dróg powiatowych. Torpol buduje już 60 km torów, w tym modernizowaną i elektryfikowaną linię Lębork–Łeba. Kolej ma być gotowa w 2028 i obsługiwać także pasażerów. Do tego około kilometrowe molo – morska infrastruktura wyładowcza – przez które dotrą największe elementy elektrowni.
W rozmowie z „Zawsze Pomorze” wiceprezes Olszewski mówi o sprawach mniejszych, ale najbardziej odczuwalnych:
– Budujemy potężny program wodno-kanalizacyjny, który będzie służył elektrowni, ale też mieszkańcom Kopalina. Dzięki porozumieniu z gminą, które niebawem zawrzemy, zapewnimy też odbiór ścieków z tej części gminy. Mamy nadzieję, że do 30 kwietnia przyszłego roku ukończymy drogę na plażę od Słajszewa do wejścia numer 50. To wydawałoby się drobny projekt, ale ważny, bo zapewni obsługę ruchu turystycznego.
Na drogach lokalnych zmiany już widać: zmodernizowana droga powiatowa Ciekocino–Kurowo została oddana mieszkańcom, w najbliższych miesiącach ma ruszyć przebudowa kolejnej. PEJ sfinansuje też kilka placów zabaw i sprzęt dla ochotniczych straży pożarnych. Szczyt transportów ciężarowych inwestor chce skumulować dopiero wtedy, gdy będą gotowe tory i droga krajowa – prawdopodobnie w 2034.
– Wtedy będą też transportowane duże gabaryty przez morską infrastrukturę wyładowczą. One nie będą już obciążały lokalnej infrastruktury, z której normalnie korzystają mieszkańcy – zapewnia wiceprezes Olszewski.
Piaski do czterdziestu metrów
Kolejny przystanek to stanowisko wiertnicze. Organizatorzy uprzedzali, że będzie głośniej – i jest. W pierwszej, zakończonej fazie badań rozpoznano grunt pod wyspą jądrową – w 470 punktach, z otworami sięgającymi ponad 200 m. Teraz trwają wiercenia pod infrastrukturę towarzyszącą, płytsze, do 60–70 m, oraz na morzu. To jedna z największych kampanii wiertniczych w historii Polski.
Piaski wydmowe sięgają tu – jak wyjaśniają geolodzy pracujący na miejscu – miejscami do 40 m, choć czasem kończą się na 15 albo 30 – budowa geologiczna terenu nie jest jednolita.
Czy badania mogą jeszcze wykazać, że to złe miejsce na elektrownię? Prezes Hołda zapewnia, że lokalizację potwierdzono wcześniej, a obecne badania służą tylko ustaleniu parametrów posadowienia. Poza kamerą dopytuję, czy geologicznie coś może pójść nie tak. – Nie. Wszystko jest sprawdzone – słyszę.
Przez plażę będą zasysać morze
Na koniec gospodarze wywożą nas poza teren, na plażę. Kilkadziesiąt metrów od brzegu stoi platforma wiertnicza Wave Walker, dalej, w morzu – Excalibur. Obie pracują dla firmy Fugro. Wave Walker ma osiem nóg i potrafi sama „chodzić” po płytkiej wodzie: połowa nóg się unosi, druga, wbita w dno, przesuwa całość na siłownikach. Tak powoli, że gołym okiem nie widać ruchu.
Tędy, pod dnem, pobiegną tunele, którymi elektrownia będzie zasysać wodę do chłodzenia reaktorów i oddawać ją z powrotem. To kolejny punkt sporu z ekologami. Z tego, czego dowiaduję się na miejscu, tunele doprowadzające mają mieć około trzech kilometrów, odprowadzający – około półtora, choć ostateczne długości ustalą projektanci. Miejsce poboru wody jest szczególnie wrażliwe, bo nie można zasysać zbyt wielu ryb i innych organizmów. Pierwotnie mówiło się o tunelach sześciokilometrowych, ale bliżej brzegu znaleziono zagłębienie dna, w którym można umieścić ujęcie. Wylot odprowadzający musi z kolei leżeć na odpowiedniej głębokości, bo woda wraca do morza cieplejsza. Nie można dopuścić, by zaszkodziła ekosystemowi.
Mamy szczęście, organizatorzy mówią o „oknie pogodowym”. Przez cały dzień świeci słońce, choć teraz chyli się już ku zachodowi. Biały piasek, spokojne morze, za plecami pas lasu, który oddziela plażę od terenu elektrowni. Wiceprezes Olszewski nazwał ją na konferencji „najprawdopodobniej najpiękniejszą plażą na całym Bałtyku”. Trudno się spierać. Trudniej odpowiedzieć, czy wciąż będzie się tak o niej mówić, gdy za tym lasem staną trzy reaktory, a w morze wejdzie kilometrowe molo.
Jeszcze chwila w centrum biurowym, przekąska, oddajemy badge i opuszczamy site. Ostatni rzut oka na wywrotki, które mijamy za oknem busa. Formalnie to wciąż nie jest budowa. Tylko trudno to nazwać inaczej.



Napisz komentarz
Komentarze