Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama Ziaja kosmetyki kokos i pomarańcza

Kto i dlaczego pojechał do Warszawy? Uczestnicy marszu: Odpalili lex Tusk, to odpalili i nas

Organizatorzy marszu w Warszawie podali, że wzięło w nim udział ok. pół miliona osób. Państwowa TVP – że było to między 100-150 tysięcy, powołując się na nieoficjalne dane z policji. Prawicowi blogerzy kpili, że do Warszawy zjechali turyści, złaknieni cukrowej waty i wizyty w zoo. Jaki to był dzień z punktu widzenia „miłośników cukrowej waty”? I co po sobie pozostawił?
marsz 4 czerwca, Warszawa

Autor: Krzysztof Ignatowicz | Zawsze Pomorze

Marsz 4 czerwca. Kto i dlaczego pojechał do Warszawy?

Jedni planowali wyjazd już w kwietniu, gdy Tusk zapowiedział marsz. Inni zdecydowali się w ostatniej chwili.

– Odpalili lex Tusk, to odpalili i nas – mówi Kamila, która decyzję o tym, że pojedzie do Warszawy, podjęła we wtorek wieczorem.

Pani Ela zdecydowała się w czwartek – po tym jak usłyszała o wykorzystaniu w spocie zdjęć z Auschwitz.

–  Po tym, co obejrzałem w państwowej telewizji, jestem gotowy maszerować co tydzień po tę watę cukrową – śmieje się natomiast Bartosz.

Wyjazd: sobota rano i niedziela nad ranem

Niektórzy postanowili jechać już w sobotę.

– Jedziemy, z kim się jutro widzimy na Placu Zamkowym? – pisała w sobotnie przedpołudnie do znajomych Martyna Woźnicka z Gdańska. – Spacer, wieczór na Wisłą, a jutro rano wychodzimy na ulicę!

Wśród tych, którzy wybierali się na marsz, od kilku dni krążyły plotki, że wcale tak łatwo nie będzie do Warszawy dojechać. Że w niedzielę rano będzie na drodze olbrzymi ruch – co oczywiste – ale też, że policja będzie drobiazgowo i długo sprawdzać samochody i autokary, by jak najbardziej opóźnić wyjeżdżających.

Martyna i jej troje znajomych postanowili więc jechać w sobotę. Ruch na S7 i tak był już wielki. Policji nie widzieli.

– Jeśli policja chce przystąpić do przeszukania naszego samochodu, mamy prawo zażądać, by z tej czynności został sporządzony protokół – instruowała dzień przed marszem Karolina Gierdal, prawniczka z Kolektywu Szpila. – Takie żądanie może zniechęcić policjanta do przystąpienia do czynności, jeśli jest ona całkowicie pozbawiona podstaw.

PRZECZYTAJ TEŻ: Po 4 czerwca zachłysnęliśmy się wolnością, demokracją i myśleliśmy, że tak będzie zawsze. To był błąd

W niedzielę za to policja już była.

 – Nas akurat nie zatrzymali, ale znajomi mówili, że kontrolowali ich dwukrotnie – mówi Bartosz Balicki z Gdyni. – Jechali autokarem, po marszu wyjeżdżali trasą lubelską. Zapora z radiowozów i policji, kontrolowali po kolei każdy pojazd.

Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy stwierdził następnego dnia, że same tylko „autokary z całej Polski przywiozły ponad 60 tys. osób”.

Metro: ponad godzina do marszu

Do biletomatu na stacji metra na Racławickiej ok. godziny 11. stało się kilkanaście minut. Pół godziny później trzeba było stać w kolejce, by wejść do budynku.

– W końcu czujemy się jak w japońskim metrze – śmiała się starsza pani, próbując wepchnąć się do wagonu. – Ale i tak mamy dobrze, córka mi pisze, że na Stokłosach w ogóle się nie da wejść!

PRZECZYTAJ TEŻ: Tłumy Polaków, w tym Pomorzan, na marszu w Warszawie

– Na Marymoncie przed stacją autobusy stoją w kolejce do przystanku, bo nie mogą podjechać, taki tłok – mówił ktoś inny.

– Nigdzie już w tym mieście pojechać nie można, takie tłumy – narzekała inna starsza pani.

– To pani dzisiaj nie jeździ, a nie narzeka! – odparowała pierwsza starsza pani. – Tu dzisiaj nie ma miejsca na narzekanie, jak się pani nie podoba, to siedzi pani w domu i telewizję ogląda!

Wyjście na zewnątrz na stacji Politechnika (kilka minut spacerem od placu Na Rozdrożu, gdzie zaczynał się marsz) zajmowało kilka minut. Bliżej południa było to już kilkanaście minut.

Dzień później służby miejskie podsumowały niedzielę w komunikacji miejskiej. Według nich, tylko warszawskie metro przewiozło 200 tysięcy pasażerów więcej niż normalnie w niedziele o tej samej porze.

– Sama korzystałam z metra w tym dniu, odwiedziłam też nasz sztab, gdzie był podgląd na wszystkie stacje – mówiła Monika Beuth, rzeczniczka ratusza. – Widziałam ogromny tłok. Ludzie nie byli w stanie wejść do pociągów i musieli się cofać na wcześniejsze stacje. Choć nie dało się od razu opuścić stacji Politechnika, były obawy przed otwarciem bramek wyjściowych, bo na powierzchni też brakowało miejsca dla ludzi.

W rozmowie z Wirtualną Polską Mariusz Sokołowski, były rzecznik policji, ekspert ds. bezpieczeństwa mówił:

– Śmiem twierdzić, że to największa manifestacja, jaka do tej pory odbyła się w Warszawie.

Flagi: pół godziny do marszu

– Unijna mała po 20 złotych, duża po 50, polska mała po 15, średnia po 30, duża po 50 – wylicza dziewczyna sprzedająca flagi w połowie drogi między metrem a placem Na Rozdrożu. – Ale unijnych już nie ma, ostatnią niedawno sprzedałam.

Od 9. rano poszło 150 unijnych flag i prawie drugie tyle polskich.

– To poproszę polską za 30 złotych, bo ta mała to trochę za mała – mówi zażywny pięćdziesięciolatek w czapce z napisem „Polska” na daszku i w koszulce z napisem „Polska” na plecach. – I kijek ten plastikowy wyższy jeszcze niech pani da, żeby było widać!

PRZECZYTAJ TEŻ: Najważniejsze, że 4 czerwca nie było lipy!

Dziewczyna liczy, że kolejne flagi dotrą przed największym tłumem, idącym z metra.

– Kolega ma dowieźć rowerem, przeciśnie się – ma nadzieję.

Przywiezie też wianki na głowę dla kobiet z biało-czerwonymi kwiatami.

– Po 35 złotych będą – zachęca. – Potem się na jakiś mecz przydadzą, zwróci się koszt.

Podobno – mówi dziewczyna – Tusk powiedział, żeby na marszu było jak najwięcej flag, żeby cały był biało-czerwony i niebieski. – To dlatego ludzie tak kupują.

Plac Na Rozdrożu: już w zasadzie marsz

Tłum chciałby dotrzeć jak najbliżej wielkiej fontanny, bo lekki wiatr niesie ze sobą kropelki wody. Ale już się nie da, fontannę okala szeroki pas róż i nie ma odważnych do deptania. Atmosfera piknikowa, ludzie robią sobie nawzajem zdjęcia, podśpiewują razem z Bovską „Wolność kocham i rozumiem” Chłopców z Placu Broni.

– Z Trójmiasta przyjechaliście? Wspaniale, jak ja was podziwiam, że wam się chciało! – woła pani w średnim wieku na nasz widok.

Ktoś inny poklepuje nas po plecach, koniecznie chce nam zrobić zdjęcia, przy okazji dokonujemy wymiany – za przywieziony z Gdańska znaczek z napisem „Nie śpij, bo cie przegłosują”, pisany solidarycą, oferuje naklejkę „Idę na #wybory 2023”.

O 12. płynący z głośników głos Bartosza Arłukowicza zapowiada przybycie Donalda Tuska. Tłum skanduje, a gdy mikrofon trafia do Lecha Wałęsy, gdzieś z tyłu zaczyna się skandowanie: „Solidarność naszą siłą!”. Z drugiej strony placu głośniejsze jest: „Lech Wałęsa!”, ale gdy do głosu dochodzi przedstawicielka Wolnych Sądów, tłum już się niecierpliwi.

– Ile mamy jeszcze słuchać – denerwuje się chłopak w koszulce z biało-czerwonym serduszkiem. – Ruszajmy już, a nie stoimy i stoimy!

Włodzimierza Czarzastego i Roberta Biedronia nikt nie słucha, wszyscy wyciągają szyje, sprawdzając, czy flagi po drugiej stronie fontanny przesuwają się do przodu. W międzyczasie rozmawiają o tym, dlaczego w ogóle jesteśmy na tym placu.

– To, co robi PiS, to czysta komuna – mówi pan w kapeluszu z orłem. – Ja to wszystko pamiętam, tak było, od rana do nocy kłamstwa w telewizji i w radiu. Jak opowiadałem o tym dzieciom, to nie wierzyły, że tak można, a teraz widzą, co się dzieje, jak ludziom można dzień po dniu sieczkę z mózgu robić. Z wnukiem tu jestem, żeby wiedział, co się może stać, jak będzie obojętny – wskazuje chłopaka w koszulce z serduszkiem.

To, co robi PiS, to czysta komuna. Ja to wszystko pamiętam, tak było, od rana do nocy kłamstwa w telewizji i w radiu. Jak opowiadałem o tym dzieciom, to nie wierzyły, że tak można, a teraz widzą, co się dzieje, jak ludziom można dzień po dniu sieczkę z mózgu robić. Z wnukiem tu jestem, żeby wiedział, co się może stać, jak będzie obojętny.

uczestnik marszu w Warszawie

Plac Na Rozdrożu: I-dzie-my! I-dzie-my!

Mija godzina 13., marsz trwa od godziny, Donald Tusk, Lech Wałęsa i Rafał Trzaskowski pół godziny temu ruszyli w stronę Placu Zamkowego, coraz bardziej niecierpliwy tłum napiera na róże.

– I-dzie-my! I-dzie-my! – skandujemy wspólnie, nie ruszając się nawet o metr.

Z głośników słychać Barbarę Nowacką, a pani stojąca z tyłu mówi do innej pani:

– To jest nie do pomyślenia, żeby w demokratycznym kraju powstawały takie czekistowskie komisje, które mogą skazać człowieka! Ja tu dlatego jestem, żeby przeciwko takim pomysłom zaprotestować.

Niewielu już pamięta, że Donald Tusk, namawiając w kwietniu do marszu, mówił o sprzeciwie przeciw drożyźnie, złodziejstwu i kłamstwu.

– Ja tu idę przeciwko obłudzie, kłamstwu i propagandzie – mówi sąsiadka pana w kapeluszu.

– Ja zdecydowanie przeciwko lex Tusk – mówi Bartosz Balicki, który przyjechał z Gdyni i na plac na Rozdrożu już się nie wepchnął, stał ze znajomymi kilkaset metrów dalej, na Puławskiej.

PRZECZYTAJ TEŻ: Nie 11 listopada, a 4 czerwca powinien być głównym świętem państwowym

Następnego dnia dziennikarze amerykańskiej telewizji CNN stwierdzili, że widać było „mobilizujące działanie ustawy na wyborców opozycji, których z całego kraju do Warszawy przywiódł sprzeciw wobec nowego prawa”.

– Ja jestem taką zmobilizowaną uczestniczką – przyznaje się Kamila z Gdańska. – Odpalili lex Tusk, to odpalili i nas.

Kamila decyzję o tym, że pojedzie do Warszawy, podjęła we wtorek wieczorem, po tym jak usłyszała, że prezydent podpisał ustawę. Razem z nią przyjechało kilka osób, tyle, ile się zmieściło w małym busiku.

Znowu razem z Bovską śpiewamy „Wolność kocham i rozumiem”.

Plac Na Rozdrożu: tłum rusza

Po godzinie 14. tłum z placu wreszcie rusza, trawniki już nie mają szans na przetrwanie, każdy idzie, gdzie choć odrobina wolnego miejsca. Ci, którzy stoją na sąsiednich ulicach, nadal czekają na włączenie się do marszu.

– W takim tempie to do wyborów nie ruszymy – śmiali się Bartosz i jego znajomi.

Z głośników słychać emerytowaną nauczycielkę biologii z technikum pod Kielcami.

– No właśnie, a co oni z tymi nauczycielami zrobili, dla każdego są pieniądze, tylko nie dla nich – reagują w tłumie. – Bo to nie jest rządowy elektorat, im nie ma co sakiewek otwierać.

Chwilę później słuchamy młodego rolnika, który boi się, że nie będzie mógł sprzedać tegorocznego zboża, bo magazyny nadal są pełne zboża z Ukrainy.

PRZECZYTAJ TEŻ: Po wyborach z 4 czerwca 1989 pozostało trochę mitów

Uwaga tłumu zwraca się na mężczyznę z wypisanym na kartonie napisem: „fOLKSDOJCZE DO BERLINA”.

– Spadaj, pajacu, do cyrku, nie będziesz tu prowokacji urządzał – woła ktoś.

– Jak napisać nie umie, to pewnie nawet nie wie, co to słowo znaczy – przypuszcza starsza pani.

Kilka godzin później prawa strona Internetu będzie ekscytować się lecącym nad Warszawą niewielkim samolotem, ciągnącym za sobą baner z napisem: DO BERLINA. Redakcja rzeszowskiej Wyborczej ustaliła potem, że maszyna „należy do mieleckiej Fundacji »Biało-Czerwone Skrzydła«”.

Plac Zamkowy: koniec marszu

Gdy ci, którym udało się przejść przed Pałac Prezydencki, krzyczą: „Będziesz siedział”, Bartosz Arłukowicz przekazuje, ze w marszu uczestniczyć może nawet 500 tysięcy ludzi.

– Myślę, że to możliwe – przypuszcza pani w koszulce z napisem „Uśmiechnięty Wrocław”. – Zbyt wielu ludziom to, co się teraz dzieje, przypomina ponury czas komuny, dlatego tak wielu tu przyjechało. Głos młodych też jest ważny. Chciałabym, żeby zobaczyli, że jesteśmy tu przede wszystkim dla nich, a nie dla polityków.

Gdy Donald Tusk przemawia na Placu Zamkowym, obiecując wygranie wyborów, rozliczenie rządów PiS i późniejsze pojednanie Polaków, tłum słucha go, stojąc na rondzie de Gaulle’a, siedząc na ławkach w Parku Ujazdowskim, stojąc w Alejach. Bartosz ani ludzie wokół niego rzeczywiście nie dotarli nawet do fontanny na placu Na Rozdrożu.

– Wziąłem udział w stacjonarnym marszu, ale nie żałuję nawet minuty – mówi. – Nie miałbym problemu nawet wtedy, gdybym nie ruszył się ani o metr. To tylko znaczyłoby, że jest nas aż tak dużo.

Dziewczyna stojąca koło niego mówiła, że gdyby mogła, to przyprowadziłaby całe swoje piętro z akademika.

–Wiem, że to, co się teraz dzieje, zdecyduje o tym, w jakim kraju będę żyła – mówiła Bartoszowi. – Stoję tu przeciw lex Tusk, bo jest niezgodne z konstytucją, takie rzeczy nie powinny się dziać w demokratycznym państwie.

W autobusie miejskim: godzina po marszu

– Podziwiamy wszystkich, którzy podjęli wysiłek i przyjechali do Warszawy – mówi siedzące naprzeciw nas małżeństwo z Wawra. – Jak rozmawialiśmy z młodą sąsiadką, to mówiła: a po co ten marsz, jakoś przecież wszystko się toczy. Rzeczywiście, ten marsz sam w sobie może nic nie zmieni, ale trzeba pokazać sprzeciw. Trzeba pokazać, że my się na to wszystko nie zgadzamy.

Najważniejsze, żeby ludzie poszli do urn i zagłosowali. Mam nadzieję, że rzeczywiście to będzie początek tej drogi. Zacznijmy wreszcie proces żegnania się z PiS-em.

uczestnik marszu w Warszawie

– Najważniejsze, żeby ludzie poszli do urn i zagłosowali – dodaje pan ze zwiniętą już unijną flagą. – Mam nadzieję, że rzeczywiście to będzie początek tej drogi. Zacznijmy wreszcie proces żegnania się z PiS-em.

W drodze do Gdańska

W samochodzie słuchaliśmy Polskiego Radia. W połowie drogi do domu dowiedzieliśmy się, że „uwiedzeni przez Tuska” wzięliśmy udział w partyjnym marszu nienawiści – zamiast piękną czerwcową niedzielę spędzić na rekreacji, na grillach, koncertach i na festynach.

Radosław Poszwiński, internetowy prawicowy bloger napisał na Twitterze:

„7 na 10. osób które pytałem po co przyjechały na marsz, powiedziały mi że nie przyjechały na marsz. Większość przyjechała do warszawskiego zoo bo ładna pogoda, łazienki, pokazać dzieciom Zamek, wata cukrowa na starym mieście, stadion narodowy zobaczyć w całości w pięknym słońcu spod Kolumny Zygmunta. Frekwencję rzeczywistą oceniam na 50 - 75 tys działaczy PO, KOD i lewicy. Ewidentnie marsz Tuskowi nie wyszedł i może być wściekły na współpracowników że nie stanęli na wysokości zadania”.

Martyna, wracając do Gdańska, poznawała utwory z musicalu „1989”. Słuchali razem rapującego Marcina Czerniaka, a potem już wszyscy razem krzyczeli:

Więc kiedy zapytają, co tu robi ten tłum? Odpowiemy całą zgrają: Ten tłum robi bum!

Dziękuję Martynie Woźnickiej i Bartoszowi Balickiemu za pomoc w słuchaniu zebranych na marszu 4 czerwca w Warszawie.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama Kampania 1,5 % Fundacja Uśmiech dziecka