Sprawa beznadziejna? Brzmi jak wyzwanie
Sobota, 25 kwietnia tego roku. Po gdyńskich ulicach hula wiatr. Roznosi tumany piasku, śmieci, papiery. Nagle na rogu ulic Świętojańskiej i Armii Krajowej w Gdyni pod nogi przechodnia upada niewielka, stara fotografia. Przedstawia siedem osób, siedzących przy zastawionym stole.
Pierwsza od lewej to ładna, kilkuletnia dziewczynka, trzymająca w rękach dużą lalkę. Obok siedzi dojrzała, przystojna kobieta o ciemnych włosach. Dalej – prawdopodobnie – starsze małżeństwo, a przy nich młoda, bardzo ładna dziewczyna. Następnie wyglądający na 40-50, a może i więcej lat mężczyzna w mundurze i na końcu elegancki pan w okularach z papierosem w dłoni. W tle zasłonięte storami duże okno i ściana, pokryta tapetą. Po prawej stronie na ścianie wisi jakiś dokument. Jest bardzo niewyraźny, chyba opatrzony herbem. Z daleka wygląda jak błogosławieństwo papieskie.
Zdjęcie trafia do Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Dlaczego?
Tadeusz Gruchalla-Wensierski, pełniący obowiązki rzecznika prasowego MOSG tłumaczy, że to przez osobę w mundurze, przypominającym uniformy Korpusu Ochrony Pogranicza.
– W końcu jesteśmy spadkobiercami tej formacji – podkreśla. - Można podejrzewać, że zdjęcie, będące pamiątką rodzinną mogło przy silnym wietrze wylecieć z przenoszonego kartonu lub wypaść przypadkowo z kieszeni. Dlatego szukamy właściciela.
A może uda się poznać losy ludzi ze zdjęcia? Połączyć je z historią Gdyni? Publikujemy zdjęcie w portalu „Zawsze Pomorze”, prosząc właściciela o kontakt. Tuż przed świąteczną majówką apel MOSG pojawia się nie tylko w pomorskich, ale także w niektórych ogólnopolskich mediach.
– Nikt się nie zgłosił – w poniedziałek, 4 maja mówi z żalem w głosie Tadeusz Gruchalla-Wensierski. – Bo co moglibyśmy jeszcze zrobić? Plakaty w pobliżu Skweru Kościuszki umieścić? Nadal nie wiemy, kto jest na zdjęciu. I komu mogło zginąć.
Sprawa beznadziejna? Brzmi to jak wyzwanie.
Historia pewnej Szwedki
Byłam już świadkiem sprawy na pozór beznadziejnej, związanej z odkrytymi w Gdyni zdjęciami. Ponad 20 lat temu podczas remontu mieszkania przy ul. Świętojańskiej robotnicy znaleźli koperty wypełnione dokumentami w języku szwedzkim oraz dziesiątkami klisz fotograficznych, przedstawiających piękną blondynkę. Należały one do młodej Szwedki – Katchen Raberg, która w latach 30. XX wieku wyszła za mąż za Polaka, oficera Marynarki Handlowej. Zdjęcia i dokumenty odkupił kolekcjoner z Krokowej. Pozwolił mi na wykorzystanie ich w artykule.
Jedno ze zdjęć ukazywało nowoczesną willę. Z tyłu ktoś napisał adres – ul. Mickiewicza 16. Sprawdziłam, willa należała do kapitana Leona Rusieckiego. Jak się później okazało, pierwszego kapitana z tczewskiej Szkoły Morskiej.
Tyle udało mi się wówczas ustalić. W 2003 r. ukazał się artykuł w „Dzienniku Bałtyckim”, w którym apelowałam do osób, które mogą opowiedzieć o dalszych losach polsko-szwedzkiego małżeństwa. Kilka miesięcy później odebrałam telefon ze Szwecji. Dzwonił Ralf Rusiecki, syn Leona i Katchen. Umówiliśmy się na spotkanie w Gdyni.
– Jak do pani dotarłem? – powtórzył pytanie. – Znajomy Szwed wsiadł do lokalnego pociągu. Na siedzeniu obok zobaczył zostawioną przez kogoś polską gazetę. A w niej zdjęcie mojej mamy, to samo, które stało u mnie na półce.
I tak dzięki nieznanemu czytelnikowi, który prawdopodobnie zabrał dziennik na pokład promu, płynącego z Gdańska do Szwecji, poznałam dalsze losy Katchen, Leona i ich dzieci.
Może i teraz będę miała szczęście.
A może kolejarz?
Skan zdjęcia znalezionego na ul. Świętojańskiej wysyłam dr. Dariuszowi Małszyckiemu i Tomaszowi Miegoniowi z Muzeum Miasta Gdyni.
– Na razie trudno cokolwiek powiedzieć – zastrzega dr Małszycki. – Nie wykluczam, że twarz drugiej kobiety z lewej mogłem widzieć na jakimś zdjęciu, będącym, w zbiorach muzealnych, ale trzeba by było czasu, by to sprawdzić.
Pod warunkiem, że zdjęcie wykonano w Gdyni.
Marek Knoblauch, kolekcjoner, przez którego ręce przeszło wiele starych zdjęć, uważa, że szanse na znalezienie właściciela nie są zbyt duże. Bywa, że mieszkanie po śmierci właściciela kupuje obca osoba, a pamiątki lądują na śmietniku.
– Najbardziej charakterystyczną osobą jest mężczyzna w mundurze – przyznaje. – Spróbuję skontaktować się ze znawcami przedwojennego umundurowania, może odpowiedzą na pytanie o rodzaj formacji.
Kolejni rozmówcy raczej wykluczają, by mężczyzna nosił mundur KOP. Po pierwsze Korpus Ochrony Pogranicza nie stacjonował w Gdyni, po drugie – nawet na marnej jakości zdjęciu widać, że mundur różni się od tych, które nosili żołnierze KOP. Trudno znaleźć odznaczenia na pagonach, inaczej rozmieszczone są guziki. Mężczyzna ponadto sprawia wrażenie zbyt starego, jak na służbę czynną. Pada nawet sugestia, że możemy mieć do czynienia chociażby z… kolejarzem.
Przekleństwo niepamięci
– Za to wiele wskazuje, ze zdjęcie zrobiono jeszcze przed wybuchem wojny, ewentualnie w jej trakcie – mówi konsul honorowy Królestwa Danii, Julian Skelnik, zarazem znany kolekcjoner, którego rodzina związana jest od XVIII wieku z Gdynią. – Mogą o tym świadczyć nie tylko fryzury pań i ubrania, ale także litrowa butelka, prawdopodobnie z wódką. Po wojnie w takiej objętości alkoholu nie sprzedawano.
Julian Skelnik prosi, by wspomnieć, jak wielkim przekleństwem niepamięci jest brak opisów na odwrocie fotografii.
– Trafiły do mnie zdjęcia z przedwojennych okolic Lwowa – opowiada. – Widać, że przedstawiają ówczesną elitę, pięknie ubrane kobiety, eleganckich mężczyzn, ludzi zapewne ważnych i szanowanych. I nikt dziś nie wie, kto to był. Dlatego apeluję – jeśli wpadnie komukolwiek do głowy, że warto by było opisać stare, rodzinne zdjęcia, nie odkładajmy tego na potem. Trzeba od razu usiąść i zanotować, kto jest na zdjęciu (nie piszemy przy tym „ciocia Wanda Kowalska i ja”, tylko podajemy także swoje imię i nazwisko) oraz kiedy i gdzie je wykonano. Jesteśmy to winni naszym potomkom.
Co ciekawe, wnętrze pokoju, w którym sfotografowano siedem osób, kojarzy się mojemu rozmówcy z innym gdyńskim mieszkaniem. – Odbywało się tam wesele mojej cioci – mówi z nostalgią w głosie.
Z opisu wynika, że może to być dom przy ul. Podjazd, w pobliżu wiaduktu kolejowego.
Przełom czyli policyjny ślad
We wtorek, 6 maja dochodzi do przełomu w poszukiwaniach. Rano nadchodzi mail od Tomasza Miegonia. Przekazuje informację od dr. Dawida Gajosa z Działu Historycznego Muzeum Miasta Gdyni. – Na zdjęciu jest policjant z okresu II RP w stopniu przodownika (1936-38). To pewne na 90 proc. ale nic więcej o tych osobach nie wiemy – czytam w mailu.
Informację historyka potwierdza już na 100 procent insp. Sławomir Pachura, emerytowany komendant miejski w Gdyni i w Sopocie, inicjator badań dziejów Policji Państwowej w Gdyni.
– Mężczyzna ze zdjęcia nosi mundur przodownika. To ówczesny odpowiednik dzisiejszego sierżanta – wyjaśnia były szef gdyńskiej policji.
Insp. Pachura kieruje mnie do dr. Jarosława Tuliszki, specjalisty historii wojskowości i byłego funkcjonariusza policji, który m.in. opracował opublikowaną na stronie gdyńskiej policji listę nazwisk przedwojennych policjantów służących od powstania miasta do 1939 roku. Lista liczy 456 nazwisk. Wśród nich już „tylko” 48 przodowników policji. Czyżby wśród nich był przodownik ze znalezionej na ulicy fotografii?
– Zdjęcie zostało na pewno zrobione po 1936 roku – mówi dr Tuliszka. – Wcześniej dystynkcje znajdowały się na patkach kołnierzowych, natomiast od 1936 roku są już pagony. Na prawej piersi mężczyzny widzimy guzik kieszeni. Powinien pod nim być metalowy identyfikator. Tutaj go nie ma, ale to wcale nie znaczy, że nie mamy do czynienia z policjantem. Mógł go zdjąć.
Za to nie mógł pojawić się, nawet na rodzinnej imprezie, w cywilnym ubraniu. Policjanci po służbie też chodzili w mundurach, co – poniekąd – pozwalało zaoszczędzić na ubraniach.
– Musimy też wiedzieć, że zawód policjanta przed wojną cieszył się prestiżem – podkreśla historyk. – Policjant był kimś, kogo należy szanować. Był on dobrze opłacany, reprezentował powagę urzędu.
Co piąty...
Jakie były dalsze losy ludzi z fotografii po 1 września 1939 roku? Czy zostali wysiedleni z miasta? Czy przeżyli? Tego, być może, nigdy się nie dowiemy. Więcej można powiedzieć o wojennych dramatach gdyńskich policjantów.
Jak czytamy na stronie KMP w Gdyni, „w pierwszych dniach września 1939 r. Wehrmacht odciął północne powiaty województwa pomorskiego od reszty kraju. Na skutek tego funkcjonariusze Policji Państwowej z Gdyni i powiatów sąsiednich nie ewakuowali się na wschód. Policjanci pozostali w Gdyni i przeszli pod rozkazy Dowództwa Lądowej Obrony Wybrzeża. Po zajęciu Gdyni przez Niemców polscy policjanci byli w pierwszej kolejności zagrożeni represjami”.
W momencie wybuchu II wojny światowej służbę w gdyńskiej policji pełniło 280 funkcjonariuszy. Co najmniej co piąty z nich, czyli aż 62 osoby nie doczekały końca okupacji.
Dr Jarosław Tuliszka przysyła mi obszerny dokument o ofiarach wojennych wśród gdyńskich policjantów. Wynika z niego, że w obronie Wybrzeża poległo dziewięciu funkcjonariuszy.
– Tragiczny los spotkał kolejnych 36 funkcjonariuszy, aresztowanych 11 listopada, wywiezionych do Piaśnicy i tam zamordowanych – wylicza historyk. – Na terenie ZSRR zamordowano szesnastu policjantów służących wcześniej w Gdyni, jeden zginął w obozie koncentracyjnym.
Porównuję nazwiska z listy 46 podoficerów w stopniu przodownika pełniących służbę w przedwojennej Gdyni z listą zamordowanych. Na obu znajduję tę samą osobę. To starszy przodownik Józef Nagórski, poległy w obronie Oksywia i pochowany we wrześniu na cmentarzu oksywskim przez policję niemiecką. W chwili śmierci miał 39 lat. Prawdopodobnie nie był to więc mężczyzna ze zdjęcia. Ten przecież wygląda na o wiele starszego.
Czy to znaczy, że w tym momencie należy zakończyć już poszukiwania?
– Podczas prac nad przedwojenną historią gdyńskiej policji udało się zgromadzić wiele zdjęć, na których widnieją twarze funkcjonariuszy – mówi Jarosław Tuliszka. - Porównam je ze znalezioną fotografią.
Warto więc jeszcze raz spojrzeć na twarze ze zdjęcia. Porównać je z rodzinnymi albumami. Przypomnieć sobie opowieści o historii rodziny. Potrzebny jest także łut szczęścia. I a nuż się uda.























Napisz komentarz
Komentarze